O AURZE I PRECEDENSACH

 

Nie dość, że kryzys, to jeszcze zima.

Nienawidzę zimy.

 

A na radiologii mają żółwie. Mięsożerne. Dokładnie takie, jak mnie kiedyś upierniczył w palec w sklepie zoologicznym. Owszem, byłam naonczas lekko pod wpływem (coś tam, coś tam).

 

Zrobiłam rybę po grecku i twarożek ze szczypiorkiem i tak myślę, że dosyć. Nie twórzmy precedensów (jak powiedziała kiedyś moja mądra znajoma a propos przewijania dziecka w weekendy, które to przewijanie dziecka w weekendy zgodnie z umową należało do jej męża, a mąż chciał czy musiał gdzieś wyjechać w weekend i próbował się z umowy wyślizgać. Nie udało mu się).

 

Temat firan wciąż aktualny. Unikam kontaktu wzrokowego i udaję, że nie chodzi o mnie. Dźga mnie w żołądku już nawet na słowo „karnisze”. Co to w ogóle jest za słowo – KARNISZE.

 

Ciekawe, czy mi choć trochę przejdzie wkurw na pogodę, jak opluję przez okno śnieg na trawniku.

Idę sprawdzić.

 

CZEMU SIĘ DZIWIĘ, A O CZYM WOLE ZAPOMNIEĆ

 

Weźmy taki kciuk.

 

W sumie go się nie zauważa, dopóki się nie zepsuje. Mi się zepsuł. Wiecie, do ilu rzeczy dziennie potrzebny jest kciuk?… W dodatku lewy, a ja jestem praworęczna?… Do niewyobrażalnej liczby. Praktycznie cały czas. Nagle okazuje się, że z tymi kciukami i ewolucją to chyba nie była jednak ściema.

 

(Czy goryl przypadkiem nie ma przeciwstawnych palców u rąk?… I u nóg, jeśli już o tym rozmawiamy?…)

 

Cały czas nim o cos zawadzam i syczę.

 

Z powodu jednego kciuka. Właściwie czubka.

 

I nadziwować się nie mogę, jak sobie dają radę te panie z tipsami. Jak one nie wiem. Myją głowę, na przykład. Zapinają sobie sukienkę na guziki z tyłu. Wciągają rajstopy. Pominę wyprawy do toalety. POMINĘ, DOBRZE? MOGĘ? PO PROSTU ZAPOMNE O TYM, jak syn Kobylińskiego o pajączku*.

 

Rozumiem – Cesarzowa Chin z takimi paznokciami. Niewiele miała do zrobienia przez dzień cały, oprócz haftowania chryzantemy. Ale…

 

Dobra. Może po prostu NIE DO RO SŁAM do pewnych rzeczy. Do tipsów na pewno.

 

(Są tak odważni faceci, którzy SYPIAJĄ z tymi szablastoszponami?… NAPRAWDĘ?… Wielki szacunek dla nich).

 

* z tym pajączkiem, to w „Zbrojnym psie” jest piękna historyjka, jak to Kobyliński junior pochwalił się mamie, że uwolnił muchę z pajęczyny. Na co matka: „Widzisz, a pajączek cały dzień pracował, tkał pajęczynę, żeby mu się nitki nie splątały, żeby coś złapać na kolacje, i teraz taki zmęczony miał nadzieję cos zjeść, a ty mu zabrałeś muchę?…”. No więc mały pomyślał i postanowił, że złapie mu muchę. Dziesięć much! Na co matka: „No wiesz, muszki przez cały dzień fruwały i musiały uważać na wszystko, żeby ich nie rozdeptać, żeby ich nie zjadł ptaszek, żeby ich nie zalała woda… A ty teraz chcesz je rzucić pająkowi?..”. Na co mały Kobyliński powiedział „Wiesz co, mama?… To ja o tym wszystkim ZAPOMNĘ!”.

CZY EKSPRES MA PŁEĆ?

