O DZIWNYCH NAZWACH ZAPACHÓW I "SCRUBS"

 

Wczoraj znalazłam w pracowej łazience elektryczny odświeżacz powietrza. Współpracownicy powiedzieli, żebym poszła do lekarza, bo on tam stoi od trzech lat.

(Do lekarza w sprawie odświeżacza powietrza? To lekarze umieją włożyć nowy wkład zapachowy? Jak ta medycyna jednak idzie naprzód!).

No cóż, najwyraźniej mój mózg ingnoruje nieruchome i milczące elementy otoczenia (kiedyś wyparłam ze świadomości kwiatek na parapecie, wynikiem czego pożegnał się z tym światem). Gdyby ten odświeżacz skakał na przywitanie i sikał na podłogę z radości, już dawno bym się nim zajęła i kupiła mu nowy wkład (choć nie jest to proste – “biała lilia owinięta w satynę”? Łot de fak? Chyba nawet nie chcę wiedzieć, jak to pachnie! Kto im wymyśla te nazwy? Chyba jakiś niespełniony fizyk od kwarków, które też BARDZO dziwnie pachną. Myślałam, że po płynie do mycia sedesu o zapachu argentyńskiego tanga już mnie nic w tej dziedzinie nie czeka, a tu proszę).

Po pierwszym sezonie “Scrubs” z przykrością odnotowuję, że House to niestety skrzyżowanie doktora Coxa i Ciecia (jeszcze nie mogę się zdecydować, którego z nich bardziej lubię).

Czy ktoś jeszcze tak ma, że od kilku dni (odkąd pogoda lekko zdechła i zaczęła śmierdzieć mokrą owcą) chodzi z jakby pięćdziesięciokilogramowym workiem cementu zarzuconym na ramiona?… Bo niby nic, a nie mogę się wyprostować i spojrzeć do góry (lub w przyszłość).

 

O TYM, ZE JESIEŃ JEDNAK DOPADA

 

Póki słońce, to jeszcze człowiek wierzy w niemożliwe. Ale wystarczy taki dzień jak dziś i wstaję rano i mam siano na głowie, śliczne kozaki znowu jedzą moje stopy (mimo, że szewc zainkasował honorarium), a w sobotę muszę uprać psa, a raczej sukę (która się na mnie śmiertelnie obrazi i będzie mi rzucać spojrzenia pt. „Jak mogłaś” oraz „Ja bym ci nigdy czegoś takiego nie zrobiła. Nigdy”).

O książkach dawno nie było? No nie było. Jakoś mi się wszystko znudziło. Biorę krwawą zbrodnię i mi niedobrze. Biore sensację i wypada mi z ręki. Jak słowo daję, za chwilę skończe jak dziadek Bobcia, z Platonem i Pascalem, bo reszta mnie denerwuje (Platon tez mnie denerwuje, bo ma przyciężką narrację).

To może wrócę do książek z wakacji – przeczytałam świetny kryminał. Świetny. Właśnie dlatego, że taki nastrojowy, niespieszny i o starych ubraniach. Mówiłam już, że bardzo żałuję, że nie umiem szyć? Chciałabym umieć. „Drugie życie Marianne Shearer” się nazywa i choć jest całkowicie współczesny, traktuje o sprawach brutalnych, to napisany jest tak, że od razu chce się do niego wracać.

„Ani święci, ani anioły” – kto kocha czeską prozę? Ja kocham (oprócz ostatniego Vievegha, w ogóle mi nie podszedł). Czesi tak pięknie piszą o codzienności. O zwykłym życiu (i filmy genialne o tym robią). Ot, całkiem jeszcze młoda kobieta użera się z dorastającą córką, z chorobą byłego męża (on świnia, ale ona się przywiązała), a nawet trafia jej się całkiem nowy facet. Bardzo lubię czeskie ksiązki i za mało ich się u nas wydaje. Jest taka seria, „Czeskie opowieści”, malutkie zbiorki z opowiadaniami czeskich autorów, wyszły chyba trzy – uwielbiam je.

