Z pieskiem to do przodu, to do tyłu, jak w życiu – w końcu nie bez powodu starożytni Rzymianie mawiali „Co się polepszy, to się popieprzy”. (Oraz – też już mam zdjęcia kup w telefonie; już się NIGDY nie będę z nikogo śmiała z tego powodu, obiecuję) (a w ogóle i tak lepsze psie kupy, niż penisy). Natomiast jeśli chodzi o leczenie, to okazało się, że w Polsce mamy znacząco utrudniony dostęp do leków na chorobę wrzodową żołądka.
NAPRAWDĘ? Myślałam, że w naszych dobrozmianowych aptekach nie ma leków tylko na tarczycę, padaczkę, onkologicznych, immunosupresyjnych, przeciwzakrzepowych i na nadciśnienie (no i OCZYWIŚCIE antykoncepcyjnych i HTZ). A tu jeszcze i na wrzody, no proszę. Nie, nawet nie będę tego komentować, bo sama dostanę wrzodów (o ile jeszcze nie mam).
A na zastrzyki jeździmy do cioci Zebry – próbowałam, ale wymiękłam, bo to trzeba mieć pewną rękę, a ja się czaiłam i kiedy w końcu dźgnęłam to pies dostał histerii i teraz za nic na świecie nie chce się do mnie odwrócić TYŁEM. W dodatku jak zadzwoniliśmy o szóstej rano, to szwagier nie odbierał, bo o tej godzinie to się dzwoni powiedzieć że ktoś umarł. No po prostu nasze życie ostatnio to SKARBNICA ANEGDOT (kurwa mać).
Na moim ulubionym forum wątek „Dlaczego nie lubicie wesel?” – hmmm… OD CZEGO MAM ZACZĄĆ?