 

Konkretnie ekspres do kawy (a nie do np. Katowic).

 

Obstawiam, że mój jest kobietą. Lub suką. Bo tak się zachowuje.

 

Tzn. trochę mniej dynamicznie – nie skacze jak opętany na widok mojego męża i nie wspina mu się na rączki, ale przysięgam, że wesoło do niego mruga i merda kabelkiem. Podczas gdy na mnie patrzy z lekka pogardą i oczekuje obsługi. Zupełnie jak suka rodzona, com ją w ramionach własnych wiozła, przytuloną, 450 kilometrów, a ona mnie teraz ma w głębokim poważaniu, jeśli tylko na horyzoncie pojawi się N. albo mój ojciec, albo szwagier, albo Fuga.

 

W obsłudze pies i ekspres sa dość podobne – sypie im się suche, dolewa wody i sprząta kupy. Z tym, że ekspres zawsze, ZAWSZE z maintenance czeka na mnie. ZAWSZE. Mój mąż po prostu naciska na guzik i odbiera świeży, aromatyczny udój. Jak tylko ekspres zobaczy mnie, zaczyna dyktować warunki.

 

WODA MI SIĘ SKOŃCZYŁA.

 

Dolewam wody.

 

W MŁYNECZKU PUSTO.

 

Sypię ziarnka.

 

NO DOBRA. TO JESZCZE SPRZĄTNIJ KUPY I MOŻEMY ZACZYNAĆ.

 

Wywlekam mu flaki, myje tackę, wyrzucam śmieci z pojemnika, przecieram ściereczką. W międzyczasie z góry zbiega N. wrzeszcząc, co z jego kawą.

 

Ekspres merda ogonkiem i robi kawę. DLA PANA WSZYSTKO.

 

Wszystko to bardzo miłe, o wiele mniej upierdliwe niż parzenie w ekspresie przelewowym, lowju cie mój ekspresie, ale DLACZEGO ROBISZ MI TO O WPÓŁ DO SZÓSTEJ RANO?… Nie możesz zaczekać, aż wrócę z roboty?… Rano bowiem nie bardzo kocham świat. I urządzenia.

 

Choć normalnie urządzenia lubię. Nawet wole od ludzi.

 

ALE DZIS ZIMNO!…

 

Pragnę złożyć wyrazy szczerej miłości dla Pana Posła Palikota, który nieodmiennie w chwilach zwątpienia przywraca mi wiarę w gatunek ludzki. Choć dziś o mało przez niego nie wydłubałam sobie oka szczoteczka do zębów, tak się śmiałam, słuchając porannego serwisu Trójki.

 

Uwielbiam go. It’s official.

 

Najwyżej bym nosiła na oku taka przepaskę a la pirat z kryształkami Svarowskiego.

 

PS. Mój mąż dzis rano: „Uprasuj mi elegancką chusteczkę do nosa”. Chusteczkę do nosa?… Zaczyna się! Dla żony woda, dla dziwki szampan!… MA KOCHANKĘ?…

 

CALKIEM PONIEDZIALKOWA NOTKA

 

Z nowości to cieknie nam z grzybka.

 

Tzn. na szczęście, nie personalnie MI, ani mojemu mężowi, grzybek znajduje się przy piecu (na piecu?), i tak dość długo był spokój. Chociaż, może właśnie SPOKÓJ Z PIECAMI był długo, BO BYŁO LATO i ciepło, a teraz przyszło zimno i oooo! Pokażą nam oba, na co je stać. Rozpoczęły sezon przeciekaniem z grzybka.

 

(Sroka spaceruje po trawniku i bezczelnie mnie podgląda. Zasunęłam dolne żaluzje – wlazła na stół).

 

Oraz okazało się, że mycie głowy dziewięcioma palcami to nie jest takie hop siup. A nakładanie odzywki tym bardziej.