Oraz, dzięki mamie Zebry, odkryłam serię małych, nienachalnych a zabawnych kryminałów angielskich z serii „Agatha Raisin”. Reklamują, że to druga panna Marple. No nie, nie jest to druga panna Marple – nie ma i nie będzie drugiej panny Marple. Agatha jest zupełnym przeciwieństwem panny Marple, ale kryminały dzieją się na angielskiej prowincji, bohaterowie mają powyżej pięćdziesiątki, urządzają wystawy ogrodnicze, loterie i kiermasze ciast, jedzą pudding z nerek i i steku i pomimo, że w każdym tomiku jest trup, to lektura jest orzeźwiająca i przyjemna. Choć ja czytam z zazdrością (chciałabym mieszkać w takim Cotswolds).

I nawet, proszę sobie wyobrazić, tłumaczenie nie jest skopane (choć pierwszy tom w oryginale to „Quiche śmierci”, a nie „Ciasto śmierci”, hm).

A dziś o ósmej rano w korku na Prymasa Tysiąclecia minęliśmy trzy pługopiaskarki.

A we wszystkich sklepach mikołaje i bombki. Ludzie, ja was proszę. Po co tak pospieszać czas? Czy on niewystarczająco pędzi sam z siebie?…

O PIĘKNEJ POGODZIE I NERWOWYM MĘŻU

 

To był cudowny, upalny weekend nad morzem, na koniec którego N. wpadł w szał.

Naprawdę był upał. Na plaży leżeli na kocykach ludzie w kostiumach kąpielowych. Dwudziestego października! Szłam sobie i nie wierzyłam oczom. Opchałam się pysznej kerguleny. Zmieniliśmy zasłonki w mieszkaniu, a kiedy w niedzielę sobie troszeczkę, ociupinkę dłużej pospałam, to kiedy wreszcie się zwlokłam z łóżka, w przedpokoju zastałam stertę różnych rzeczy i N. ze wściekłymi, czerwonymi oczami. Z nudów zaczął sprzątać w szafie i dostał szału.

Tak to jest, jak się udostępnia mieszkanie rodzinie, najczęściej oczywiście każdy przyjeżdza z minimum jednym bobo, no i zazwyczaj coś po każdym zostaje. Bo przecież oni tu wrócą i będzie jak znalazł, albo na pewno się przyda tym, którzy przyjadą po nich. Zabawki po dzieciaczkach, prawie, ale niezupełnie pusta butelka po szamponiku, lokówka elektryczna, o stertach gazet nie wspomnę, ale wszystko jeszcze znosiłam, oprócz jedzenia.

Kiedy po raz trzeci przyjechałam i zastałam szafkę nad kuchnią pełną płatków owsianych, kaszek, herbatek dziecięcych, lizaczków, herbat w torebkach, bo każdy lubi inną (ktoś zasmrodził mi całą szafkę z herbatą jakimś aromatyzowanym gównem o zapachu opuncji), a nawet trzy litry mleka, bo przecież ma długi termin i na pewno się przyda – ooo. Skończyła się dyplomatyka i łowy, wszystko powędrowało do kubła na śmieci – nie raz przeżyłam najazd moli spożywczych i dziękuję, postoję.  Chyba aluzju poniali, bo tym razem nic w szafce kontrowersyjnego nie znalazłam.

Inna rzecz z majątkiem trwałym. Tu reagowałam w przypadkach skrajnych – na przykład, przyjeżdżam między turnusami i co widzę na moim ślicznym stole? CERATĘ. Ohydną, brązową ceratę. No cóż, mili goście – lubicie jeść na ceracie, to sobie jedzcie, ale proszę, zabierzcie ją z sobą wyjeżdzając (i pizg do kosza).

