Nie dość, że kryzys, to jeszcze zima.
Nienawidzę zimy.
A na radiologii mają żółwie. Mięsożerne. Dokładnie takie, jak mnie kiedyś upierniczył w palec w sklepie zoologicznym. Owszem, byłam naonczas lekko pod wpływem (coś tam, coś tam).
Zrobiłam rybę po grecku i twarożek ze szczypiorkiem i tak myślę, że dosyć. Nie twórzmy precedensów (jak powiedziała kiedyś moja mądra znajoma a propos przewijania dziecka w weekendy, które to przewijanie dziecka w weekendy zgodnie z umową należało do jej męża, a mąż chciał czy musiał gdzieś wyjechać w weekend i próbował się z umowy wyślizgać. Nie udało mu się).
Temat firan wciąż aktualny. Unikam kontaktu wzrokowego i udaję, że nie chodzi o mnie. Dźga mnie w żołądku już nawet na słowo „karnisze”. Co to w ogóle jest za słowo – KARNISZE.
Ciekawe, czy mi choć trochę przejdzie wkurw na pogodę, jak opluję przez okno śnieg na trawniku.
Idę sprawdzić.