Pozostając w klimacie, to zjadłam wczoraj fajną kanapkę. Mistrzowski
chrzanowy w Burger Kingu. Pyszny! Z chrupiącym ogóreczkiem i naprawdę smacznym
chrzanowym sosem. Nie mogłam po nim spać zaledwie pół nocy, bo chciał wyjść
metoda „na Obcego” via żebra, a jak już spalam, to śniła mi się hiszpańska
procesja. Ale co to jest za cena za mistrzowskiego burgera! Gdybym miała
policzyć noce nieprzespane przez krewetki z czosnkiem, to tez by się
nazbierało, a przecież warto było.
Ale mam cos lepszego.
Wyobraźmy sobie faceta, który akurat ma romantyczny zryw.
Zdarza się (nawet w najlepszych rodzinach).
Przygotowuje wieczorem kolację. Robi sałatkę z rukoli i
truskawek. Zapala świece. Otwiera wino. Puszcza „Here, my dear” Marvina Gaye.
Na co ona – kobieta jego życia – mówi: „Zaraz przyjdę, kochanie, tylko wrzucę
na siebie cos wygodnego”.
I wraca w TYM.
Ja lubię dziwne rzeczy. Buty EMU, filmy Tima Burtona. Ale TO
mnie przerosło. To już wole hamburgera, co człowieka trzyma cała noc w
napięciu, jak latynoski kochanek.