ŚLEDZIE I KRYMINAŁ

 

Pachnę jak trawler, właśnie skończyłam przerób kolejnej partii śledzi. Na werandzie stoi gotowa dekoracja do jednoaktówki pod tytułem „Śledziem Opętana”. W dodatku zaeksperymentowałam w tym roku z rolmopsami, z których, o ironio, po zalaniu zalewą wypłynęła cała musztarda i stoją teraz w takiej malowniczej gnojówce. Nie wiem, czy ustawodawca detalicznie TO miał na myśli.

 

Oraz nie wiem, czy nadaje się do kuchni. No ale do czego ja się nadaję, prawda. Oprócz spania.

 

Pytanie o kowadło było retoryczne. Ja nie zamierzam wnikać, co oni będą robić z tym kowadłem. Najlepiej jest nie ingerować, wiecie? Oczywiście, dopóki wożą kowadła, bo jak za którymś razem na złożonych siedzeniach landrovera przywiozą z wyprawy na ryby 140 kg była prostytutkę z Alaski, to wtedy zasada nieingerencji może okazać się niezadowalająca („Kochanie pozwól, zapoznaj panią Sawanę, pracowała w klubie nocnym, robiła ten numer z piłeczkami pingpongowymi, fenomenalnie zarzuca woblery! Złapała największego miętusa na kurzą wątróbkę, bardzo się zaprzyjaźnili z twoim tatą i postanowiła się do nas wprowadzić. Cieszysz się?”).

 

Bardzo dobry kryminał – „Mężczyźni którzy nienawidzą kobiet”. Mało przedświąteczny, ale polecam.

 

HISTORIA JEDNEGO PREZENTU GWIAZDKOWEGO

 

Mój mąz z moim ojcem kupili kowadło…


(minuta ciszy)
 

W wielkiej tajemnicy. Kowadło waży 140 kilogramów. Była to ogromna konspira. N. wczoraj je przywiózł. Musiał złożyć siedzenia w landroverze.

 

Dziś rano dzwoni do niego mój tatuś:

– Ty, ale ona NIE ZAUWAŻYŁA tego kowadła, prawda?…

 

Tak tato, nie zauważyłam 140 kg kowadła, wożonego z tyłu w samochodzie na złożonych siedzeniach. OCZYWIŚCIE ZE NIE ZAUWAŻYŁAM.

 

Może oni to kowadło kupili mi na Gwiazdkę?…

 

(Co jest z tymi facetami?…)

 

KTO BY POMYSLAL, ŻE MNIE JESZCZE COŚ RUSZY

 

Każdy ma swój punkt „too much” (nie, nie chodzi o punkt G tym razem, WYJĄTKOWO). Mnie właśnie wczoraj trzepnęło.

 

Hanka mówi – ciekawe co tam u Eryka Cartmana, trochę go zaniedbałyśmy, choć Baśka – RĘCE PRECZ, to nadal mój chłopak, a ty go zdradziłaś z Grześkiem House. I w sumie miała rację, ale odpaliłam Southparkstudios, bo rzeczywiście nie oglądałam na bieżąco ostatnich odcinków.

 

I powiem Wam, że…

 

Że jak pani Garrison postanowiła z powrotem zostać Panem Garrisonem – spoko. To, że postanowił(a?) wyhodować nowy penis na plecach myszy – nadal luz. To, że ta mysz uciekła z laboratorium i popylała po całym South Parku, to było bardzo śmieszne, ale tez jeszcze w miarę (???) normalne (???????).

 

ALE

Kiedy mysz z penisem na plecach.

Uciekła z włoskiej restauracji.

I biegnąc po płocie.

ZAPATRZYŁA SIĘ NA KSIĘŻYC W PEŁNI

I zaczęła śpiewac „Someone somewhere is loving me tonight”

NA DWA GŁOSY

Z penisem, który rósł jej na plecach!!!!!!!!!! (@*&^%#^???)

 

…

 

W tym momencie nastąpiło klasyczne ZWARCIE i trzasnął mi bezpiecznik.

 

Nie byłam na to przygotowana. Nie miałam poduszek bezpieczeństwa ani zapiętych pasów.

 

Przepraszam, że wszyscy o reniferach, mikołajach, a ja tak wyjeżdżam z penisem przed samymi świetami… Ale muszę gdzieś odreagować. Choć chyba nieprędko się zrekoweruję po tym. Naprawdę, naprawdę wzajemne wyrzynanie się u Tudorów to herbatka u cioci Stasi jest.

