O RYBACH I CIEKAWEJ MIEJSCOWOŚCI

Smutna wiadomość, ale jaka ładna miejscowość: „Do tragedii doszło w miejscowości Nawino w województwie zachodniopomorskim”.

Muszę koniecznie tam kiedyś pojechać! Nie wiedziałam, że w zachodniopomorskim jest miejscowość jak dla mnie stworzona. Przynajmniej z nazwy.

Tymczasem ryby. Ciężko będzie, no i pewnie znowu dostanę opierdziel od koleżanki, że nie daję ludziom spać i od czwartej rano rozmawiam z psem, który dostaje korby po wyjściu pańcia na pomost. Czepia się – psy są fantastycznym towarzystwem do rozmowy i każda pora jest dobra. 

Oczywiście, od jutra ma padać, ha ha ha. HA.

O MORDZIE I ROBAKACH

Byłam w TKMaxxie niechcący. Fryzjerka zadzwoniła, że utknęła w metrze, a ja już przyjechałam do centrum no i najbliżej był ten TKMaxx, więc weszłam przeczekać te dwadzieścia minut. W dziale z modą od razu mnie zamroczyło, uznałam że tu nic nie zdziałam i przeniosłam się w bardziej przyjazne rejony gospodarstwa domowego. Tam od razu urzekło mnie biało – niebieskie ceramiczne naczynie do zapiekania. Nie kupiłam, albowiem w domu posiadam jakiś tuzin biało – niebieskich naczyń do zapiekania, a mimo tego liczba przyrządzanych przeze mnie zapiekanych dań delikatnie mówiąc nie jest oszałamiająca. I szansa na to, że wzrosłaby, gdybym kupiła jeszcze jedno takie, jest dość mizerna.

Na szczęście obok był dział dla psów, bogato wyposażony, bo głupio by było tak wyjść z pustymi rękami:

No i jak po fryzjerze wróciłam do biura, to akurat mieliśmy spotkanie z bardzo sympatycznym panem z banku (nie nabijam się, naprawdę jest sympatyczny), który próbował nam zaprezentować strategię oszczędnościowo inwestycyjną. Niestety, od razu przy wejściu wręczyłam Szczypawce prezent i miał utrudnione zadanie.

– Myślisz, że opowie wszystkim w robocie, że zamiast słuchać i podejmować odpowiedzialne decyzje, to klient rzuca psu piszczącą pluszową paszczę? Jeszcze pomyślą, że jesteśmy jacyś NIEPOWAŻNI – martwił się N. po spotkaniu.

Nie wiem, jak mogliby tak pomyśleć. Konto w banku swoją drogą, ale pies przecież jest najważniejszy.

A później N. chciał mi zrobić numer nie z tej ziemi, czyli kupić robaki na wyjazd. Bo jedziemy na Mazury na ryby (niech im żyłka lekką będzie). Na szczęście wybiłam mu to z głowy – ja nie wiem, dlaczego on uważa, że przebywanie przez trzy dni pod jednym dachem z robakami zamkniętymi w pudełku robi człowiekowi dobrze na psychikę. Raz już mnie zostawił z pudełkiem robaków i śmignął na delegację na trzy dni – NIGDY WIĘCEJ. Poza tym, szanujący się wędkarz powinien sam wykopać robaka, czy tam wyhodować. Zawsze można łowić na chlebek, a najlepiej – wcale, tylko normalnie się napić na tarasie, jak dorośli ludzie. Ech.

O TYM, ŻE CZAS MIJA, A LUDZKOŚĆ SIĘ STACZA (CZYLI BEZ ZMIAN)

Podobno nadciąga wyjątkowo silna burza słoneczna – może to dlatego od wczoraj jestem na wszystko wkurwiona jakieś trzy razy bardziej niż zwykle, a także śnił mi się marszałek Kuchciński. Naprawdę, chwili wytchnienia od nich nie ma, jak tu nie zwariować? 

Czytam artykuł o tym, że Japończycy zamierzają hodować zwierzęco – ludzkie embriony (no dobra, zwierzęce z ludzkimi organami). Jednak z Japończykami trzeba ostrożnie – niby się zaprzyjaźnią, polubią barszczyk w proszku, Hello Kitty, a na zapleczu wyspa doktora Moreau. Ja tam się będę upierać, że oni są o wiele bardziej z Kosmosu, niż próbują nam wmówić, a ich wyspy to nie żadne wyspy, tylko statek – matka. Którym w dogodnym momencie sobie odlecą do siebie do domu. Może przylecieli na Ziemię tylko dlatego, że ryż im smakował, a u siebie nie mieli (krupika).

