O POCZĄTKU ROKU

 

Jest taka akcja, że pies przyjechał do biura. Razem z budą (zwaną Grotą Łokietka). Trochę jest grzeczna, a trochę się drze, w każdym razie – żywa i dziarska w swoim żółtym ubranku. Za to ja owszem niewyspana i wymięta. Na nic przepiękne cienie Urban Decay, wyglądam jak małpi tyłek. O. Taki początek roku. To zjem pączka wiedeńskiego na pocieszenie.

O ZGONIE I ŻARŁOCZNYM BIEDACTWIE

 

Przez tę całą krwawą łaźnię prezenty świąteczne jak zostały odłożone, tak leżą nietknięte, więc w sumie jakbym je dostała po raz drugi. Prawie zapomniałam, co tam jest – no, jedną mięciutką piżamkę już zutylizowałam (jest jeszcze druga, z polarową bluzą do kompletu, ale tej BOJĘ SIĘ ZAKŁADAĆ – zachodzi niebezpieczeństwo, że już jej nie zdejmę!…). Oraz wczoraj obejrzeliśmy “Na skraju jutra”. Tomek Cruise znowu ma całkowicie inne zęby – ledwo go poznałam – i nie przepadam za Emily Blunt, ale ciekawy pomysł. Choć film raczej wojenny, a nie SF, dużo jatki, mięśni i wijących się na ekranie macek. Swoją drogą, im lepsza technika i efekty wizualne, tym większa bryndza owcza w dobrym kinie SF, z małymi wyjątkami od czasu do czasu (“Księżyc” na ten przykład).

N. udał się w końcu do Urzędu Gminy, zbadać sprawę zameldowanego u nas obywatela Piprztyckiego. Miła pani przejrzała papiery i oświadczyła, że nie, spokojnie, żaden pan Piprztycki zameldowany pod tym numerem nie jest. Za to ja tu, proszę pana, mam zgłoszony ZGON.

No bardzo, bardzo zabawne. Ha, ha. Uśmiałam się jak norka. (Mowy nie ma, żebym została tu sama na noc!!!)

Szczypawka dostaje solcoseryl, czyli to samo, co ja dostawałam, kiedy mi zgniła kostka pod gipsem (tj. skóra na kostce i mięso – nie dramatyzujmy). Poza tym, najchętniej jadłaby w systemie:

– śniadanie,

– drugie śniadanie,

– trzecie śniadanie,

– branczyk,

– lanczyk,

– obiadek – pierwsze danie,

– obiadek – drugie danie,

– podwieczorek,

– kolacja,

– podkurek.

Mam wrażenie, że troczki od chirurgicznego ubranka zawiązuję jej coraz luźniej i luźniej. Poza tym, podczas ostatniej wizyty w przychodni darła się najgłośniej z całej poczekalni, aż N. wyszedł z tym BACHOREM na zewnątrz, taki robiła raban. Ale opatrunki jeszcze długo będzie musiała. Biedactwo.

szczypaslowacki

 

O, MOJE PLECY!…

 

No i się zrastamy. Zastrzyki robi Zebra, bez której nie wiem, co bym zrobiła, opatrunki robimy na spółę (mój mąż wtedy wychodzi z domu, więc dostał zaszczytny tytuł miękkiej fryty). Pies chodzi w golfie z białej gazy jak Słowacki albo młody Werter i generalnie już by sobie coś ukatrupił dla rozrywki, ale nierozrywkowi państwo pilnują i nie pozwalają z dziurą w szyi ganiać kotów po deskach.

Rok rozpoczęłam bardzo interesującą rozmową o larwach much plujek. Na protokole dyplomatycznym uczyli nas, żeby zawsze umieć dostosować small talk do okoliczności, a zatem skoro lecznica, puszczające szwy, martwica, to wydało mi się stosownym zagadnąć o tych larwach. No i się dowiedziałam MASY ciekawych rzeczy. Że tylko w serialach medycznych to tak uroczo wygląda, że przyjdzie sobie biały robaczek, zje martwą tkankę i będzie przepięknie. Tak naprawdę jest to podobno szalenie ohydny widok, jak powłażą w ranę i trzeba ją opracowywać. W całej lecznicy  tylko jeden pan weterynarz jest na tyle twardy, że bierze się za rany z muchami (za to podobno niestety nie jest w stanie dotknąć się do wrośniętego paznokietka, czyli każdy ma swoje słabości).

