O KSIĄŻKACH CHYBA

 

Larsson nadal leży. Nadgryzam go i podczytuję po 40 – 50 stron, ale to nie jest mrówka krzesławka dręczypupa. Olgi Lipińskiej „Mój pamiętnik potoczny” (czy ona jeszcze ma felieton w „Twoim Stylu”?) łyknęłam w dwa wieczory (a tylko dlatego w dwa, że przyjeżdżałam tak umęczona i wyssana z energii, że padałam na ryj w ubraniu), a wiedza o historii, strukturach i budżecie służb specjalnych w Szwecji jakoś tak chwilowo średnio jest mi niezbędną.

 

(Ja chyba jestem zbyt apolityczna, do soc-fiction z małymi wyjątkami – „Człowiek z Wysokiego Zamku” – też się nie garnę, do „Euro Dżihad” Wolskiego robiłam już kilkanaście podejść i jakoś… Nada).

 

Ale spoko, zmogę go w końcu, ja wszystko przeczytam, jak do tej pory nie udało mi się przebrnąć jedynie przez Leon@ J@nusz@ (groziło wypadnięciem szczęk z zawiasów od ziewania), Malwinę Kowszewicz (zagadkowa proza, gdzie słowa w zdaniach nie przekładają się na informację, a kolejność zdań w akapicie nosi znamiona ułożenia losowego i nie ma elementów popychających akcję) i Kalicińską (półtorej strony w księgarni, wiem, że wszystko już było, ale żeby do tego stopnia?).

 

Na blogu Soso rozdźwięk w sprawie przycinania hortensji.

A lawendę?

Przycina się lawendę?

 

Ja bym przycięła, bo tak smutno, szaro sterczy. Ale jak ją zabiję?…

 

MĘŻCZYŹNI MOJEGO ZYCIA (W LICZBIE DWÓCH)

 
Tak się złożyło, że sporo ostatnio jeździłam samochodem z tatusiem moim.
  


Tatuś ma tę cechę, że cały czas za kierownicą gada. Szemrze jak źródełko, bez przerwy. Ja się generalnie wyłączam, kiedy mowa o tym, jak rządzący źle rządzą, a powinni dobrze, o tym, jakie mamy złe drogi, a we Francji dobre, albo o tym, co w ostatniej „Wiedzy i życiu”. Ale czasem powie coś fajnego, na przykład wczoraj, stoimy w korku obok składu celnego.

 

– A jakby tak – zaczyna mój tatuś – iść tam do nich, do celników, i powiedzieć „Rzućcie swe sakwy, nawróćcie się i chodźcie za mną”, co?

 

No i nawet się wyprostowałam na siedzeniu, bo pomysł był ciekawy, tylko coś mnie w nim niepokoiło, jakbym go już gdzieś słyszała.

 

Porzuciliśmy go w końcu, bo raz – korek ruszył, a dwa, załóżmy, że nam się uda – i co tu zrobić z chałupą pełną nawróconych celników?…

 

Dziś od rana mój mąż. Obiera jajko ze skorupki i przeprowadza dowód wprost o tym, że stemple na jajkach nie służą konsumentowi. A już na pewno nie jajkom.

 

– No jak nie służą, kiedy służą – mówię mu – masz tam, czy chów ściółkowy (notabene, jeszcze ani razu w sklepie nie trafiłam; chów ściółkowy kupujemy u nas na bazaru bez stempla), numer producenta…

– Ha! – triumfuje – a jak znajdziesz producenta, kiedy zjesz jajko i ci zaszkodzi? A skorupka już dawno potłuczona i wyrzucona?

 

Matko, czy on musi być taki logiczny i przenikliwy od rana. 
Wyszło mi, że fatycznie, każde planowane do spożycia jajko trzeba by spisywać do notesika. Jak obywateli za komuny, panie dziejku.
 

W dodatku mamy kreta!

