SIE NABYŁA TA WIOSNA

 

Jak ja nie cierpię tego lodowatego wyziewu z klimatyzacji. Po prostu CZUJĘ, jak mnie obłazi legionella i spaceruje sobie po mnie. Radośnie.

 

Imieniny: Aron, Ciechosław, Gloria, Robert, Roberta, Serwacy.

 
PS. A jednak! Okazuje się, że mam predyspozycje genetyczne do bycia psychopatą: "Istnieją poza tym predyspozycje genetyczne – jak chociażby niski puls."
Bardzo ciekawy artykuł, niezależnie od mojego psychopactwa.

O TYM I O TAMTYM, W TYM – O GRACJANIE

 

Imieniny obchodzą: Epifani, Flawia, Jan, Jazon, Joanna, Pankracy, Wszemił.

 

W piątek przezabawny incydent pt. „idziemy po chleb, wychodzimy z kanapą”. Ja się przeglądam w szklanych drzwiach (naprawdę czas obciąć włosy!), a mój małzonek – cyk, myk, nie wiadomo kiedy wdarł się do środka i negocjuje ze sprzedawcą kolor obicia (obicia mordy?). W sumie – no i dobrze, ja bym się snuła po sklepach jeszcze pół roku.

 

Natomiast w niedzielę przybyliśmy na komunię św. O godzinę za wcześnie. Tak, JA sprawdzałam godzinę na zaproszeniach, tak, można się śmiać. Nic to, jak mawiał Mały Rycerz. Poszliśmy do słynnej cukierni Irena na pyszne lody (w moim przypadku – pysznego burna). Kościół stylizowany był na częściowo zbombardowany bunkier (z zewnątrz; w środku podobno jeszcze bardziej). Parafia niechętna jest datkom na jego ozdobienie i wykończenie, jakże to nieładnie ze strony parafian, w dodatku podobno tylko dlatego, że kościół stoi na środku ulicy, na której początku i końcu są już kościoły.

 

A komunijny obiad odbył się nad Wisłą, dokładnie w rejonie, gdzie grasuje Gracjan. Nawet się rozglądałam, czy nie wyskoczy z krzaków, w tej swojej fryzurce na pazia i hmmm… TYLKO we fryzurce. A to by było śmiechu!… A jakie zdjęcia komunijne na pamiątkę!…

 

Z powodu nieobecności Gracjana żułam surowe mięso i snułam ponure wizje zdarcia sukienki z żony kuzyna. Jak by się tak zaczaić przy schodach i skoczyć jej na plecy?… Porzuciłam te plany TYLKO dlatego, że jest ode mnie o połowę wyższa. Inaczej musiałabym ja oskalpować i utopić i uciec z sukienka. MAAAAJ PRESZIESSSSSSSSSSSSS!…

  

PS. Oraz w pięknych okolicznościach przyrody poznałam ludową nazwę pewnego niezbyt pięknie pachnącego krzewu. Mianowicie „kuciapa”.

 
PSPS. A dzisiejszą droge do pracy sponsoruje słowo "REKUPERATORY". Minęlismy kilkanaście samochodów oferujących rekuperatory. Znowu mnie cos ominęło?… Jakas globalna moda na rekuperatory?… My little rekuperator?…

W PRZEWAŻAJĄCEJ MIERZE O STUDZIENKACH

 

Dzień bez wylania herbaty Dilmah dniem straconym, oznajmiam uroczyście. Dziś – na rękaw (???). Białej koszuli, oczywizda.

 

Imieniny na iGoogle obchodza dziś m. in. Bogumir, Domicela, Flawia, Gizela, Sawa, Wincenta.

 

Od rana mam lekko obity mózg dzięki pięknej polskiej tradycji, przejawiającej się w myśli techniczno – inżynieryjnej na miarę XXI wieku pt. STUDZIENKI. Zainteresowanych zapraszam do przejechania się Trasa Łazienkowską, gdzie co 50 cm jest studzienka, przy czym każda z nich:

a)      sterczy nad jezdnią 30 cm, lub

b)      znajduje się w 30 cm dziurze poniżej poziomu jezdni.