No i dziś rano wstaję i widzę N., wkurwionego jak diabeł tasmański, nad stertą dobrodziejstw wygarniętych z szafy, poutykanych tam przez kolejnych wczasowiczów. Okazało się, że nie dość, że na półce z parawanami plażowymi było trzy kilo piachu, to jeszcze przygnietli mu wędkę. A tego się u nas nie wybacza! Gdyby mnie coś przygniotło, to jeszcze spoko, ale nie wędkę. Więc już to wszystko wlókł w kierunku śmietnika, kiedy rzuciłam się i piersią własną udało mi się ochronić plażowe parawany (co to za apartament nad morzem bez parawanów!). Ale reszta została wywalona.

I tak to. Nawet nie mogę sobie pospać, bo mój mąż od razu się bierze za rewolucję. Chyba z nerwów, że mu nie pozwalam palić tyle cygar.

Ale pogodę mieliśmy cudowną – CHYBA TRACĘ MOC. Zawsze umiałam sprowadzić deszcz w Świnoujściu, a tym razem tylko mgłę. Do Konina wracaliśmy dziś we mgle jak szara wata.

A kurzy kebab z KFC?… Nie-e. Fuj. Ohyzda!…

O, ZAISTE, SERIALACH (A NIBY O CZYM)

 

Pierwszy odcinek drugiego sezonu American Horror Story – aaaaa!…

Pierwszy sezon to była Pszczółka Maja. Bułeczka z masełkiem i sałatą. Puchaty króliczek.

Zaczyna się od opuszczonego szpitala psychiatrycznego, a później jest coraz weselej. A jaka obsada!… Nawet Sofie z “Carnivale” się pojawiła!

(Wiem, że jestem nienormalna, najpierw oglądam takie seriale, a później mam w nocy koszmary, że ho, ho hoooo!).

Natomiast w Downton Abbey przesadzili. Nie zamierzałam ryczeć na tym serialu, nie było tego w umowie i w ogóle wiernym klientom się czegoś takiego nie robi! Proszę to jakoś odkręcić szybciutko! Nie obchodzi mnie, jak – bo porwę scenarzystów jak w “Misery”, będę ich trzymać w piwnicy, wmuszać narkotyki i obcinać po kolei wszystkie palce, dopóki czegoś nie wymyślą.

Teraz muszę sobie zrobić okład z mrożonej włoszczyzny na serce, ale American Horror Story – BARDZO udany początek. Bardzo. Tylko niech mi już nie wyłączają światła NIGDY, jak siedzę w łazience, dobrze?…

 

PS. A w najnowszym odcinku Dwóch Spłukanych Dziewczyn – Oleg założył koszulkę z rękawem! To chyba jego pierwsza koszulka z rękawem, trzeba by to oblać!

O RZECZACH NAPRAWĘ STRASZNYCH

 

Ułożyłam w dwa popołudnia, a właściwie jedno i pół. Iiiiitam… Ale teraz mam plan – rozbiorę go i popakuję klocki w identyczne paczki! To powinno być trochę większym wyzwaniem.

W trakcie budowlanki przyszła Zebra, rzuciła fachowym okiem i podzieliła wszystkie części na dwie kategorie:

– te, które musiałaby wyciągać swojej córce z buzi, gdyby się do nich dorwała;

– te, które musiałaby wyciągać z jej kupy następnego dnia (cykl można podobno przyspieszyć soczkiem jabłkowym) – do tej kategorii weszła najmniejsza drobnica i chyba nietoperz.

Oraz niestety, straciłam kolejne dziewictwo i znowu przez South Park. Dwa dni temu nie wiedziałam, kto to jest Honey Boo Boo i było mi z tym bardzo dobrze. Obejrzałam najnowszy odcinek South Parku i zachciało mi się dowiedzieć.

IDIOTKA (ja).