 

– Trzeba go nazwać – doszłam do wniosku – zawsze to stworzenie Boże, jakoś na niego trzeba wołać. Suczka Olgi Lipińskiej miała na imię Julka.

 

– No to nasz kret będzie miał na imię Julke – zdecydował N.

 

Wiecie, że nie mam kochanka. Dwóch facetów jest mnie w stanie utruć dość dokładnie. Trzeciego już bym nie dała rady.

  

A DZIŚ SNIŁO MI SIĘ, ŻE…

…zaprzyjaźniłam się z pucybutem na stadionie piłkarskim.

(Na stadionie piłkarskim????)

Był bardzo miły, uroczo nam się rozmawiało. Miałam na sobie te kozaki, co to je sobie przywiozłam z Hiszpanii, ale było mi głupio tak po prostu podsunąć mu je do wyczyszczenia, skoro się zaprzyjaźniliśmy.

Aha – i miał drewnianą nogę.
Ten pucybut.

Ciekawe, co moja podświadomość chciała mi przekazać.

NAJBARDZIEJ CHCIAŁABYM ZNIKNĄĆ NA JAKIŚ CZAS

Ciężkie czasy.
Jak powiedział żołnierz radziecki, zdejmując zegar z Wieży Mariackiej.

(Oglądam "Przyjaciół" od początku. JAK TO MOŻLIWE, że Rachel od samego początku miała TAK ŚWIETNĄ fryzurę?… I jak to możliwe, że chodzi w pogrubiających spodniach w kratę i wygląda w nich sexy as hell, choć tyłka nie ma najmniejszego, o nie?…)

Najbardziej interesująca wiadomość ostatnich dni, i najbardziej optymistyczna, to taka, że mufka powinna mieć lewoskretny gwint z jednej strony, a prawoskrętny z drugiej.

Tak, moi państwo.

ZIMNO I NUDA

 

Larsson dalej leży, bo na tapecie „Zagadki medyczne i sztuka diagnozy”. Bardzo podnosząca na duchu książka, jestem tak w jednej trzeciej. Przypadki medyczne w stylu „nigdy w życiu nie chorowała, poszła wyrwać ząb mądrości po czym wykrwawiła się na śmierć i 40 lekarzy nie wiedziało, dlaczego” albo „pacjent zmarł, ponieważ student medycyny nie zmierzył pulsu w lewej ręce”. Całe życie powtarzam – idzie człowiek do lekarza ze swędzącym okiem, a wychodzi bez nerki.

 

Co ponadto. Olaboga, koniec świata, matura z matematyki będzie obowiązkowa. Ja tam nie wiem, zdawałam matematykę raczej z lenistwa, po co kuć historię czy geografię. Mnie się zawsze te Łokietki i Habsburgowie mylili między sobą, który którego za łeb wodził i po co, a tangens w drugiej ćwiartce to wszak rzecz konkretna i namacalna (jedyne co, to kuleję z tabliczki mnożenia przez 7 i przez 8).

 

Oraz jest zimno. Do czego to podobne.

N. mówi, że jak pograbię liście, to mi będzie cieplej.

Żartowniś.

 

KOLEJNOSC LEKTUR

 

Elegancka pani domu czyni manikiur.

No wbiłam sobie cążki tak centymetr w mięso, nie więcej doprawdy. Filet z palca wskazującego w lekkim sosie curry.

 

Trzecia część Larssona spokojniutko sobie od piątku leży. Bo okazało się, że mam zaległą Marian Keyes („This Charming Man”), którą kupiłam PÓŁ ROKU TEMU, położyłam na biurku i… Nie wiem, dlaczego jej nie przeczytałam. COŚ SIĘ ZE MNĄ DZIEJE NIEDOBREGO.

