O NIEPRZESPANEJ NOCY


Pozostając w klimacie, to zjadłam wczoraj fajną kanapkę. Mistrzowski
chrzanowy w Burger Kingu. Pyszny! Z chrupiącym ogóreczkiem i naprawdę smacznym
chrzanowym sosem. Nie mogłam po nim spać zaledwie pół nocy, bo chciał wyjść
metoda „na Obcego” via żebra, a jak już spalam, to śniła mi się hiszpańska
procesja. Ale co to jest za cena za mistrzowskiego burgera! Gdybym miała
policzyć noce nieprzespane przez krewetki z czosnkiem, to tez by się
nazbierało, a przecież warto było.

Ale mam cos lepszego.

Wyobraźmy sobie faceta, który akurat ma romantyczny zryw.
Zdarza się (nawet w najlepszych rodzinach).

Przygotowuje wieczorem kolację. Robi sałatkę z rukoli i
truskawek. Zapala świece. Otwiera wino. Puszcza „Here, my dear” Marvina Gaye.
Na co ona – kobieta jego życia – mówi: „Zaraz przyjdę, kochanie, tylko wrzucę
na siebie cos wygodnego”.

I wraca w TYM.

Ja lubię dziwne rzeczy. Buty EMU, filmy Tima Burtona. Ale TO
mnie przerosło. To już wole hamburgera, co człowieka trzyma cała noc w
napięciu, jak latynoski kochanek.


O SKARBIE NARODOWYM


Trzy dni blog mi nie działał, bo cos się zesrao, nie
dodawało notek ani komentarzy, byłam już na takim głodzie, ze tylko
wielokrotnie leczony heroinista mnie zrozumie. NIE RÓBCIE MI TEGO WIĘCEJ,
CHŁOPAKI, bo popękam.

Trzy razy próbowałam napisać komentarz, że ten Olsztyn z
zamkiem i tak jest o wiele bardziej pod Krakowem, niż Olsztyn na Mazurach
(który myślałam, że jest jedynym Olsztynem) i ze proszę mnie nie chwytać za
geografię, w której nigdy nie byłam mocna.

To mamy jasność, mam nadzieję.

Chciałam tu zaznaczyć jedną rzecz: mam w dupie piłke nożną.
Ale to każdy wie. I nie robię jakiegoś specjalnego wyjątku dla piłki nożnej, bo
w dupie mam cały sport (pewnie dlatego mam taką dużą dupę). No, może oprócz
rugby – lubię brutalne sporty kontaktowe, trzask łamanych żeber i stukot
wypluwanych zębów. I jeszcze curling lubię (czasem czuję się dziewczyną z
Kanady, jak Robin). Poza tym – wiadomo.

I żeby nie było – nie kibicuję, ale tez nie sympatyzuję z
hejterami Euro, bo ja się ogólnie nie zrzeszam. Zrzeszanie tez mam w dupie,
zaraz obok sportu.

Ale naszego redaktora komentatora drogiego pana Zimocha to
powinniśmy wpisać na listę UNESCO jako dziedzictwo narodowe. A także chętnie
bym się dowiedziała, co on spożywa przed meczem. Ewentualnie – kto go wprowadza
w ten trans – musi jakaś naprawdę wysoko postawiona indiańska szamanka, co
zjada psylocyble albo inne amanita muscaria i daje mu później do wypicia swój
mocz, okadzając jednocześnie dymem z zębów wilka – samotnika. Proszę państwa,
niemożliwe jest dokonanie w ludzkim mózgu bez wspomagaczy skojarzenia zawodnika
piłkarskiego z lokomotywą bez pantografu. Albo jak Wisła niemrawo przenosi falę
radości do Gdańska. I jemu to płynie z ust nieprzerwanie przez półtorej godziny
albo i dłużej, bo jak wbiegają na trawnik, to też.

