Udało nam się oszukać pierwszy tegoroczny śnieg, z czego się bardzo cieszę – pojechaliśmy do Galicji. Zawieźć pierniki na święta, suszone grzyby i oczywiście przynęty wędkarskie, bo bez tego ani rusz. Na początku trochę padało (nawet bardziej niż trochę), ale i tak się chodziło na wino wieczorami, N. gadał ze wszystkimi swoimi znajomymi i chyba w żadnym barze nie udało nam się zapłacić. A nie – w jednym przy moście w Furelos, bo poszliśmy tam sami ukradkiem (i tyłem, żeby zmylić ewentualną pogoń).
Pierwszego dnia pojechaliśmy zobaczyć wodospad – faktycznie piękny, ale jedzie się do niego żwirową drogą przez las i – jak wspominałam – dość mocno padało. Wodospad huczał, zrobiliśmy piękne zdjęcia, po czym samochód zabuksował i zawiśliśmy w przydrożnym rowie. Nowiutkim samochodem prosto z wypożyczalni! Co chwilę padało, a za jedyne schronienie mieliśmy stary, kamienny, opuszczony młyn przy wodospadzie – coś wspaniałego. „Tak się zaczynają wszystkie horrory” – stwierdził N. i miał rację. Na szczęście przyjechał pan z lawetą z ościennej miejscowości i nic nas w tym młynie nie zjadło, ale nasłuchałam się wodospadu za wszystkie czasy.
Codziennie rano do śniadania leciały w telewizorze wiadomości o skorumpowanych politykach, więc trochę się czułam jak w domu. Zwiedzaliśmy piękne Santiago i Lugo i obżerałam się nieprzyzwoicie – jak to w Galicji. A na koniec tygodnia wróciliśmy do Madrytu…
Przed wyjazdem N. powiedział „Ale wiesz, że wtedy będzie Czarny Piątek?” – a ja mu na to, że wiem, ale spoko, nie będzie tak źle, bo teraz się wszystko kupuje w internecie i kto w ogóle jeszcze chodzi do normalnych sklepów.
Odpowiedź brzmi: WSZYSCY. Wszyscy!!!! Wszyscy naraz w całym Madrycie i ściągnęli rodziny i znajomych. Ulicami nie dało się przejść. N. na zmianę mówił „Musimy trafić na prąd, który będzie szedł w naszym kierunku” albo robił za Gladiatora: „IDŹ ZA MNĄ! Tylko blisko, żeby się korytarz nie zamknął!”. Przed niektórymi sklepami stały kilkudziesięciometrowe kolejki do wejścia – nazwy sklepów nic mi nie mówiły, a stała głównie młodzież, czyli dobrze im tak, znowu jakieś fiu bździu wymyślili. Chociaż najdłuższe kolejki, i to od samego rana, stały przed loteriami.
Dobrze, że samolot mieliśmy z samego rana, bo moglibyśmy się nie dopchać na lotnisko. Mam objawy PTSD po tych tłumach i kolejkach i zepsułam sobie bark od noszenia torby na lewym ramieniu (nie umiem inaczej – boli mnie strasznie; czy to słynny menopauzalny zamrożony bark?). Na lotnisko wiózł nas (znowu Teslą) uroczy gaduła, na dodatek magik, bo na światłach pokazywał nam sztuczki. Zawiózł nas przez dzielnicę rozrywki, gdzie o siódmej rano właśnie wysypywała się z nocnych klubów młodzież, żeby sobie relaksacyjnie zwymiotować po przebalowanej nocy oraz żeby zostać spisanym przez policję. Czasem (właściwie to często) się cieszę, że już nie jestem młoda i tak nie muszę (plus te kolejki do sklepów!).
I jak zwykle po podróży – najlepiej się śpi we własnym łóżku, z własnym psem. i skorumpowanych polityków też mam swoich, lokalnych, nie muszę szukać po zagranicach (swoją drogą to intrygujące, jak oni wszyscy są jednakowi i powinni siedzieć w pierdlu od razu po wpisaniu na listy wyborcze – po co tracić czas na długie i kosztowne procesy sądowe?).
A na pożegnalnej kolacji zeżarłam sama prawie całą tartę ze szpinakiem. Jest mi strasznie wstyd (i prawie nie spałam w nocy), ale była przepyszna.
Droga Redakcjo, co ja mam zrobić z tym barkiem? Idę szukać voltarenu.
Za jakieś dwa lata przejdzie.
Voltaren może podnosić ciśnienie przy dłuższym stosowaniu, niestety. Warto zacząć nosić torebkę przez plecy jak listonosz, zwłaszcza jeśli się w niej nosi wszystko, czyli dużo …
Idź do fizjo z barkiem
Voltaren, taa, perfumy każdego po czterdziestce.
Ale taki wypad, nawet w deszcz, to dobry pomysł w tej szarówie, my się właśnie pakujemy na cztery dni (dłużej nie, bo zatęsknimy się za psami).