Gdyby ktoś się zastanawiał nad ofiarowaniem ciała nauce, to też znalazłam o tym fascynujący artykuł. Jednostka badawcza w Arizonie, do której trafiały takie podarowane ciała, prowadziła wysyłkowy sklep z częściami ludzkimi, można sobie było kupić kręgosłup za 950 dolców, kolano za 365 albo popiersie z głową za 2400. W dodatku w garażu stała lodówka pełna penisów (czyżby nie miały wzięcia?), a kontrola odkryła zwłoki z doszytą cudzą głową, ściegiem Frankensteina. Podobno wszystkiemu jest winne nowe prawo, przegłosowane w Arizonie w 2017 roku, zgodnie z którym handel zwłokami nie wymaga nawet licencji stanowej. Każdy może sobie w garażu ćwiartować. U nas też ostatnio stanowienie prawa nie idzie w najlepszym kierunku, tak tylko zauważam mimochodem.

W ogóle to mimochodem znienacka minęło PÓŁ WAKACJI. Ja w ogóle nie wiem, czy to jest legalne, że tan czas tak zapierdala. Zróbmy z tym coś!

O TYM, ŻE FACECI NIE SŁUCHAJĄ, A SKLEPY NIE PILNUJĄ WYMIARÓW

Mieliśmy małe parten gardy z hamburgerami N. w roli głównej, ale przygody zaczęły się już wcześniej – moje koleżanki powiedziały, że nie przyjdą, jeśli w łazience na dole nie będzie wisiała firanka.

Tłumaczę im, że po pierwsze, od sąsiada nic nie widać, a latem zwłaszcza, bo pomiędzy domami jest porośnięte zieleniną liściastą. Po drugie, dlaczego one sobie wyobrażają, że chłopina nie ma nic lepszego do roboty, tylko wisieć w oknie przez cały wieczór, bo a nuż zobaczy ich goły tyłek? I to przez chwilę i bynajmniej nie w erotycznych okolicznościach. Ale one nie i nie, ma być firanka. No i musiałam wieszać firankę, własnoręcznie udźganą szydełkiem, żeby nie było – i to z niejakimi przygodami i o mały włos morderstwem, bo N. wysłany do Józka po patyczek do firanki wrócił z ROLETĄ (naprawdę miałam go ochotę przynajmniej lekko poddusić). 

A, no i jeszcze kupiłam w Biedronce bardzo ładną blachę do upieczenia bułeczek (koleżanka przyszła z gotowym ciastem, żeby nie było – ja nadal boję się zaczynać z drożdżami), dużą i płaską.  I w kulminacyjnym momencie wsuwania do pieca uformowanych, wyrośniętych i wysmarowanych jajkiem bułeczek okazało się… że blacha jest ZA DUŻA. 

Za szeroka o jakieś półtora centymetra. Może dwa i pół, nie więcej, ale to jakby WYSTARCZYŁO.

No ludzie, co za zwyrol sprzedaje za szerokie blachy, które się nie mieszczą w piekarniku? I dlaczego właściwie piekarniki nie mają standardowych wymiarów? Musiałyśmy przekładać bułeczki, co nie jest łatwe w przypadku wyrośniętego drożdżowca, a ja zostałam z tą niewymiarową blachą. No cóż, będę miała bardzo ładną dużą TACĘ. Mogę jej także używać jako gongu, wzywającego na posiłki. I nie wiem do czego jeszcze. Do okładania po głowie włamywacza (lub męża, jak wysłany po patyczek wróci z roletą).

Jak zwykle hitem imprezy okazały się małe ziemniaczki gotowane w mundurkach na sposób kanaryjski. Ja tego naprawdę nie rozumiem, ale zawsze idą jak woda. Aha, i moje powidła śliwkowe, co miały być do sera, a w efekcie były do WSZYSTKIEGO, z hamburgerem włącznie. Bardzo byłam wzruszona.

