Dopadło mnie w tym tygodniu WSZYSTKO: przesilenie wiosenne, depresja COVIdowa (już nigdy… i tak dalej), podwyżki czynszów (o kurwa mać), w pracy ciągle coś i jakieś syfy i na dodatek psia niedyspozycja pokarmowa, czyli dwie noce nieprzespane. Mieliśmy pojechać nad morze, no ale piesek się popsuł i znowu nic i nigdzie. Jakaś jestem sfilcowana i nie do życia.
N. się nade mną wieczorami znęca, ponieważ upodobał sobie „Designated Survivor”; zwroty akcji prawie jak w kolanku pod zlewem, no ale on bardzo lubi Kefira Sutherlanda i nic się na to nie poradzi. Siedzę zatem do towarzystwa na kanapie, ale głownie gram w ślimaki i robię serwetkę (ciotka zamówiła bieżnik na pianino, więc tak z półtora metra muszę wyprodukować). Dlaczego Jack Bauer w tym serialu mówi cały czas stłumionym głosem przez zaciśnięte gardło? Brakuje mi jego wrzasków. I torby. Bez torby to już nie to samo (wiem, wiem, prezydent nie nosi torby na ramię, chociaż właściwie dlaczego?).
Ucieszyłam się, że Netflix nareszcie się zlitował nad swoimi owieczkami i wrzucił serial medyczny, ale po trzech odcinkach początkowy entuzjazm mi przeszedł. Mowa oczywiście o „New Amsterdam” – ja nie wiem, dlaczego kiedyś każdy jeden medyczny procedural był taki dobry, a teraz wszystkie po kolei są przechujowe. Tego się nie da oglądać, wszyscy są tacy szlachetni, że rozbolały mnie mięśnie żuchwy od zaciskania zębów (żeby nie kląć jak za przeproszeniem Obajtek) i w ogóle każdy z sercem na dłoni, przepychają się w drzwiach który szlachetniejszy i który bardziej dopieścił bezdomnego z gnijącą nogą. A romans? Gdzie jakiś romans, ja się pytam? W dodatku – jak zauważyła moja koleżanka, która już kończy pierwszy sezon – ANI JEDNEGO PRZYPADKU LUPUSA. Przez cały sezon! Zapisuję w kategorii „Do oglądania, jak już naprawdę nie ma nic innego”.
A na razie MAM co innego do oglądania, bo kupiłam sobie na DVD brytyjski „The Cracker”. Czy jeszcze ktoś oprócz mnie, dinozaurzycy, pamięta serial z grubym psychologiem, który pomagał policji łapać morderców w latach 90-tych (w roli głównej Robbie Coltrane)? W dodatku pan psycholog to pijak, palacz i hazardzista i żona się od niego wyprowadziła. I to się nazywa dobry serial, a nie jakieś bezpłciowe wodorosty w białych fartuchach.
Więc mniej więcej tak to wygląda. Zadanie na dziś: dotrwać do jutra.