Być może była to trasa przeznaczona początkowo dla narciarzy w celu trenowania slalomu – giganta.

 

Nie wiem, jak Państwo, ale ja chętnie bym przyprowadziła na miejsce kierownika budowy oraz komisję, co mu odebrała ten arcydzieł, i po kolei bym tłukła ich głowami o każdą zapadniętą i wystająca studzienkę po pięć razy. BYĆ MOŻE – jest to dość śmiałe założenie, no ale zaryzykujmy – BYĆ MOŻE kolejny kawałek jezdni wykonaliby z nieco większą starannością.

 

Co nie sądzę, bo te je… lerne studzienki sterczą jak Polska długa i szeroka. Być może, aby zostać inżynierem, trzeba złożyć tajną i ściśle w sekrecie trzymaną, przekazywaną z ojca na syna, przysięgę, że wykona się w życiu chociaż jedną sterczącą i jedną wklęsłą studzienkę.

 

Dobra. Idę się napić zimnej wody, bo o stanie polskiego drogownictwa mogę długo i z przytupem.

 

I chciałabym mieć jasność w kwestii – komu kibicujemy w pojedynku Minge vs. Jacyków?… Bo sama z siebie jakoś nie umiem się określić.

 

ROZMYŚLANIA NAD NATURA PRZYCISKÓW

 

(iGoogle: „Imieniny obchodzą: Benita, Dytrych, Gościwit, Jurand”. Kto im wklepał źródło?…)

 

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że musi sobie odpowiedzieć, co jest dla niego ważne.

 

Okazało się, że dla mnie ważna jest klawiatura QWERTY.

 

Soł, chyba droga Era nie uszczęśliwi mnie LG Pradą, jak to miałam w zamiarze, bo Nokię z QWERTY już mam, no i znowu nie wiem, kruca bomba. Może wziąć sobie cóś małego na wyjazdy?… Kolorowego cóś?…

 

Nie ZAMIAST iPhone’a, oczywiście, tylko dodatkowo.

 

ACH CI WĘDKARZE

  

Piotr Bukartyk nagrał świetna piosenkę o kobietach. Leci w Trójce (choć ja nadal najbardziej kocham jego kawałek o śledziu, który zaszkodził po drugiej flaszce). Słuchaliśmy ostatnio z N. – wpadający w ucho refren „Kobiety jak te kwiaty, każdy o tym wie, powąchać – tak, dotykać – nie”.

 

– Ty popatrz, a robaki odwrotnie! – zauważył melancholijnie mój mąż.

 

A ajgugiel mi mówi, że dziś imieniny obchodzi Zdzibor.

 

PRZYGARŚĆ WNIOSKÓW

 

Wnioski z długiego weekendu miałabym następujące:

 

– najlepiej mi się myśli, kiedy rozwieszam uprane gacie;

 

– kocham książki, ale noszenie i układanie naszego księgozbioru rozwala mi kościec. Zwłaszcza albumy dały mi do wiwatu. Czy to normalne, żeby mieć w domu kilkaset albumów o KAŻDYM mieście w Polsce? Rzeszów, Toruń, Przemyśl, Włocławek… Bydgoszcz wywaliła trzytomowe wydawnictwo, które ledwo udźwignęłam, dodatkowo – albumy przyrodnicze typu PERŁY ZIEMI POMORSKIEJ, ŻURAW PTAK NADZIEI, X LAT WIGIERSKIEGO PARKU NARODOWEGO – a już całkiem wspaniałe jest to, że niektóre te albumy są podwójne, np. żurawi przy nadziei mamy trzy sztuki, a Przemyśla – chyba pięć. Przeniosłam dziś około 1600 kg książek, mam pocięte palce, a na koniec dowiedziałam się, że lepiej by było, gdybym encyklopedię średniowiecza ustawiła razem z encyklopedią antyku (a ja ustawiłam epokami) i gdzie ma stać Piłsudski. GDZIE CHCE. Plecy mnie bolą.