A jedna koleżanka akurat wróciła z Nowego Jorku, gdzie miała różne przygody, w tym zepsuła światło na całym Manhattanie i chciała nielegalnie przewozić sadzonki w walizce, i w związku z jej opowieściami miałyśmy dyskusję, czego zazdrościmy drag queen. Ja im zazdroszczę, że umieją robić takie niesamowite makijaże i pięknie chodzić na obcasach (i jakie mają nogi!). 

A później przyszła burza, na którą się zanosiło przez cały dzień. Lunęło akurat, jak goście czekali na taksówkę, oczywiście. A najgorsze, że nikt się nie upił i nawet nie miałam kaca następnego dnia – naprawdę świat się kończy. Co oczywiście oznacza, że impreza nieudana i do powtórki.

O, Netflix rzucił nowy sezon „Orange is a new black” – ostatni. No to zobaczymy, co tam u dziewczyn.

PS. Aha, i kajam się z tym filmem o zakonnicach – po pierwsze, jest na motywach „Dekameronu”, po drugie, gra tam Kate Micucci, którą uwielbiam, i w obsadzie jest kilka osób z SNL. Czyli super, tylko ktoś zrobił denny opis. Jednak algorytmy miały rację. Trochę to PRZERAŻAJĄCE.

O TYM, ŻE LATO NADAL TAK SOBIE

Dzień dobry! Sytuacja na dziś kształtuje się następująco:

– jestem stara;

– i gruba;

– mój pies znowu miał sraczkę, tym razem po szczepionce (na przyszłość: nie brać wszystkich szczepionek naraz, bo dostała uczulenia na pysku i uszach);

– tradycyjnie nie widzę sensu życia ani w ogóle niewiele widzę, bo oczy mi glonem zaszły i muszę zamówić nowe szkła kontaktowe;

– a złośliwa menda fejzbuk wyświetla mi przewodnik po pięciu najlepszych empanadach w Santiago de Compostela. Nosz KURWA MAĆ! Jakbym miała w bliskiej perspektywie empanadę w Santiago, to inaczej bym ćwierkała.

Na szczęście zrobiło się ciepło, chociaż tyle. Siedzę przy biurku wkurwiona, ale przynajmniej w sandałkach. Oraz na moim ulubionym forum śliczny świeży wąteczek „Dlaczego nie lubisz mamusi?” – o tym, co nawywijały teściowe. CUDO. Ach, na ten temat mogłabym hektolitrami. Ale nie chcę sobie psuć nastroju (jeszcze bardziej).

Myślicie, że królowa Elżbieta jest lekko wściekła, że musi przyjąć na audiencji nowego premiera Anglii?…

O ŚLIWKACH CHYBA

Nie ma to jak spędzić pół niedzieli na PRZETWORACH ZNIENACKA. Wszystko przez to, że zadzwoniła do mnie ciotka (ta od xanaxu) i jęczy – otóż miała dostać od znajomej trochę wiśni z własnego sadu, a tu niespodzianka, znajoma przywiozła jej jeszcze i śliwki. Niestety TRZY WIADRA. I żebym trochę wzięła, bo ona już nie ma ani pomysłów, ani słoików na te śliwki i cukier jej się kończy.

No to wzięliśmy trochę i co było robić, jak nie powidła, bo to najszybciej. To były dwa gatunki śliwek i jedne pierwsze raz w życiu widziałam – krwistoczerwone w środku i za cholerę nie chciały się oddzielić od pestki. Ale powidła z nich wyszły bardzo przyjemne.

(Co mi przypomina, jak pewnego razu przy śniadaniu N. kategorycznie zażyczył sobie wyjaśnienia różnic pomiędzy dżemem a powidłami. I on jadł śniadanie, a ja mu czytałam na głos internetowe artykuły o dżemach, powidłach, konfiturach i marmoladach, zamiast normalnie po ludzku zrobić awanturę i już).

A najgorsze to wiecie co? Już nawet nie to, że zamiast leżeć pijana pod monopolowym na rogu, jak aktualna siła przewodnia społeczeństwa, to pestkuję owoce i płacę podatki. Chociaż to owszem, wkurwiające, jak się przyjrzeć z pewnej perspektywy. Ale najgorsze, że śliwki to JESIEŃ – a jeszcze dostałam maila „Przygotuj się na jesień NOWA KOLEKCJA”. Otóż ja się nie chcę na jesień przygotowywać! Co za granda.