Podsumowując: piłka nożna obchodzi mnie tyle, co pana
redaktora Andrusa czeskie dziecko w łodzi podwodnej, ale redaktora Zimocha
osobiście bym włożyła do pudelka wyścielonego watą, żeby się za szybko nie
zużył (mój dziadek tak trzymał sygnet) i wyjmowała tylko na mecze, bardzo
ostrożnie. A komentarz puszczała nadajnikami w kosmos. Za trzy tygodnie (góra)
mamy przyjacielską wizytę kosmitów jak w banku. Nikt się nie oprze redaktorowi
Zimochowi.

(A nawiasem mówiąc redaktor Andrus chyba czasem popija ze
szklanki redaktora Zimocha, na przykład jak pisał piosenkę o glanach i
pacyfkach).


PS. Czy wszyscy już na fejsie przestudiowali planszę, jak
zrobić psu manewr Heimlicha?


O TYM, ŻE NADAL CHCĘ BYĆ AMEBĄ


Jak już niejednokrotnie wspominałam, bardzo bym chciała być amebą. Bycie amebą ma same jasne strony, wśród ktorych najważniejsze to:

– ameba nie ma wnętrzności, więc nigdy jej nie boli wątroba ani nie szarpie jajnik ani nic innego;

– ameba nie ma zmarszczek ani cellulitu;

– nie ma czegoś takiego, jak "gruba ameba", bo ameba wybiera sobie figurę w zależności od potrzeb;

– ameba porusza się od jednego miejsca z żarciem do drugiego miejsca z żarciem i to stanowi główny cel i sens jej życia.


Od piątku ćwiczę bycie amebą i idzie mi bardzo dobrze.

Zaczęło się lodami w Olsztynie. W Olsztynie po drodze do Krakowa (serio, wszyscy wiedzieli, że jest Olsztyn pod Krakowem?… Oprócz mnie?…). Pod ruinami zamku jest parking, przy parkingu stoi budka z lodami, napisane, że "wyrób własny". Noooo, TAAAKIE lody to jadłam ostatnio jakieś 30 lat temu, w cukierence w Poroninie, albo w Coctail – barze na Krupówkach. Sernikowe z bakaliami (bakalie wypluwałam) – smakują wiedeńskim sernikiem. A kawowe – deserem mokka ze świętej pamięci Hortexu. A ja – przypomnę – nie lubię lodów ani w ogóle słodyczy, ale w Olsztynie na lody zatrzymam się zawsze.

W Krakowie mój mąż strzelał z łuku, a później bawił się ze mną w amebę. Trochę poamebowaliśmy w C.K. Dezerterze (bardzo pysznie), po czym poszliśmy nad Wisłę popatrzeć na smoka i poczekać, aż zionie. Ział, ale bardzo rzadko. Jak byłam młodsza, to ział częściej. 

Wieczorem zaamebowaliśmy się dośc dokładnie ze znajomymi w argentyńskiej restauracji "Pimiento" – bardzo smaczne miejsce i śliczne, zwłaszcza patio wewnątrz kamienicy. Pyszne mięso z grilla i wino wprawiło nas w taki świetny nastrój, że ani się obejrzałam, a już z koleżanką łuczniczką wychodziłam w hotelu przez okno na dach, żeby uczcić atmosferę tego wyjątkowego wieczoru (nasi mężowie tkwili w oknie i jęczeli "Wracaj tu zaraz, psycholko!…"). Powetowałam sobie w ten sposób Świnoujście, kiedy to N. nie pozwolił mi wyjść przez okno na taras, wciągając mnie do środka do pokoju za nogę, jakoby dlatego, że byłam w samych majtkach. Bardzo było miło.

Najwięcej było w Krakowie turystów z Wysp Brytyjskich – głównie przewracali się na krzesełkach w kawiarniach na Rynku oraz szczelnie wypełniali bar "Wódka", do którego poszliśmy z N. napić się wyżej wymienionej (to znaczy on, bo ja wódkę niezabardzo). 