"LECZ TEN CO MI TATĘ SPOŻYŁ NIE ZA DUŻO DŁUŻEJ POZYŁ"

 

Wczorajsze popołudnie sponsorują dzieci Krokodyla. Akcja ze szczurem zrzuciła mnie z krzesła i do końca dnia miałam sympatyczną głupawkę.

 

Słuchajcie, mało ludzi. Ludzi mało. W Wola Parku. Co rok przed Świętami były takie tłumy, że przypominam miałam teorię, że to wojsko odmraża i konserwuje jakieś androidy, na co dzień pozostające w zamrażarkach. I wypuszcza je w okresie przedświątecznym, dzięki czemu po sklepach lata jakieś 50 milionów ludzi.

 

W ogóle było dziwnie. Bez potrącania, sapania nad głowa, wchodzenia sobie na plecy w kolejkach do kasy, trącania się siatkami… normalnie AŻ MI CZEGOS ZABRAKŁO! Zupełnie spokojnie i na luzie mogłam popodziwiać w Smyku tegoroczna kolekcje „Barbie Dominatrix” oraz wystawę lalek „Miss Deformacji Roku”. Bardzo podobały mi się zabawki w cyklu wydawniczym „Mega Zminiaturyzuj Każde Gówno Jakie Przyjdzie Ci Do Głowy I Zapakuj To W Wielkie Pudło”, dzięki czemu kupujemy metr sześcienny przezroczystego plastiku, w którym w dużych odstępach od siebie znajdują się jakieś przedmioty wielkości biedronki (po skorzystaniu z lupy – very mini lalczyne buty, naszyjniki i okulary).

 

Oraz latałam z wywieszonym ozorem w poszukiwaniu czegoś fajnego dla siebie od małżonka (który grozi, że KUPI MI ŁYZWY! Dżizas! Ostatni raz na łyżwach jeździłam przed złamaniem nogi na nartach, czyli 1500 p.n.e.) no i nie wiem – czy to ja się zrobiłam taka zwyrodniała na stare lata, czy w tych sklepach NIC NIE MA! Nic fajnego! Albo uszyte ze szmaty, albo fason przypomina pokrowiec na leżak, a jak już nawet trafi się fajny materiał, to kolor pod tytułem „pies mnie zjadł, ale wyrzygał”. No nie wiem, trzeba się będzie przeprosic z Simplem (na który to sklep się obraziłam śmiertelnie, przymierzywszy tę śliczna sukienkę z tafty w biało – szaro – czarna kratę, odwróciłam się tyłem i… Z LUSTRA ZAATAKOWAŁA MNIE MOJA DUPA WIELKOSI SATURNA! Ze wszystkimi pierścieniami!!!!!!).

 

Natomiast kurczak tajski, którego próbowałam zjeść w tzw. międzyczasie, podpada pod kategorię „poniewieranie zwłok”. Li i jedynie. Może on się i do czegoś nadaje (np. jako podkładka pod uszczelkę albo absorbent), natomiast nie do jedzenia.

 

A dziś rano wstawszy z łóżka zostałam poinformowana przez mojego małżonka: „Zapamiętaj, w tym kraju liczą się tylko Smuda i Kasperczak” – i, jak widać, zapamiętałam, chociaż KOMPLETNIE NIE KUMAM, o co mu mogło chodzić.

 

DZIS DZIEŃ BEZ PRZEKLEŃSTW


Wiewiórka nam dziś przebiegła przed samochodem. Mój małżonek wstrzymał ruch na trasie dojazdowej, żeby ja przepuścić, bardzo jestem z niego dumna. Chyba jakaś młoda była, bo wbiegła na drogę, stanęła na środku pasa i skończyły się jej pomysły. I tak stała. Odblokowało ja dopiero po miganiu światłami.

 

Na ulicy Kredytowej, pod bankiem, mój ajfon wyłapał sieć wifi o fantazyjnej nazwie DUPA. Niestety, zabezpieczoną. Użytkownika sieci pozdrawiam serdecznie. („Dupa” to nie jest przekleństwo, prawda? Już sam Wańkowicz powiedział w telewizji „dupa”, z tego co pamiętam, chodziło o grubszy zakład).

 

Oraz wczoraj napisałam szybko w księgarni list do mikołaja, na widok biografii Audrey Hepburn. Dla mnie jest ona absolutną ikoną elegancji, piękna i wdzięku. (Dodatkowo została nabyta pozycja z serii ceramowskiej o paleniu czarownic w Europie, ale to chyba nie jest dobry pomysł na prezent gwiazdkowy, przeczytam to sobie niezobowiązująco w międzyczasie).


