Styczeń minął. Z jednej strony – uff, z drugiej – już jedna dwunasta roku za nami, co jest dość jednak przerażające, kiedy się nad tym zastanowić.
Nadal smarkam, niby trochę mniej i nie duszę się w nocy, chociaż tyle. Miałam już kiedyś taki katar, co myślałam, że już mi zostanie do końca życia, i wtedy pomogła mi kopalnia w Wieliczce. Bo akurat przyjechali do nas Hiszpanie i zabraliśmy ich do Wieliczki na wycieczkę. Więc jak mi nie przejdzie do poniedziałku, to trudno – jadę do kopalni soli w Wieliczce, bo nic innego mi nie zostało. Na tabcin i thera flu już nie mogę patrzeć (a i tak nie pomagają).
Czy przez takie olbrzymie zużycie chusteczek jednorazowych zwiększam znacząco swój ślad węglowy?
Pozostałe zagadnienia dręczące mnie dziś od rana to:
– gdzie mam wyrzucić pojemnik po dezodorancie – szklany z plastikową kulką?
oraz
– czy Szczypawka wydałaby nas nazistom za masło?
N. twierdzi, że nigdy w życiu. Ja nie jestem taka pewna (wiem, że nas kocha, ale miłość miłością, a masło to jednak masło).
Z cyklu fascynujące doniesienia z fejsbuka – hipopotamy Escobara niszczą ekosystem w Kolumbii. „The main problem is poop”, stwierdzono, jak również podobno gwałtownie zwiększa się ich liczebność. Na razie jednak nikt nie ma pomysłu, co z hipopotamami zrobić. Śmiem zauważyć, że bardzo podobny problem mamy u nas w kraju z politykami (z tym, że hipopotamy są jednak ładniejsze).
Mam ogromną ochotę kogoś udusić – niestety, chwilowo muszę się zadowolić cebulą.
