Wczoraj znalazłam w pracowej łazience elektryczny odświeżacz powietrza. Współpracownicy powiedzieli, żebym poszła do lekarza, bo on tam stoi od trzech lat.
(Do lekarza w sprawie odświeżacza powietrza? To lekarze umieją włożyć nowy wkład zapachowy? Jak ta medycyna jednak idzie naprzód!).
No cóż, najwyraźniej mój mózg ingnoruje nieruchome i milczące elementy otoczenia (kiedyś wyparłam ze świadomości kwiatek na parapecie, wynikiem czego pożegnał się z tym światem). Gdyby ten odświeżacz skakał na przywitanie i sikał na podłogę z radości, już dawno bym się nim zajęła i kupiła mu nowy wkład (choć nie jest to proste – “biała lilia owinięta w satynę”? Łot de fak? Chyba nawet nie chcę wiedzieć, jak to pachnie! Kto im wymyśla te nazwy? Chyba jakiś niespełniony fizyk od kwarków, które też BARDZO dziwnie pachną. Myślałam, że po płynie do mycia sedesu o zapachu argentyńskiego tanga już mnie nic w tej dziedzinie nie czeka, a tu proszę).
Po pierwszym sezonie “Scrubs” z przykrością odnotowuję, że House to niestety skrzyżowanie doktora Coxa i Ciecia (jeszcze nie mogę się zdecydować, którego z nich bardziej lubię).
Czy ktoś jeszcze tak ma, że od kilku dni (odkąd pogoda lekko zdechła i zaczęła śmierdzieć mokrą owcą) chodzi z jakby pięćdziesięciokilogramowym workiem cementu zarzuconym na ramiona?… Bo niby nic, a nie mogę się wyprostować i spojrzeć do góry (lub w przyszłość).