Plecy mnie bolą z nerwów i żałuję, że nie lubię wódki, bo bym zrobiła pół litra i padła nieprzytomna chociaż na pół dnia, a tak to co.

O TYM, CO U MAŁEGO PACJENTA

 

Jaka wielkość noża, hm. Myślę, że wystarczyłby mi nożyk do obierania owoców i mimo, że jestem leniem potężnego kalibru, to chwilowo spokojnie przerobiłabym nim wieloryba na gulasz.

Szczypawka wygląda jak piesek z “Frankenweenie” (kto oglądał? Ja od wypadku Sparky’ego do końca ryczałam, więc nie wiem, czy się liczy), ma codzienne wizyty na zastrzyle z antybiotyków i środków przeciwbólowych i teraz jeszcze mam jej to przemywać. Z przetoki się sączy, no po prostu “Ostry Dyżur” i turpizm pełną paszczęką. Przy czym ja się trzęsę, a psa interesuje głównie najlepsza wołowinka, którą pan zakupił i gotuje po kawalątku i ją karmi jak małego sępa (bo aha, nie wspomniałam, miała usuwane dwa wyłamane ząbki i było podejrzenie złamania żuchwy).

Ale jakby przyszli spryskać łazienkę i kuchnię luminolem, to byłoby jak w niezłym horrorze. Zaprawdę widok psa zamienionego w krwawy ochłapek i męża, który wygląda jakby wyjadał wnętrzności żywemu tygrysowi tygrysowi – bo nawet okulary miał we krwi i strzępach – to jest AKURAT TAKI widok, jaki każdy chce mieć pod powiekami na zakończenie roku. NES PA?… (Jego mać).

Drogi Pamiętniczku! Czy oszaleję?… (Ale kilogramów poświątecznych ubywa, że hej, bo kto tam ma czas i ochotę na jedzenie).

O SYLWESTRZE JAK JASNA CHOLERA

 

No to mamy Sylwestra – niezapomnianego. Mieliśmy jechać nad morze, ale wczoraj Szczypawkę pogryzł pies sąsiada. Wielki. Znały się od lat. Wczoraj cały dzień w lecznicy i pierwsza noc z małym, pozszywanym Frankenweenie (jak te czarne szwy jej sterczą!…). Naprawdę albo zaraz zwariuję, albo kogoś zabiję i wypatroszę.

O KAPUŚCIE

 

Torebkę z biżuterią dostałam ja, a nie kochanka. Jej zawartość wskazywała na to, że od początku była przeznaczona dla mnie (a nie dla kochanki), ponieważ w środku był żółw. Duża, srebrna, ciężka zawieszko – broszka, trochę wiktoriańska, w kształcie żółwia z dużymi błyszczącymi kamieniami na skorupie. Uwielbiam takie cuda i kiedyś się zachwycałam tym żółwiem na wystawie biżuteryjnego i proszę, zapamiętał!… Wzruszyłam się. Tym bardziej, że książkę o Cayetanie też dostałam (w papierze Feliz Navidad, świeżutko z Madrytu).

(I sobie byłabym taka zachwycona moim mężem, po czym zaprosił mi gości na indyka na drugi dzień świąt – to jeszcze do przeżycia, bo i tak ktoś musiał tego indyka zjeść, a odkąd mam zmywarkę to jakoś mniej nienawidzę gości – i pyta się mnie “Czy ja mam wynieść te śmieci?”. Kubełek pod zlewem się przesypuje, a on pyta, czy ma wynieść. Nie, kochanie, zostaw, postawimy na środku salonu jak goście przyjdą, niech widzą, jakie się u nas rzeczy wyrzuca! Hej! Inni by wyjęli z kosza, wymyli i wystawili na Allegro, a my wyrzucamy! Naprawdę z tymi facetami to czasem trudno precyzyjnie określić, o co chodzi. W każdym razie są dziwni i niejednoznaczni).