A dziś zakończyłam chłodnikiem w "Oberży pod Złotym Prosiakiem" – najlepszy chłodnik na świecie, oznajmiam (i dlaczego oberża nazywa się "oberża"? Kto tam komu co oberżnął?). Dla niepoznaki wracając z Poznania. Gdzie między innymi spotkaliśmy wynalazcę K-dronu – ale to już zupełnie inna historia i nie o amebie.

 

O ZMYWACZU



Rozlałam dziś zmywacz do paznokci dość szeroko po stole i mili państwo narkomani (narkomanowie?…) – jak wy to wytrzymujecie, to ja nie wiem. Po piętnastu sekundach (nieubogich w przekleństwa, jeśli mam być szczera) zaczęłam mieć coś jakby wizje, a później już tylko mnie łeb napierdzielał. Dobrze, że to była mała buteleczka. Fuuuu. 


Męża oglądam ostatnio z daleka przez okno – albo idzie i szczęka łukiem, albo dymi śmierdzące cygaro, więc z braku towarzystwa zaprzyjaźniłam się z serialem "Downtown Abbey" (glizdy w mózgu klaszczą). Ooh. Kocham "Gosford Park" Altmana, a to jest jeszcze fajniejsze. I dłuższe. I myślałam, że będzie dość sztywno, ale nie, nienienie, o nie! Już w drugim odcinku nieżywy kochanek w łóżku jednej z mocno arystokratycznych panienek i urocza teściowa z tekstami "Wie o tym ambasador Turcji, ale nie możemy go otruć, I SUPPOSE…". 

Pogoda taka ciepło – zimno – ciepło – zimno – ciepło – zimno… Kiedyś czytałam, żeby taki prysznic – na zmianę ciepły i zimny – robić cyckom i one wtedy będą się miały dobrze. Ale nie dam głowy, czy to nie było w książce "Nastolatki gotują" z czasów głębokiego PRL-u, gdzie wszystkie składniki radzono zastępować dynią albo fasolą. W ogóle za nic dziś nie dam głowy po tym zmywaczu.

O BRYLE


A dziś znowu… Mijamy piękną bryłę, architektura lat 90-tych,
kiedy to zapanowała niczym nieskrępowana wolność architektoniczna, co zaraz
dało się zaobserwować w przyroście kubatury wprost porażającej estetyką i
fantazyjnym podejściem zarówno projektanta, jak inwestora. W skrócie – beton,
beton, jeszcze więcej sinego betonu, małe okienka typu stodoła, jedno takie większe
i z boku pod ogonem przylepione ma cos takiego mniejszego nieco.

Na tym większym pyszni się „ZBYCHPOL”, a na tym mniejszym z
boku skromniutko „Mirex”.

Jakoś tak nie wiem. Wzruszyłam się chyba (chociaż może to
ten wczorajszy śledź, co mnie obudził o drugiej w nocy).


O POGODZIE I MYCIU ZĘBÓW


Wspaniała pogoda sprawia, że przez cały czas chodzę śpiąca
lub mi zimno (spójnik lub, czyli albo jedno, albo drugie, albo oba). W dodatku
jak już się kładę spać, to nie mogę zasnąć, bo mam lodowate stopy, więc się nie
wysypiam (w nocy do świtu kuna z przyjaciółmi, od 3 rano – ptaszeczątka rozświergotane,
nie ma w Leroyu jakichś tłumików, które by można im pozakładać na mordy?).

Liczba oglądanych ostatnio seriali sprawia, że za chwilę mi
łeb wybuchnie i wyjdą z niego tłuste glizdy w okularach w stylu Niny Terentiew.
A tu Zuzanka wczoraj „Jak to NIE OGLĄDAŁAS SCRUBS?”. Sprawdzam – dziewięć sezonów.
Yay! Co to dla mnie. W tydzień się wyrobię (glizdy w mózgu już zacierają ręce z
radości).