 

Nie jest to Marian Keyes lekka, łatwa i przyjemna. Nie, nie. Jest o alkoholizmie. O przemocy domowej. O tym, że politycy to wynaturzeńcy (taka prawda). Tylko, że do tego wszystkiego Marian dorzuciła swoje poczucie humoru, opisy irlandzkiej prowincji, no i jej zwykłe akcje, w stylu – zlitujesz się nad jednym transwestytą, a za chwile masz ich pełną chałupę (z tym, że właśnie nie „transwestyta”, tylko „cross-dresser”; cross-dresserzy są heteroseksualni).

 

Trochę skandynawskie dziewczyny, choćby nie wiem jak bystre, mogą czyścić irlandzkim buty (plasterkiem norweskiego łososia).

 

Kicham. Zmarzłam na cmentarzu (tradycyjnie).

 

TAKA PRAWDA

 

A mówiła babcia: „Nie siadaj na kamieniu, bo dostaniesz wilka” (it’s lupus!) oraz „Nie chodź spać z mokra głowa, bo się przeziębisz”.

 

I co.

I poszłam spać z mokra głową i wstałam z katarem.

 

To przerażające, że im dłużej żyję, tym coraz częściej okazuje się, że babcia i matka MIAŁY RACJĘ. Chociaż to ja miałam być ta wiedząca lepiej i w ogóle oczytana oraz bynajmniej nowoczesna i bez przesądów.

 

Poza tym dzień bdb. Rano tylko o mało się nie uperfumowałam nabłyszczaczem do włosów, ale tak to spoko.

 

NIE ZA DOBRY DZIEŃ

 

Soooo wkurwiona od rana.

 

– Na tylnej szybie – przymrozek (to w związku z zapowiadanym ociepleniem na weekend?);

– Na moim kadłubie – biała bluzka, która się nie może zdecydować co do orientacji – czy chce być fasonem wpuszczonym w dżinsy, czy wprost przeciwnie, i od rana mnie denerwuje;

– Dupa mi tyje (CZYZBY miało to związek z zamawianiem na obiad bynajmniej nie sałatki, a talerza gnocchi z gorgonzolą? Czyżby? CZYZBY?… EEE, CHYBA NIE! Prawda?).

 

(Nie, w ogóle nie mam PMS-a, no skąd! Co wy).

 

W dodatku, po tak kolejny kosmetyki mnie wystawiły do wiatru. W sumie kosmetyki kupuję z nudów, niezbyt często, tym bardziej oczekuję ze strony tych, w które zainwestowałam, jakiejś EMPATII, kurwa mać. Tymczasem:

 

– krem, który miał mi wyraźnie odmłodzić i ujędrnić usta (a w zasadzie – dwa kremy), w dodatku od razu od pierwszego kopa, nic takiego nie uczyniły. Wybaczyłabym im, gdyby chociaż były z brokatem, ale nie, oczywiście, ze nie! Nawet ćwierć mikrodrobinki.

 

– tusz do rzęs z kolei miał mi niebotycznie wydłużyć rzęsy, pogrubić i spowodować, że będą wyglądały jak sztuczne. Dupa. Są normalnie czarne i długie, jak zwykle. Bez żadnych rewelacji, choć rewelacje są przez producenta obiecywane. Jest to skandal.

 

– pianka do włosów, która miała je nabłyszczyć, ujarzmić i podkreślić ich blond i refleksy. Nadal dupa, a nawet – dupa zbita. Jedyny efekt, jaki udało mi się osiągnąć, to efekt nie umytych włosów. To potrafię i bez pianki, dajcie mi tylko tydzień wolnego i lekką temperaturę.

 

No i tak siedzę ze starymi, obwisłymi ustami, zupełnie przeciętnymi rzęsami i brudnymi włosami, a mogłam te pieniądze wydać na kokainę i miałabym chociaż WRAŻENIE, że jestem piękna i niezwykła. Przez kilka minut, ale zawsze.

 

Przemysł kosmetyczny niech spada na bambus niniejszym. Idę zamówić wszystkie książki o dewiacjach, jakie mają w Merlinie na składzie. To o wiele pewniejsza inwestycja w siebie.