 

Imieniny dziś obchodzą: Dionizy, Floryn, Grzegorz, Hugo, Hugon, Salomea, Salome, Sulibor, Zbysław.

  

PS. Jakby co, to wiem, gdzie sprzedają cebulki tulipana „Maria Kaczyńska”. Over.

 

RZEKŁ LEW ROZŻALONY I POŻARŁ DOKTORA

 

Ewka mówi, że mi wmawiacie ciąże, albowiem stałyśmy się osobami PUBLICZNYMI. JUŻ? Tak z marszu?… Po jednej kaczce???????…

 

Jestem dziś nie do życia. Przez pogodę, bo wisi w powietrzu jakies takie chujwico i same mi się oczy zamykają.

 

N. sprząta (więc ja się staram nie rzucać w oczy). Wszyscy sprzątają przed zimą. W drogerii wcisnęli nam lampki na choinkę. HALO?… Dopiero był Sylwester i jechaliśmy bryczką przez las! A tu znowu trzeba robić listę prezentów gwiazdkowych?… Wszechświat się kurczy, zdecydowanie.

 

Na tapecie nadal lotofagi, papukoty i tumitaki.

 

Wielki kryzys ekonomiczny. Od rana jadać krupika.

 

PODZIEKOWANIA DLA WSPOLMATEK SUKCESU

 

Dziewczyny, dzięki.

Naprawdę, bez Was by nie było tych kaczek. Chyba o tym wiecie najlepiej 🙂

 

(Chłopakom też, o ile znajdzie się taki odważny, że się przyzna, ze głosował na Lejdis).

 

Ponieważ chwilowo padam na pysk (tak, OCZYWIŚCIE szalone tańce na barze i alkohol do rana strumieniami, prawda, dziewczyny? NO BO PRZECIEZ TO NIEMOŻLIWE, ze ledwo dosiedziałyśmy do północy nad jednym drinkiem i padłyśmy jak kawki, prawda?…), to jeszcze tylko taki news.

 

Że Teatr Stary przyjedzie do Teatru Nowego, i w dniach 19-21 listopada, w Teatrze Nowym można oglądać spektakl Text blogi.pl

 

Wśród nich – „Niebieską sukienkę”.

 

Warto się wybrać choćby po to, żeby zobaczyć prawdziwych aktorów i to, co potrafią zrobić z tekstem.

 

Zachęcam.

 

A teraz idę pozwisać z biurka. Adje.

 

SWIAT NALEŻY DO MNIE

 

Mój mąż mnie jednak zna.

Na stres, co mną ciska pod sufit, zakupił mi Boscha.

Nie Hieronymusa co prawda, tylko malutką wkrętareczkę full wypas, taką do damskiej rączki.

 

Damska rączka wzięła wkrętareczkę, młotek i skręciła dwanaście szuflad oraz przykręciła koszyki w szafie. Naprawdę mnie to zrelaksowało (po ósmej szufladzie byłam już jak taśma Forda), ale plątał się po mnie jakiś taki niedokończony wątek, niedopowiedziana puenta…

 

No więc obcięłam sobie kciuk. Nożem.

 

Oj nie cały! Czubek. („Bo kto kroi pomidora na talerzyku, kochanie. Naostrzyłem wczoraj noże, bo mówiłaś, że tępe” – no, było się nie odzywać. A narzekałam, to mam. A raczej nie mam – czubka kciuka).

 

I teraz cała jestem w nerwach, bo trzeba zmienić plaster, a ja nie mogę patrzeć na to tam w środku, ale nikomu nie dam się dotknąć, bo bym zemdlała.

 

Poza tym po raz kolejny potwierdziło się, że oglądanie telewizji prowadzi do dezintegracji osobowości. Mojej. Bo tak, ja z tym kciukiem, krew się leje, a tam na ekranie właśnie foczka urodziła młode i gromada ptaszysk wpierdziela jej super pożywne łożysko. Najazd kamery. Myślałam, że nie będzie ze mnie co zbierać z podłogi za chwilę.