 

– zamieniam się w Ewkę, a Ewka we mnie. Ja, czołowa socjopatka, poszłam na spotkanie klasy z liceum, a Ewce ludzie mówią, że jest taka ZDYSTANSOWANA. Halo?… Jak mam się zamieniać w Ewkę, to ze wszystkimi konsekwencjami – np. poproszę jej cycki!

 

– jak wchodzi do domu mąż i mówi PODAJ MI OBWÓD DONIC, a zapytany A PO CO CI, odpowiada – ŻEBYM WIEDZIAŁ ILE WSADZIĆ PAŁECZEK, a mi drętwieją ręce ze zgrozy i 20 minut siedzę ogłuszona i kompletnie nie wiem, co mam o tym myśleć – czy to już jest starcza zaćma, drogi pamiętniczku?…

 

Idę smarować plecy końską maścią (czy to znaczy, że to jest MAŚĆ DLA KONI, czy że Z KONI?… Bo bardzo mnie to intryguje).

 

O PRZESZŁOŚCI (MROCZNEJ)

Ja zupełnie nie wiem, dlaczego, kiedy (przy trzeciej flaszce wina) opowiadam, jak w szkole podstawowej śpiewałam w zespole harcerskim "Zielone żabki" i wymiatałyśmy na konkursie w Sochaczewie (nie, nie byłam harcerką, należałam tylko do druzyny reprezentacyjnej), i spiewałyśmy na trzy głosy "Nie dla pingwina ciepła pierzyna",  to…

Wszyscy leża na stole i płaczą ze śmiechu.

To takie śmieszne jest?
Bez sensu.

O WYPRAWIE NA RYBY

 

Drogi pamiętniczku, wszytkie gnaty mnie bolą, albowiem byliśmy wczoraj na rybach!

 

Dlaczego mnie bolą kości od ryb, zapytasz zapewne. Otóż niezupełnie od ryb mnie one bolą, tylko od jamników. Dwóch. Płci żeńskiej.

 

Och jakie były szczęśliwe. Od razu na samym początku wepchnęły szwagra do wody („Zabierzcie te topielice!”). Hopsia hopsia. To może my je wezmiemy na spacerek? TAK TAK, idzcie z nimi (w cholerę) na spacerek! DŁUGI! No to poszłyśmy. Jakies 17 kilometrów w jedną stronę. Może się zmęczą. Akurat. My już ledwo pełzłyśmy, a te cholery ogoniaste dalej niezmordowane. Wróciłyśmy. Myslicie, ze dały nam poleżeć na kocu?… A skąd. Nad rzekę, zobaczyć co pańcio robi. Pańcio zarzuca. O jak chlupnęło! O, żaba! Ciabach Fuga za żabą do rzeki. No to Szczypawka – za Fugą. Odkryły w sobie wodołaza. W międzyczasie mój ojciec zdołał wyciągnąć haczyk z trzcin i zarzucić na wierzbę, implantując tym samym robaka na drzewie.

 

– To nie jest sport rodzinny – wycedził szwagier (mokry do kolan), przeskakując jamniki, żeby wyplątać mojego ojca z gałęzi.

 

W roli ryb wystąpił gościnnie zdechły karaś, który przypłynął majestatycznie z nurtem rzeki, jak gajowy Marucha, i jakoś tak postanowił zostać na dłużej w naszym towarzystwie, bo kręcił i zawracał, i krążył, i MOIM ZDANIEM puszczał oko do facetów.

 

W drodze powrotnej Fuga próbowała zabić bażanta ultradźwiękami i strasznie się rozpadało.

 

A w domu czekała babcia z garem młodej kapustki. Fenkju. Ledwo dziś żyję.