PS. Dzis oficjalnie Pierwszy Dzien Bez Plastra Na Kciuku. Kciuk wygląda PRZEPIEKNIE – jakby wlasnie przechodzil ostre stadium choroby popromiennej. Troche go przeczołgałam pod tymi plastrami. W dodatku wyrosło mi na min cos jakby ŁUSKA. Ach.

 

NIEŚWIĄTECZNIE. ZUPEŁNIE NIEŚWIĄTECZNIE

 

(Nie mogę się skupic, bo Zebra ustawiła sobie na gadugadu opis „Pray The Gay Away”)

 

Przypomniała mi się historyjka sprzed dobrych dziesięciu lat, działo się to, kiedy miał wejść w życie konkordat i dyskusja społeczna była bardzo zagorzała. Moim skromnym zdaniem – po latach widać, że protestujący mieli rację, no ale nie o tym  chciałam.

 

A chciałam o małym chłopcu, co poszedł do przedszkola. Pewnego dnia rodzice chłopca zrobili bibkę i po którejś flaszce duma rodzicielska w nich wezbrała i chcieli się pochwalić efektem edukacyjnym bachórka. Bachórek został zawezwany ze swojego pokoju, postawiony przed audytorium i nakazano mu zaprezentować ostatnio wyuczona piosneczkę. Biedne zdezorientowane dziecko zaczęło zatem śpiewać:

 

– JEZU JEZU NAS…

 

O maaaaaaaaaaaatkooooooooo, co to się rozpętało! Towarzystwo bowiem było z gruntu przeciwne, rodzice mało nie dostali apopleksji – że o proszę, jeszcze nie podpisany, a już nieletnie dziecko się indoktrynuje, kaszę robi z mózgu, i to w świeckim przedszkolu! W ogóle skandal, tatuś się jutro wybiera powiedzieć paniom, co o tym myśli. No mało wszyscy cholery i piegów nie dostali.

 

Biedne wystraszone dziecko wodziło oczami od jednego do drugiego, za co się tak zawściekli, więc któraś mama czy ciocia ulitowała się i uspokoiła towarzystwo, żeby dzieciak już dokończył piosenkę, trudno, inaczej może się zablokować do końca życia albo co, no w każdym razie niech śpiewa.

 

No i dziecko dokończyło:

 

– Jezu jezu nas… SKĄD TY TE IGIEŁKI MAS!

 

No.

Taka niezobowiązująca, zupełnie nie świąteczna (a może?) historyjka.

 

Ostatnio specjalizuje się w zawartości kationów wapnia w wodzie mineralnej (Żywiec – 42 mg) oraz wygłaszam pod adresem Zebry groźby karalne przez telefon i nie tylko, bo nie chce mi powiedzieć, co jej stary chce na gwiazdkę. Jak się zdenerwuję, to dostanie trymer do włosów w nosie i uszach.

 

Oraz od dziś ostatecznie skreślam horoskopy na Onecie. Trudno. Żeby wierna klientkę tak przeczołgać, to już naprawdę. Nie pamiętam, kiedy miałam w horoskopie cos optymistycznego. Nie mowie, żeby od razu romanse, ale NA MIŁY BUK!… Chyba wam się wrózka popsuła. Albo nienawidzi znaku Panny.

 

Odchodzę do Interii! (A wszystkie orgazmy były udawane).

PS. Aaaaaaaa dlaczego w ostatnim Top Gear nie ma Stiga????

O TYM, KTO PIERWSZY STRACI NA KRYZYSIE

 

Znowu zgubiłam okulary.

I znowu je znalazłam.

 

I okropnie zimny wiatr dziś był – zabraliśmy na spacer do lasu Szczypawke i moją tłustą dupę. Szczypawke na smyczy, dupę – bez, bo ona nie taka wyrywna, żeby gdziekolwiek biec lub się gubić w lesie. A szkoda.

 

Tak czy siak, Szczypawka nieco zmarzła i wracała w płaszczyku w pepitkę, w dodatku na misiu. Ja wiem. Nie wolno robić z psów idiotów, ale się trzęsła z zimna. A jak jej postawiłam kołnierzyk, to jak słowo daję, ma profil Audrey Hepburn.

