Co za beznadziejna, przygnębiająca pogoda.
N. w delegacji, więc mam na obiad wyrafinowaną zupę pho w gustownym kartonowym kubku. Cokolwiek poza zagotowaniem wody w czajniku albowiem mnie dziś przerasta.
Ta pogoda sprawia, że jedyne na co ma się ochotę, to rąbać bliźniego swego siekierą (instrukcja – patrz ostatni odcinek drugiego sezonu „Killing Eve”). A właśnie, widziałam świetnego mema na fejsbuku o tym, dlaczego należy medytować. Przed medytacją: „Chcę kogoś zabić”. Po medytacji: „Dokładnie wiem, kogo!”.
Więc może zacznę medytować – tylko jak to robić w sposób uporządkowany? Bo ja uwielbiam siedzieć i rozmyślać, ale jest to proces niesterowalny i zwykle kończy się w miejscu odległym o lata świetlne od tego, gdzie zaczęłam. Dlaczego u mnie wszystko musi działać od dupy strony? Dlaczego nie mam szansy być dorosłym, poważnym, uporządkowanym człowiekiem, tylko chodzącą stertą potarganego chaosu?
To było oczywiście pytanie retoryczne.
Na Netflixie znalazłam klejnocik – sześcioodcinkowy serialik Phoebe Waller – Bridge – „Crashing”. To jeszcze nie jest poziom Fleabag, ale bardzo podobne poczucie humoru i klimat. I oczywiście, MUSI być taki żałośnie krótki, prawda? Tylko cholerne „Suits” czy inne smutne tasiemce bez sensu mają pierdyliard sezonów po trzysta odcinków.
Nic mi się nie chce. Czy ten styczeń musi tyle TRWAĆ?…