O TYM, ŻE LATO POZOSTAWIA WIELE DO ŻYCZENIA

N. mi się ostatnio zdenerwował, kiedy rano usłyszał w Trójce piosenkę jakiegoś romantycznego mężczyzny o tym, że jest piąta rano i zaraz się noc skończy. 

– O piątej rano to ja jestem po wyprowadzeniu psa, podlaniu kwiatków na tarasie i dwóch kawach! Albo już kawał za Częstochową, a temu się noc kończy! Nie mogę tego słuchać – i poszedł.

Taka prawda. A dziś pobudka była o trzeciej rano i Szczypawka domagała się ŚNIADANIA (wspominałam już, że nie przepadam za zapachem psich chrupek o trzeciej rano?…). 

I czekam na tez zapowiadany od dwóch tygodni POWRÓT UPAŁÓW. Czekam i czekam, i czekam, i one codziennie mają nadejść JUŻ OD JUTRA. Na razie od tego lata to reumatyzmu w lewym kolanie dostałam i mi chrupie jak chodzę. W ogóle niby lato, a jakoś tak smutno i ponuro, byłam ostatnio w hurtowni papierniczo – chemicznej i uwaga, NIC SOBIE NIE KUPIŁAM! Oprócz zakupów do biura. To się praktycznie NIE ZDARZA, żebym wyszła bez nadmiarowych długopisów, notesów albo kolorowych karteczek!… No dobra, balsam Ziaja glitter za sześć złotych, ale co to jest jeden balsam! W dodatku ma za mało glitter. 

Co odpalę jakiś serwis informacyjny w internecie, to tam albo zmordowane dzieci, albo zamęczone zwierzęta, albo poseł Czarnecki. No nie ma innej możliwości, muszę się nauczyć pić wódkę tyłkiem.

O POMYŁCE NETFLIXA I ZDJĘCIU

Przez 99% procent czasu nie rozumiem ludzi, którzy skaczą z mostów albo rzucają się pod pociągi. Ale od czasu do czasu przychodzi ten jeden procent. Wtedy jedyne czego NIE ROZUMIEM, to dlaczego ja właściwie jeszcze nie leżę na torach o tej godzinie, najlepiej oczekując na towarowy z podwójną lokomotywą.

Odpowiedzią jest oczywiście pies (niektórzy twierdzą że miłość, ale to w gruncie rzeczy to samo). Nie mogę leżeć pod lokomotywą, bo kto poda Szczypawce tabletkę w masełku, w dodatku w takiej pozycji:

Natomiast Netflix przysłał mi jako „Wybrane dla ciebie”: 

“Godzinki

2017

Dyscyplina klasztornego życia zostaje zakłócona, gdy trzy pewne siebie zakonnice spotykają na swojej drodze ponętnego ogrodnika.”

Serio? Ale SERIO SERIO? Trzy pewne siebie zakonnice i ogrodnik? Czy ja wyglądam na amatorkę ponętnych ogrodników? A jeśli chodzi o zakonnice, to wolę jak biorą LSD i karmią tygrysa (patrz Almodovar). Albo Netflixowi się algorytmy pokopały, albo jakaś pijawka siedzi na moim koncie na krzywy ryj.

Oglądałam sobie zdjęcie kwantowego splątania, jakie udało się zrobić naukowcom. To straszne, ale ja na tym zdjęciu widzę usta siostry Godlewskiej. Nie chcę, żeby Wszechświat składał się z takich rzeczy!…

O SILIKONIE I MORDERCY

„Weterynarz z przypadku” – na jeden wieczór do poduszki, szkoda – spodziewałam się czegoś grubszego i z całą sympatią dla pana doktora, chętnie bym przeczytała więcej historii o pacjentach, chociaż oczywiście jego życiowe wybory i przemyślenia są bardzo ciekawe. Książka jest zbiorem historyjek z bloga, co widać – no niestety, blog nie jest najlepszym materiałem na książkę, to kolejny przykład na potwierdzenie tezy. ALE JA NIE O TYM właściwie – otóż w jednym z felietonów dotyczącym kastracji psów autor informuje, że na rynku pojawiły się silikonowe protezy psich jąder i że reklamuje je Kim Kardashian.