 

(Gdzie moje winko!…)

 

Bardzo mnie ucieszyła informacja, że pierwsze na kryzysie finansowym stracą kochanki. Bo prezesi będą ciąć koszta przede wszystkim na kochankach. Dobrze im tak, flądrom. W piątek mój mąż podjechał BARDZO PODEJRZANIE pachnącym w środku samochodem, a kiedy wpadłam w spazmy i już zdejmowałam z nogi but, by go tłuc obcasem po głowie, zmitygował mnie:

– Kochanie, CO TY BREDZISZ, jaką niby kochankę miałem wozić! Dałem samochód do posprzątania, NIE ZAUWAŻYŁAŚ JAK TU CZYSTO?…

 

Trzymajmy się wersji, że to była myjnia.

 

Znowu w ramach diety pochłonęłam jakieś potworne ilości protein w postaci wędzonych polędwiczek, surowego wędzonego boczki i schabu z jabłkami Ewy Wachowicz. Teraz dostane mięsnych potów, jak Joey, kiedy opierniczył całego indyka. Chociaż, może jak popiję to odpowiednią ilością czerwonego wina, to nie dostanę.

 

A Ewa zrobiła bardzo ładne ELFY, prawdaż? (tylko szkoda, że najpierw postanowiła zafundować sobie sepsę twarzy, CO JA SIĘ Z NIMI MAM!).

 

LARUM GRAJĄ! WÓDKA ZDROŻEJE!

 

(Okulary się znalazły. W łazience, przeszukanej 29387345 razy. Nie pytajcie).

 

Wódka ma zdrożeć w przyszłym roku! O dwa złote na flaszce.

 

Masakra.

 

Zapytane społeczeństwo wypowiedziało się dziś w Trójce: „W porównaniu z zarobkami, wódka jest za droga” oraz „Na nasza szarą rzeczywistość, wódka jest za droga”. Bardzo mi się to spodobało, zwłaszcza z ta szarą rzeczywistością. Kiedyś tez była szara rzeczywistość, a wódka tania, ale wtedy to się nazywało, że car rozpija chłopów pańszczyźnianych.

 

Ale dobra, wróćmy do tych zarobków.

 

– Ile kosztuje flaszka wódki? Dajmy na to, półlitrowa? – zapytałam małżonka.

– No widzisz – ty jesteś jak prezydent: nic nie wiesz!…

 

No akurat wódka nie wiem. I masło – tez nie wiem. Wiem, po ile chodzi skwalan w Eco-spa. A wódka – nie.

 

Podobno niezłą można kupic za 22 złote pół litra.

 

A zatem, obecnie becikowe wystarcza szczęśliwym rodzicom na 45,45 butelek wódki, podczas gdy w przyszłym roku, przyjmując wzrost ceny o 2 złote na flaszce, butelek tych będzie już tylko 41,66!

 

Skandal. Dlaczego maleństwo urodzone w przyszłym roku ma być warte 3,79 butelki wódki mniej?…

 

Moim zdaniem, nie wolno tego tak zostawić. Chodźcie, zrobimy jakąś inicjatywę oddolną, bo ja nie mogę na to patrzeć.

 

A pijana mrówka przewraca się podobno zawsze na prawy bok. Zawsze!

 

PAN HILARY WIECZNIE ŻYWY

 

Zgubiłam okulary. Pomiędzy łazienką a sypialnią. Nie ma i już. Diabeł ogonem nakrył. Trzeci dzień ich szukam.

 

Mąż na mnie patrzy DZIWNIE, albowiem zwykle to ON gubi, a ja znajduję. To ja jestem w tym związku demonem organizacji, naczelnym logistykiem, a tu nagle fajt! Gubię okulary. Bardzo to jest wytrącające z rytmu.

 

Czuję się lirycznie już drugi dzień, albowiem najpierw nażarłam się grzybów u teściowej, a wczoraj poprawiłam kluskami z podgrzybkami w „Galicji”. Mam nadzieję, że w żadnym menu nie przemknął się szatan jako taki, acz zwykły podgrzybek tez potrafi dać do pieca. Grzyby to jednak są stworzenia z innej planety, o czym nie powinno się zapominać. Acz na odchudzanie – w sam raz. Raczej się od nich nie tyje i raczej w ogóle nie chce się NIC JEŚĆ, jak taki podgrzybek skacze po wątrobie.

 

No i kupiłam sobie wczoraj nowa Tracy Chevalier „Burning Bright” oraz tego filozofa od sosu do spaghetti. Malcolma Gladwella niejakiego. Dobrze mu z oczu patrzy, a pierwszych kilka stron nawet, nawet (o mokasynach Hush Puppies).

 

Z tymi okularami to chyba będę musiała przywlec na smyczy Zebrę, zanim wyjedzie na ten swój Manhattan. Zebra zawsze znajdowała moje okulary bez pudła.