 

Albo dziś. Rzuciłam okiem znad serwetki (bo właśnie czytałam książkę, piłam herbatę i robiłam serwetkę szydełkiem, więc miałam jeszcze kilka wolnych mocy przerobowych), a tam cesarzowa Sissi tłumaczy jakiemuś zarośniętemu jegomościowi, że pierwszy raz z Franciszkiem jej nie usatysfakcjonował. NO MOI PAŃSTWO!… Takie słowa z ust cesarzowej?… Austrowęgier?…

 

(A te stworzonka to oczywiście były Lible, przybyły z Marsa, z przyszłości, i bardzo chciały podbić świat, ale nie mogły zbudować dezintegratorów, gdyż nie miały palców. I piły mleko ze spodka. Gallegher powiedział im, że cała ludzkość przeszła na stronę Libli i dał im po ciastku na drogę, a one wróciły do siebie).

SIE WLECZE

 

Inwentaryzacja dóbr trwa.

Przeprowadzka jest anizotropowa. Jak zapadnie decyzja, to nie ma, że boli. Człowiek maszeruje i ginie (głównie – ginie w powodzi potwornej liczby rzeczy niepotrzebnych, ze zdroworozsądkowego punktu widzenia, a jednak nie jestem w stanie wyrzucić kolekcji jeżowców).

 

Wczoraj dogrzebałam się do rozpadających się „Don Wollheim proponuje” i Heinleina, i Kuttnera, i takiej serii SF wydawanej w cienkich czarnych zeszytach Iskier, na gazetowym papierze. Oczywiście, po ich odnalezieniu, prace przestały posuwać się do przodu. Bardzo dawno nie czytałam „Kota, który przenika ściany”. A Bułyczow? A Strugaccy?…

 

Musze zmienić technikę, bo nie zdążymy do końca świata (zapowiadanego na 2012, tak?).

 

(Słuchajcie, może z tym końcem świata to nie będzie tak strasznie, może ta wróżka np. podsłuchała niechcący rozmowę jakichś bóstw – „Ty, słyszałeś? Polacy zdążą ze stadionem na Euro 2012!” – „Niemożliwe! Koniec świata!” – i nadinterpretowała. Co?)

 

No i tak o.

Głowa mnie boli.

(A, jak powszechnie wiadomo, "jak powiadał świętej pamięci doktór Napierała – na ból głowy nie ma jak amputacja odnośnej częsci ciała).

 

O SNACH, HOROSKOPACH I KWESTIONARIUSZACH

 

Śniło mi się, że…

 

(Moje przyjaciółki mają sny, w których sa kochankami przystojnych młodzieńców albo przychodzi książę i mówi im, że sa najpiękniejsze na świecie. To tak dla porównania).

 

A mi się dziś śniło, że węgiel zdrożał, ale to TAK OKROPNIE ZDROŻAŁ, że się go kupowało na sztuki.

 

Taaaaaaaaaka jestem romantyczna.

 

(W horoskopie mam dziś „Uważaj na to, co jesz” – aż mnie dreszcz przeszedł i spojrzałam na, zdawałoby się, niewinnego puszystego kruasanta zwiniętego w kłębuszek na biurku. Rzuci mi się do gardła z pazurami?…)

 

Z porannych anegdot – formularz wizowy do USA i pytania w stylu „Czy brał(a) Pan(i) udział w ludobójstwie?” oraz „Czy jest Pan(i) członkiem zorganizowanej grupy terrorystycznej?”. Wraz z informacją pod kwestionariuszem, że absolutnie zaznaczenie „tak” nie jest jednoznaczne z odmowa uzyskania wizy (ależ!), rozbawiło mnie to do łez. Rzewnych. Rozumiem, że to sa te osławione procedury bezpieczeństwa?…

 

Koty ukradły słoninę wywieszoną dla sikorek.

Czy brał(a) Pan(i) udział w kotobójstwie?…