Zaawansowanie serwetki oceniam na 64%. Jak skończę tę
cholerę, to normalnie się upiję (nie, żebym do tego czasu pozostała w
abstynencji, no bez przesady w końcu).

A dziś rano natchnęła mnie refleksja – jak wszystkie moje
refleksje, niezwykle błyskotliwa – że w amerykańskich serialach myją zęby jakoś
tak, że im się w ogóle pysk nie pieni. I potrafią chodzić z tą szczoteczką po
chałupie i jeszcze rozmawiać w trakcie. W ogóle sobie tego nie wyobrażam, bo ja
się przy myciu zębów pienię jak jamnik co zjadł ropuchę, względnie – jakbym nakryła
starego w wannie pełnej szampana z trzema siedemnastolatkami. Mowy nie ma, żebym
odeszła na krok od umywalki, a co dopiero konwersowała. Więc od rana mnie to
nurtuje.


O WSZYSTKIM, ZA TO BEZ SENSU


Patrycja nam w samochodzie oszalała i każdą drogę zaczyna z
Hamburga. Zanim złapie właściwą pozycję, to twardo jedziemy przez Niemcy – czasem
nawet godzinę albo lepiej. Dziś do pracy np. jechaliśmy przez Schmalzberg
(halo? Czy to przypadkiem nie jest ze Świata Dysku?).

Oraz – w drodze do i z pracy mijamy zwierzęta. Konie, krowy.
Bociana jednego na słupie. Kozy czasem. Kury. Bażanta, zająca, albo sarenkę,
jak się trafi. A dziś? Dziś widziałam trzy wielbłądy (w tym jednego białego),
dwa osły, zebrę i stadko kucyków. Biały wielbłąd biegł przez pastwisko, a jego
dwaj ciemniejsi koledzy żarli liście lipy. Nie mam delirium tremens, tylko cyrk
do Pruszkowa przyjechał.

I bardzo się cieszę, że N. znalazł dziś wreszcie tego trupa.
Bo już nie chciałam nic mówić, ale z lodówki od jakiegoś czasu ciągnęło nam
trupem. Odbyło się generalnie sprzątanie zawartości i mycie – nie pomogło.
Odbyła się powtórna ostra selekcja – nie pomogło. Kawa na spodeczku nie
pomogła. Trup się zalągł. Ja już miałam przerażającą wizję małej myszki
(Stuarta Malutkiego), co się wkręcił w agregat i tak wonieje. Okropieństwo. No ale
dziś rano N. mi oświadcza „MAM TRUPA!”. And the winner is… SER oczywiście!
Francuski. Żeby go wszystkie psy i małe pieski też. Drogie dzieci – nie odkładajcie
niczego na później, a zwłaszcza miłości (jak radziła Poetka) i francuskiego
sera. Ser został umieszczony w hermetycznym pojemniku, a do otwierania założymy
kombinezony HAZMAT. Podróż Marka Twaina z serem limburskim mi się przypomniała.

Z zagadnień, które mnie nękają ostatnimi czasy (intelektualnie,
naturalnie), wymienię dietę frutarian. Ta taka z kucykami z Notting Hill, co
była frutarianką i uważała, że marchewki zostały brutalnie zamordowane. Zagłębiłam
się w szczegóły i okazuje się, że frutarianie jedzą tylko te owoce i warzywa,
których zerwanie nie powoduje śmierci całej rośliny. Czyli marchewka nie – bo to
morderstwo. Kalafior, rzodkiewka, cebula, sałata – to samo. Szparagi jeszcze
gorzej, bo w dodatku pedofilia. Szczypiorek, koperek – nawet jeśli ucięty z
korzenia, to ciężkie okaleczenie. Ale na przykład taki pomidor, skoro pomidory
są jednoroczne? Albo bakłażany czy cukinie? A ziemniaki? Czy zjedzenie ziemniaka
to morderstwo?…

Wniosek z tego taki, że zjadłabym ruskie. Z cebulką.

