Miał być wesoły dzień, bo przyjechały moje trzy sezony Criminal Minds, ale wchodze na gazetę, a tam – Elzbieta Czyżewska nie zyje. I od razu zrobiło się smutno. Bardzo, bardzo piękna kobieta i świetna aktorka. I wydaje mi się, że za wczesnie jednak.
Archiwum autora: Barbarella
O NICZYM #2
Na mijanej ciężarówce: „Zakład wylęgu drobiu MALEC”
(a zakład wylęgu świnek to będzie SMALEC?)
A także: „Estrada Pana Pomidora”.
A dziś – przy drodze: „Bar Orientalny HYDRA”.
W oczekiwaniu na seriale czytam sobie „Seryjnych zabójców”. WIECIE, ZE PSYCHOPATYCZNI MORDERCY CZĘSTO PISZA DRUKOWANYMI LITERAMI?…
O NASTROJU LETNIM
Wyjazd rozpoczął się doprawdy bardzo, bardzo sympatycznie. Na wyjeździe z Włocławka mijaliśmy piękna, zieloną łąkę. Na łące, centralnie, acz w pewnym oddaleniu, stała taksówka. Obok taksówki – wielki, goły facet, przodem do drogi, i się onanizował.
(Serdecznie pozdrawiam Włocławek).
Wysiedliśmy z samochodów.
– Ty… Widziałaś, tam zaraz za Włocławkiem…
– Naprawdę? TEZ TO WIDZIAŁAŚ?
– Jakie to szczęście, bo myślałam, ze mam halucynacje albo guza mózgu!…
Hanka mówi, ze w ten sposób Wszechświat chce nam cos przekazać. Cos bardzo ważnego. Tylko co. Hm.
Na miejscu mieliśmy do towarzystwa dwa psy. Jednego beagle i jednego kundla. Ale to takiego kundla, z wyglądu i zachowania, ze powinno się go utrwalić w Sevres jako wzorzec kundlowatości. Kundel z niegasnącym optymizmem żebrał o jedzenie, podczas gdy beagle, równie nieprzerwanie, próbował go przelecieć. Więc to chyba oczywiste, że kundel został nazwany Magistrem, a beagle – Prezesem.
Z ciekawszych tematów, to wynaleźliśmy sposób na produkcję dużych ilości antymaterii. Niedrogo. Wystarczy mianowicie podać amfetaminę mojemu mężowi i mamie Soso, chwilę odczekać, i ich ZDERZYĆ. Powstanie sporo antymaterii, w dodatku schludnie popakowanej w prezentowy papier z kokardkami.
Czyli jak zwykle – nuda. Nuda. Nasi cudowni mężczyźni (pieszczotliwie zwani „worami”) poszli na pomost łowić ryby, ale szybko wrócili, twierdząc, ze tu jest tyle samo ryb, co u Ewki w Strudze. Czyli dwie. Z tym, że chwilowo ich nie ma, gdyż są w Strudze. Z rozpaczy szybko wypili całą wódkę, jaka została i dopiero następnego dnia rano odkryli w zakamarkach lodówki jakąś smętną, niedopita butelczynę, której poprzedniego wieczora nie zauważyli. I prawie się nad nią popłakali z żalu.
Potrzebuje na lato jakiejś rozrywki, w związku z czym poprosiłam N. o zakupienie mi trzech sezonów „Criminal Minds”, a Zebrę – o dwa sezony „Dead Like Me”. Taki właśnie mam nastrój.
FRASZKI NA PTASZKI
Ja naprawdę oszaleję, nie śpię od trzeciej nad ranem; trzecia nad ranem to jest bardzo dobra pora, żeby wracać po pijaku z imprezy w podartych kabaretkach, wlokąc tulipanka, ale nie, żeby być budzonym przez ptasie gardziołka ich mać!!!!!!!
Literalnie muszę kogoś pchnąć nożem.
Wszystko przez to, że zostawiłam na noc otwarte okno, choć małżonek protestował, że wszak komary spożyją nas żywcem bez soli. Znalazłam w szufladzie jakieś „Komar Won”, wetknęłam do gniazdka, okno zostało otwarte, komar żaden się nie pojawił. Natomiast ptaszyny przed świtem powitały dzień DRĄC KOPARY wszystkie naraz. Następnie rozdzieliły między siebie ścieżkę dialogową i słodko konwersowały aż do wpół do siódmej, o której to podźwignęłam się z łóżka fioletowa, z nadciśnieniem i zupełnym brakiem poczucia humoru na temat przyrody upierzonej.