Poza tym chwilowo jestem najzasobniejszym w kapustę gospodarstwem domowym na bardzo dużym obszarze. Gdyby nagle zamiast złotówki wprowadzono jako walutę kapustę (z grzybkami), to jestem lokalnym szejkiem (naftowym, nie mlecznym).

Zaczęło się od mamy Zebry.

– To ja ci przyniosę kapustę do tego indyka, bo tyle ugotowałam, kto to zje. A do obiadu się przyda.

– To przynieś – zgodziłam się.

To przyniosła.

Wchodzi babcia z wielkim mega słojem.

– Anusia, tu ci taką kapustkę przyniosłam. PYSZNA.

Czyli już jest nieźle, ale jeszcze teściowa przyjechała:

– No takiej kapusty jak moja to nie jedliście! – stwierdziła wręczając nam okrągły plastikowy pojemnik wielkości UFO.

W związku z czym mamy zapas na oko do marca. No i dobrze – kapusta jest zdrowa, smaczna, łatwo się przechowuje i przyrządza wyjmując ze słoika i nie zawracając dupy. I tego się trzymajmy.

I tak by było miło, to musiało, MUSIAŁO to białe gówno spaść i przywalić dziesięć stopni mrozu!…

O, JAKIE PIĘKNE ŚWIĘTA

 

Nie każdy taką pogodę lubi, ja owszem, pod warunkiem że nie muszę wychodzić z domu.

Zamiast choinki jak co roku mamy jemiołę, gdyż jemioła jest pasożytem i nie żal jej ścinać, w odróżnieniu od choinek. W roli elementu dekoracyjnego występują dwa psychodeliczne bałwanki zmieniające kolor.

jemiol

No i nie trzeba później zamiatać igieł, więc w ogóle same plusy.

Radosnych, spokojnych i wypoczętych!

(Polewa wyszła pyszna. Wylizałam łychę i rondelek i chyba mi trochę niedobrze. Nieźle się zaczyna).

O SOBOTNIM OBŻARSTWIE DO PRZESADY

 

Śledzie nie ucierpiały, a w sobotę od rana już byłam jak nowa. Cokolwiek to było – wirusek czy salmonella z kurczaka – najwyraźniej JA jestem gorszą zarazą i można ze mnie robić szczepionki.

Najpierw się obżarłam jak prosię na urodzinach siostrzenicy; ciastem marchewkowym z mascarpone musiałam się podzielić z sukami (Fuga i Szczypawka jadły na zmianę z łyżeczki, bardzo grzecznie i nie przepychając się), bo bym pękła. Koty spędziły całą imprezę tam gdzie ich miejsce – w sypialni pod łóżkiem i ani drgnęły. To tyle na temat teorii, jakoby kotów nie można było wychować ani zdyscyplinować – polecam się ze Szczypawką. Wystarczy jedna lekcja.

Dziecko dostało na trzecie urodziny kuchnię i komplet garnków. Zaawansowane genderystki zaraz mnie tu zjedzą bez przypraw, ale nic nie poradzę na to, że dziecko zachwycone i nie chce się oderwać – biega z patelnią, karmi ojca pluszową sałatą i chwilowo ma wylane na to, że podła rodzina utrwala jej stereotyp.

Następnie poszłam na spotkanie z koleżankami, bo pojawił się w mieście nowy lokal, w dodatku naszej znajomej oraz mający w ofercie placki ziemniaczane. Po tych urodzinach trochę już pękałam na szwach, ale nie ma takiej opcji, żebym odpuściła plackom. Były pyszne, domowe i chrupiące, do popicia wino mołdawskie, tylko tematyka rozmów trochę mnie rozczarowała.