 

TRZEBA UWAŻAĆ, CO SIĘ OGLĄDA

 

„Milczenie owiec” w sobotę sobie obejrzałam, lubię czasem zanurkować w klasykę. Dlaczego Jodie Foster tak dziwnie sepleni? Ma piękne włosy w tym filmie. A któż to tam tak skacze i wydziera się w studni u psychopaty? Proszę, proszę – ależ to pani doktor Erica Hahn z „Chirurgów”. Ciekawe, czy to dlatego była później seksualnie skonfundowana i całowała się z zoną George’a.

 

Wchodzi N. (kiedy ja oglądam moje ulubione filmy, on zamyka się prewencyjnie w garażu).

 

– Jak oglądasz „Milczenie owiec” to z kim się bardziej utożsamiasz? Z nim czy z nią?

– A jak myślisz?

– Że z nim.

 

Nie dam się sprowokować. Nie podejmę dyskusji, dlaczego mój ukochany mąż porównuje mnie z Hannibalem Lecterem.

 

W dodatku – nie tylko on, co powinno mi dać do myślenia.

 

Ale ja przecież nie jem ludzi. Fuj!… Tez mi atrakcja.

  

PS. Widziałam reklamę, która mnie autentycznie wzruszyła. Do łez. Serio. O mało się nie poryczałam. Konkretnie chodzi o reklamę Domestosa. Na początku reklamy widzimy zarazki pływające sobie w błękitnej wodzie, są takie zrelaksowane i zadowolone, mają nadmuchiwane kółeczka… Po czym jakiś skurwysyn oblewa je domestosem!!!!!!! No tak mi ich strasznie żal, bo jak je widzę, to przypominają mi się wakacje, kiedy to sama pływałam sobie w błękitnej wodzie. Nie jestem zbyt piękna, zupełnie jak te zarazki, natomiast kurwa, nie uważam, żeby to był powód do eksterminacji!!!


NOWA NOTKA SROTKA

Włosy mi wypadają garściami. Pękami. Snopami.

„Nie wiem, co na wypadanie włosów” – pisze Soso. (To koniec. Jak Soso nie wie, co na wypadanie włosów, to już k-o-n-i-e-c. Ona na wszystko ma sposób)

„Ale może to wiecie, ten siedmioletni cykl. Wszystko się zmienia co siedem lat i może włosy wypadają” – dodaje na pocieszenie. Great! W ramach cosiedmioletniej przemiany wypadna mi włosy, urosnie brzuch i zostanę łysym, tłustym taksówkarzem. Fantastycznie.

No naprawdę nie wiem od czego, od STRESU? Hahahahahhaa.

Wczoraj starcie ze służbą zdrowia pt. „rozbijamy kamienie nerkowe tatusiowi”. Trzy noce nie spałam ze stresu, jak to będzie, po czym mój tatuś, lekko naspawany znieczuleniem, wytoczył się z gabinetu zabiegowego, przespał, wstał, otrząsnął jak pies i pojechali z N. na ryby. Pozabijam ich.

N. zjadł ćwierć krowy prosto z patelni grillowej i ogląda jakiś mecz czy co tam dziś dają. Ale chyba jakiś sport, bo strasznie się drą.

Chyba zamieszczę anons: „Łysa blondynka, niewysoka, o prostych wymaganiach kulinarnych, szuka miękkiej izolatki w ciepłym i przytulnym domu wariatów. Codzienne dostawy psychotropów będą dodatkowym atutem”.

(Śniło mi się, że brałam ślub. Z moim mężem. W pięknej granatowej sukni z długą, balową spódnicą. Pani ksiądz – czy tam mer – kazała nam rozwiązywać test z historii, zanim udzieliła sakramentu. „Strasznie się rzycałaś w nocy” – mówi rano N. A nie?… Gdyby udzielenie ślubu było uwarunkowane zdaniem testu z historii, czy – nie oszukujmy się – geografii fizycznej, umarłabym jako stara panna).