Larsson nadal leży. Nadgryzam go i podczytuję po 40 – 50 stron, ale to nie jest mrówka krzesławka dręczypupa. Olgi Lipińskiej „Mój pamiętnik potoczny” (czy ona jeszcze ma felieton w „Twoim Stylu”?) łyknęłam w dwa wieczory (a tylko dlatego w dwa, że przyjeżdżałam tak umęczona i wyssana z energii, że padałam na ryj w ubraniu), a wiedza o historii, strukturach i budżecie służb specjalnych w Szwecji jakoś tak chwilowo średnio jest mi niezbędną.
(Ja chyba jestem zbyt apolityczna, do soc-fiction z małymi wyjątkami – „Człowiek z Wysokiego Zamku” – też się nie garnę, do „Euro Dżihad” Wolskiego robiłam już kilkanaście podejść i jakoś… Nada).
Ale spoko, zmogę go w końcu, ja wszystko przeczytam, jak do tej pory nie udało mi się przebrnąć jedynie przez Leon@ J@nusz@ (groziło wypadnięciem szczęk z zawiasów od ziewania), Malwinę Kowszewicz (zagadkowa proza, gdzie słowa w zdaniach nie przekładają się na informację, a kolejność zdań w akapicie nosi znamiona ułożenia losowego i nie ma elementów popychających akcję) i Kalicińską (półtorej strony w księgarni, wiem, że wszystko już było, ale żeby do tego stopnia?).
Na blogu Soso rozdźwięk w sprawie przycinania hortensji.
A lawendę?
Przycina się lawendę?
Ja bym przycięła, bo tak smutno, szaro sterczy. Ale jak ją zabiję?…