Od trzeciej do wpół do siódmej naturalnie nie spałam, tylko wizualizowałam sobie różne rzeczy.
A to jak tłukę rakietą tenisową szpaka na trawniku, na śmierć.
A to znowu, jak z Hannibalem Lecterem spożywamy przy pięknie nakrytym stole, słuchając jednocześnie Bacha, ptasie móżdżki przesmażone delikatnie na zrumienionym masełku (beurre noisette).
A to, jak zakładam mikroknebelki na te wszystkie mikrogardziołka. Cholerne. Rozdarte.
Jeszcze ze dwie takie pobudki, a podłożę napalm, podpalę, zaczekam, aż wystygnie i wybetonuję całe podwórko. I spryskam kwasem solnym.
Ale poza tym jest super, nie? Fajny upał. A w Madrycie 12 stopni i pada. Buaaaahahahahaha.
PS. No dobra, słuchajcie. JEST NIUS!!!! Nareszcie, bo już myslalam, że mnie rozerwie, no ile mozna trzymać ryjek na skobelek. Ja jestem bardzo, bardzo slaba z konspiracji, słabsza jest chyba tylko Haniuta. Gdybysmy w 1939 robiły w ruchu oporu, to 3 wrzesnia wszyscy by mówili po niemiecku. Więc proszę docenić, jaka byłam dzielna. I w lutym wszyscy widzimy sie w kinie, po trzy razy, tak?
O DWÓCH PIŁECZKACH (R.I.P.)
N. kupił Szczypawce piankowe piłeczki do golfa.
– Zobaczysz, ze jej się spodobają – powiedział.
Bardzo się spodobały!

MŁODA KAPUSTA SONG
Upał zaatakował zza węgła i spadł mi na łeb jak menhir Obelixa. Zupełnie nie byłam nań przygotowana! (choć może to głupie z mojej strony).
(Ale jedno pozostało konstans: jak było zimno i lało, to nie miałam się w co ubrac, bo było zimno i lało. Teraz jest gorąco, a ja się nie mam w co ubrać bo jest gorąco! I całkowicie nie mam butów odpowiednich na taką pogodę. Nie wiem, jak to się dzieję, ale wszystkie buty, które kupiłam, nie są odpowiednie na żadną pogodę. Albo ja jestem jakaś dziwna, albo asortyment obuwniczy).
W poprzednim życiu byłam gąsienicą bielinka kapustnika, która pękła z przeżarcia, zanim miała szansę się przepoczwarzyć. Tak mi wyszło z obliczeń; ostatnie cztery dni upłynęły mi na nieustannym żarciu młodej kapusty. W obwodzie przybył mi metr.
Madzia Samozwaniec po wojnie miewała psy – przybłędy, które łączyło jedno: po kilku tygodniach u niej, ludzie zaczepiali ją na ulicy z komplementem „Jaki piękny aerodynamiczny pies!” – bo pies wlókł brzuch po ziemi. Chwilowo jestem tylko troszeczkę mniej aerodynamiczna, niż jej psy.
I popłakałam się na opisie wizyty w kościele Świętego Antoniego we Wrocławiu. („Pilnuj dalej moich rzeczy! Bo ja strasznie gubię, ale ty to wiesz! Masz tu stówę! I do miłego! A pani – tutaj spojrzała na zdegustowaną jej zachowaniem dewotkę – niech się modli dalej, a nie porządnych ludzi podsłuchuje”).
A teraz przepraszam, idę wylizać rondel z resztek kapusty, zanim go włożę do zmywarki.
O KONCU SWIATA
Śnił mi się dziś koniec świata, więc nie czuję się specjalnie świerszczowato.
Pada.
Pada.
"Alez Netto! Przecież pada dopiero od piętnastu lat!"
PS. Poprawka:
SCENA 16.
POKÓJ RODZINY HARLUNDÓW, WNĘTRZE, WIECZÓR
NETTA
(z egzystencjalnym smutkiem)
Mój Boże, jaki straszny deszcz…
MOLTVICK HARLUND
(z wolna odkładając gazetę – zniecierpliwiony)
Ależ, Netto, jesteś nieznośna…
Mogłabyś się już przyzwyczaić…
Przecież pada od siedmiu lat…
ŚCIEMNIENIE
O WEEKENDZIE NA HAJU
Na dobrą sprawę, powinnam spędzić tydzień w zapleśniałej piwnicy, okryta szczelnie workami, żeby zniwelować ten SZOK weekendowy, jakiego dostarczyłam organizmowi. DWA DNI na zewnątrz!!!! W dodatku – jako KIBIC SPORTOWY! Święta Patrycjo. Mój organizm OSZALAŁ. Byłam na tlenowym haju. Kreciło mi się w głowie, słyszałam chóralne śpiewy i czułam zapach landrynek.