 

TRADYCYJNIE I PRZEWIDYWALNIE O NICZYM


Ja wam dam bastion blogowy. Weźcie, jakoś tak mi się skojarzyło, że jak bastion, to się ma grube nogi w kostkach. A ja mam akurat szczupłe kostki. I nadgarstki (i to by było na tyle, he he he).

Przecież jest bardzo mnóstwo blogów, chyba że nie wiem, powinnam zacząć konkretnie pisać np. o polityce albo o wypiekach, albo stylizacjach, albo o sałatkach z rukolą pomarańczą i dalekowschodnim balsamico posypanych prażoną pinią wędzoną na herbacie. No nie da rady, ja się nie umiem ukierunkować tematycznie i nadal będzie o niczym.

Wczoraj zaatakował mnie kolor. Dawno nie byłam w sklepach, wchodzę do H&M-u i dostałam oczopląsu i mokrego nosa. Jaka szkoda, że w pomarańczowym wyglądam jak łodyga selera naciowego (z dupą)! Bo przepiękny pomarańczowy wszędzie leży, albo wściekły różowy. Też bardzo lubię (to się chyba fachowo nazywa "szokujący róż Elsy Schiaparelli"). I limonka dla Pierwszej w przystępnych cenach. Bardzo przyjemna kolorystyka, trochę w pierwszej chwili bolą siatkówki, ale od czego ciemne okulary! 

Co do butów, to chyba mam faworyta, ale NIE POKAŻĘ, bo grasuje po butyku jakaś złośliwa małpa z numerem stopy 36 i wykupuje wszystkie modele, które mi się podobają. 

Aha, i wreszcie trafiłam na godnego przeciwnika: tak skomplikowaną i dużą serwetkę, że jestem w połowie i ledwo dyszę. Ale nie dam się suce. 

 

KOCHANKI MI SIĘ ZARAZ SKOŃCZĄ!


Wczoraj: odcinek przedostatni „Kochanek”.

Mówiłam, że Katie jest jak choroba popromienna?… Zmieniam
zdanie, ona jest jak Little Boy zrzucony na Hiroshimę. Słów mi brak po prostu.

Jeszcze tylko jeden odcinek i bardzo jestem ciekawa, jak się
z tego wszystkiego wykaraskają. Naprawdę BARDZO (dobrze, że chociaż Jessice coś
się ruszyło do przodu).

Jest nowa płyta pana Bukartyka – „Piosenka z praniem w tle”
mnie niesamowicie wzrusza – i nowa książka Artura Andrusa. I bardzo dobrze
(zaraz lecę kupić).

A wczoraj dotarła do mnie znienacka, przed czasem, przesyłka
z księgarni ABE-IPS, w niej książka o Titanicu, o Tyfusowej Mary i ksiązka
kucharska Anthony’ego Bourdain. No, powiem tyle, że jest to MĘSKA ksiązka
kucharska. Żadne tam Nigelle z jej „potrząsaj słoikiem energicznie”. Na
przykład, ma rozdział „Krew i bebechy” („Blood & guts”). Albo rozdział o
nożu. Ale przepis na sałatkę nicejską – świetny. Na tatara – znakomity (z
ketchupem! Tak, z ketchupem!). I na beef bourguignon, którą chyba zrobię w
sobotę – nareszcie, NARESZCIE przepis bez tego cholernego bekonu. Julia Child i
Alicja Toklas każą po obsmażeniu wołowiny wytapiać bekon pokrojony w kostkę. Absolutnie
nie pasuje mi połączenie wołowiny i bekonu i proszę: u Anthony’ego o bekonie
ani słowa.

Co po „Kochankach”, to nie wiem. Znaczy, wrócę do „Fringe”,
ale będzie mi tych psychopatek brakowało.

Coś dawno butów nie kupiłam. Hm. Hmmmmmmmmm.