HA HA, jaja (nomen omen) sobie robi – pomyślałam i oczywiście następnego dnia wyguglałam – jest to prawdą, Kim Kardashian uszczęśliwiła swojego psa Duke silikonowymi protezami marki NEUTICLES, żeby się nie czuł zniewieściały. Moim zdaniem ona ma taki syndrom, że kiedy widzi coś silikonowego to nie może się oprzeć – jak nie ma gdzie tego wszczepić sobie, to przynajmniej psu, skoro był pod ręką. Widocznie jest pewna masa krytyczna silikonu w ludzkim ciele, od której zaczyna się zasysanie z otoczenia dostępnego silikonu w każdej postaci. Ludzka czarna dziura silikonowa. Coraz więcej takich egzemplarzy chodzi po tym biednym globie – ciekawe co będzie, jak już zaabsorbują cały dostępny silikon – zaczną pochłaniać się nawzajem?…

Natomiast „Taśmy Bundy’ego” są porażające. Skurwysyn był wydajny jak harvester, a przez tyle czasu (a raczej – tyle ofiar) nie zostawił żadnego śladu, to jest aż nie do uwierzenia. Przecież to były lata 70-te, nie osiemnasty wiek, a on właził do domów, do sypialni, musiał je wozić swoim samochodem – i nic? I dlatego nie lubię oglądać dokumentów – za bardzo się denerwuję. 

Za to Netflix rzuca czwarty sezon Różowej brygady, mam nadzieje, że będą odcinki z kobietami – a ja się posłuchałam Tana, wygrzebałam z szafy szorty i spodenki nad kolano (żeby nie nosić tych nieszczęsnych  capri) i co? I lato się skończyło.

I tak, też przed alkoholizmem powstrzymuje mnie to, że nie lubię wódki. A wina to by wychodziło strasznie dużo, i to CODZIENNIE, ile to butelek do targania! Chociaż zaraz, modelki w „Jess i chłopaki” piły wódkę tyłkiem. Hm. HMMMM.

O WYDARZENIACH LOKALNYCH

Mam poniedziałkowe wilcze doły: śmieci podrożały, czynsz podrożał oraz jest zimno. I jak tu nie przeklinać i zachowywać się konserwatywnie z umiarem? No nie da się. Jedno co dobre w tym wszystkim, że trochę popadało.

Kupiłam natomiast pachnące patyczki do przedpokoju, wśród opisów zapachów (opisów zapachów!…) szukałam jakiegoś najmniej agresywnego i tak jakoś mi się wydawało, że „karaibska plaża” brzmi nieźle, no bo co na plaży pachnie: morze, piasek, czasem olejek do opalania. Odpakowałam w domu… No, jeśli na tych Karaibach TAK ŚMIERDZI, to dobrze że tam nigdy nie byłam oraz nie wybieram się. Po pół dnia wywaliłam patyczki precz, nie dało się żyć pod jednym dachem z tym obrzydlistwem.

Natomiast na Fejsbuku wyskoczyła mi strona lokalnego tygodnika, opisującego wydarzenia w moim pięknym mieście. Od razu pierwszy artykuł opisywał odnalezienie zwłok pacjenta na dachu szpitala. Pacjent jakoś tam się zgubił personelowi dwa dni wcześniej, wiadomo że nikt za nim specjalnie nie tęsknił, bo pacjenci w szpitalu to zło konieczne – jeden zginął, to przyjdzie pięciu następnych. Tylko zamiast odnaleźć się jak Bóg przykazał gdzieś pod okolicznym monopolowym w dobrym humorze i zacnym towarzystwie, to się objawił nieżywy i na dachu. Ekscentryk.

I od razu następny artykuł był o lokatorach pewnej kamienicy, których tłucze sąsiadka chora na schizofrenię. Nawet ją zamknęli w jakimś zakładzie, ale uciekła i od tamtej pory trwa PROCEDURA i nic obywatelce zrobić nie można, zresztą specjalnie żadna instytucja się nie poczuwa. A pani dalej rzuca się na ludzi i ich bije.

Więc jeśli ktoś uważa, że cywilizacja idzie do przodu, a kraj wraz ze światem zmienia się na lepsze, to zapraszamy do Żyrardowa, gdzie zostanie obrany z tych złudzeń jak mandarynka.

A może po prostu pierdolnąć to wszystko i popaść w alkoholizm, żeby się dopasować do otaczającej rzeczywistości? Jakoś nie słyszałam, żeby alkoholik się martwił cenami śmieci. Albo czymkolwiek w zasadzie. I cholesterol im się w żyłach nie odkłada.

Pomysł wart rozważenia.