Choć zaczęło się nieźle – od refleksji, że nagle któregoś dnia się obudzimy i będziemy miały siedemdziesiąt lat i nie będziemy wiedziały, KIEDY TO SIĘ STAŁO I JAK TO MOŻLIWE. Obiecujące, prawda? Tylko że zaraz potem rozmowa skręciła na temat, jakim klejem przyklejać do styropianu ziarenka kawy, żeby trzymało a styropian się nie rozpuścił. Czujecie?… Zamiast obrabiać dupy znajomym, zamiast raportu kto z kim, kiedy i czy było z tego nieślubne dziecko, albo chociaż ślubne – to one o bombkach!… No i jeszcze o szlifowaniu szkła. Na mokro. Myślałam, że mnie stamtąd wyniosą.

Ale placki pyszne. Wino też.

(A pardą, jeszcze o POMPONACH Z TIULU – wiecie, że łatwo jest zrobić duży pompon, a im mniejszy, tym trudniej?… Ja już wiem. Chociaż wolałabym wiedzieć o romansach naszych kolegów i koleżanek z liceum i nie mówcie mi, że to już NIE TEN WIEK na romanse. Bo wypiję płyn do naczyń z rozpaczy).

Z braku informacji towarzyskiej biorę się zatem za śledzie w cynamonie.

O TYM, ŻE CIUT SIĘ POPSUŁAM

 

Niewykluczone, że dzisiejszy wpis jest pożegnalnym, albowiem zjadłam wczoraj kurzy sznycel, który chce mnie wykończyć gastrycznie i jak na razie idzie mu całkiem nieźle. Cała noc miałam bóle i wizje i ogólnie jest mi tak sobie.

W ogóle… KTO TO WYMYSLIŁ, po co człowiekowi tyle flaków w środku i każdy może go rozboleć, co jest bez sensu. Ameba się o wiele lepiej ustawiła.

Obrzygam śledzie na biurowej Wigilii czy nie?… Można przyjmować zakłady.

 

 

O REFLEKSIE I BANANACH

 

Widzicie, co się z człowiekiem dzieje od tego wstawania wpół do szóstej rano?… Całkowicie się traci czujność i refleks! Dobrze, że mnie ustawiłyście do pionu (a twierdzą w internetach, że KOBIETA KOBIECIE LUPUSEM – a tu proszę). Czyli jednak miałam zdrowy odruch z tym spontanicznym okrzykiem i teraz N. nie ma wyjścia i torebeczka musi powędrować do mnie. A prezent dla kochanki – już ja się postaram, żeby nie miał czasu na biżuterię, najdalej dostanie przepustkę do elektrycznego. Flądra może w tym roku liczyć najwyżej na bezpieczniki.

(Alan Rickman nie bzyknął czarnej flądry. Zadzwoniłam do niego i zapytałam. Śmiał się i mówi, że dał jej naszyjnik w biurze i ona bardzo prosiła, żeby wpadł wieczorkiem w Wigilię, ale nie skorzystał).

Pomogłam wczoraj Zebrze wytaszczyć choinkę w donicy z samochodu. Szczypawka też ze mną poszła i, jak to Szczypawka, od razu zabrała się za przedświąteczne porządki z kotami w roli głównej. Efekty: jeden podrapany pies, jeden pogryziony kot i CUDEM nie ściągnięty karnisz (dopadła Janusza w kącie przy szklanych drzwiach). W sumie to ja jej nawet zazdroszczę tej spontaniczności – chciałabym się umieć rzucać na tych, których nie znoszę, z takim niewymuszonym entuzjazmem z zębami i pazurami… A nie się uśmiechać na siłę i owijać gówno w papierek. Ale Zebra nie była zachwycona (no i chyba Janusz też nie za bardzo). Dobra, muszę Szczypę trochę utemperować, bo zaczynam jak ta mamuśka z piekła rodem, co to jej synuś demoluje mieszkanie znajomych, a ona siedzi uśmiechnięta i zachwycona i twierdzi “ALE ON JEST TAKI ŻYWY!”.

Klient Biedronki znalazł w bananach z Kolumbii egzotycznego pająka wielkości dłoni. “W kartonie z owocami był też kokon z wieloma małymi pajączkami”. Są do adopcji?… (Nie dotknę więcej bananów!…).