W dodatku, zamiast mnie pochwalić, to cały czas opieprzali mnie zawodnik (N.) i jego trener (Hanki chłopak) – „za chwilę będziesz klęczała w przepraszalniku, jak jeszcze raz zdenerwujesz zawodnika”, oraz „zobaczysz, jutro za kare zostaniesz w domu i będziesz ryczała”. Kruche frezje z tych sportowców, ich mać. Zero poczucia humoru.
Przez dwa dni nie spadła ani jedna kropla deszczu, aż normalnie wyciągałam ajfona żeby sprawdzic na GPS-ie, czy ja nadal jestem w Polsce?… Czy może mnie UFO zahipnotyzowało i przeniosło do Kansas? Znacznie się uspokoiłam, gdy wczoraj o osiemnastej zapadła noc, grzmotnęło i lunęło. Ufff. Nie jesteśmy już w Kansas, Dorotko.
Od tamtej pory leje nieprzerwanie, to chyba bardzo dobrze, bo pamiętam alarmujące artykuły z tygodników „Polska stepowieje!!!!!!!!!!!!”.
Dopiero pod koniec zawodów łuczniczych dowiedziałam się, że na stadionie obok leci mecz futbolu amerykańskiego. No żesz kurka wodna!… Uwielbiam brutalne sporty kontaktowe. Niestety, łucznicy sa beznadziejnie dżentelmeńscy i nijak nie można ich namówic, żeby się ponaparzali przy tarczach, przy spisywaniu wyników, albo strzelali jeden do drugiego, albo CHOCIAŻ W OSTATECZNOŚCI zrobili wymianę koszulek. Nic. Pustka. Żadnego gestu w stronę wiernej (i opieprzanej systematycznie) publiczności.
Co poza tym? Jestem stara i gruba. I to chyba tyle.
O SOLE MIO
Błagam, niech ktos wypuści bardzo duzo CO2 i to szybko. Kupmy wszyscy mnóstwo wody mineralnej i ją wygazujmy. Ja już nie mogę, nie wyrabiam w tej zimnicy. N. mówi, że jak kupię jeszcze jeden polarowy koc, to mnie udusi. Bo z każdego sklepu wychodze z polarowym kocem, nawet z apteki i z warzywniaka. Nic na to nie poradzę, ciągle mi zimno. ZIMNO MI OD OŚMIU MIESIĘCY z bardzo niedużymi przerwami.
Klikam jakies niusy a tam, że za cztery lata rozpocznie się mała epoka lodowcowa. Super. Naprawdę super.
Po ile chodzi butla CO2, takiego do spawania?…
Dzis w Trójce redaktor Mann puścił jakiegos faceta, który opowiadał o swoim potwornym snie ze ślimakami w roli głównej. Ja na temat ślimaków opinię mam wyrobioną: piją herbatę ze spodka i OBSERWUJĄ człowieka – są potworami. Naprawdę krwiożerczymi potworami udającymi niewinne stworzonka. Ostatnio zaczaiły się w młodej kapuście. Na pewno chciały się w nocy rozleźć po domu i nas udusić. To było naprawdę straszne, wywaliłam połowę kapusty, a i tak jednego przekroiłam na pół (i nawiedza mnie to w koszmarach sennych). Jedna dżdżownica też się zaplątała, ale wyglądała na niewinną i skołowaną. Wypuściłam ją.
Chcę do domu wariatów. Ogrzewanego. Bez okien i bez wyjścia na trawnik.
O MATKO JAKIE NUDY
Pozdrawiam z Włocławka. Wały szczelne stop. Jeden bigiel się rozpaskudził i zjadł sąsiadom krolika. Odszkodowanie pieniężne wypłacono, stop.
Robię tabelkę. Zazwyczaj robię albo tabelkę, albo serwetkę na szydełku. No – czasem gulasz. To straszne, jaka jestem nudna, ale przynajmniej staram się nie byc ciężarem dla społeczeństwa. I napędzać gospodarkę (paczka z butami spodziewana wkrótce, a Aquolina o zapachu cukru pudru juz doszła).
Odbijam się w szafie… o matko, naprawdę czas najwyższy pomyślec o fryzjerze.