Po czterech minutach Honey Boo Boo i jej rodzinki na youtubie popadłam w szezlong i powinnam na nim pozostać, ale nieee, nieeeee – zachciało mi się kliknąć jeszcze jeden filmik. Z wyborów małych miss, bo talent Honey się tam narodził. Obejrzałam tego jakieś dwie, trzy minuty, trzasłam wiekiem laptopa i następną godzinę spędziłam na rozmyślaniu, kogo właściwie powinno się zastrzelić na miejscu:

– organizatorów i jurorów takich konkursów – sory, ale nie wierzę, że one są zupełnie bez drugiego dna, zwłaszcza panowie zasiadający w jury mnie nie przekonują do końca;

– mamusie – zachwycone, że ich wymalowane czterolatki wyglądają i zachowują się jak zniszczona, pięćdziesięcioletnia prostytutka po czwartym odwyku od heroiny;

– mnie – bo jest mnie najmniej (jedna sztuka) i tylko ja narzekam, podczas gdy reszta świetnie się bawi – a więc będzie to opcja najtańsza i najszybsza.

Zupełnie nie pod rękę mi ze współczesną popkulturą, niestety. Jakoś nadal mentalnie tkwię w epoce, kiedy mówiło się “skandal”, jak Zofia Stryjeńska rzucała lampą naftową w męża, bo podobno miał kochankę. W Zakopanem rzucała, co ją trochę tłumaczy (podobno zawsze było szpetne, nie tylko teraz).

A ten “Las cieni” makabryczny, albo ja jakoś zmiękłam na stare lata, psia kostka.

O ZUPEŁNYM SFIKSOWANIU JUŻ CAŁKIEM

 

Jak dobrze jest nigdzie nie jechać. Bo ostatnio się trochę włóczyłam, a ja tak naprawdę to najbardziej lubię siedzieć w norze. Jak ropucha. Tyłkiem w swojej jamie, może łeb trochę wytknąć, popatrzeć – nie za długo – i się schować. I siedzieć i się ropuszyć z herbatą i książeczką. Jak dziś. Mniam.

A i wczoraj był dość uroczy dzień, bo przyszła paczka. TA paczka. Z “Nawiedzonym domem” Lego. Czekałam na niego pół roku, premiera miała być na moje urodziny, ale się spóźniła, ale jeśli NIEKTÓRZY myśleli, że go sobie odpuszczę, to się mylili. Odkąd zobaczyłam nietoperza na dachu obok komina, ten dom był mój.

Zamówiłam ją do roboty i wywołałam lekką sensacyjkę. Najbardziej zdziwiony był jeden kolega, jak rozpakowałam pudło – “Ej, to faktycznie są klocki Lego!”. Ja nie wiem, czego on się po mnie spodziewał – zamówienia z seksszopu? Dla niepoznaki opisanego LEGO na brązowej tekturze? W takiej gigantycznej pace musiałby być wibrator wielkości przemysłowego malaksera do zupy i gumowy kostium Niegrzecznej Rzeźniczki Dominy, co najmniej.

A żeby było już całkiem superaście, to na obiad były belgijskie frytki z Wurst Kiosku na Zwycięzców.

A wieczorem ułożyłam parter. Dawno nie układałam klocków i zapomniałam już, jaka to niesamowita frajda i adrenalina.

(Mój mąż tylko kręcił głową na to wszystko, ale jak mu zaprezentowałam rodzinę wampirów i dwa świecące w ciemności duchy, to mu oko błysnęło. Każdemu by błysnęło, ten zestaw jest naprawdę niesamowity, jest nawet przezroczysty słoik z kością w środku wielkości ziarnka grochu).

Dziś po południu pozostałe kondygnacje. Ale najsamprzód wydam N. obiad (czego tak nie znosiła w swoim małżeństwie Kinga Rusin i od czego uciekła i teraz jest szczęśliwa! Bardzo szczęśliwa! I spełniona! Tak! Właśnie tak! No to ja mam odwrotnie).

 

O KRASNOLUDKU, ZŁOŚLIWEJ MENDZIE

 

Na nosie siedzi mi złośliwy krasnoludek i małym młoteczkiem napiernicza mnie w czoło pomiędzy oczami. A w gardle mam jego kumpla, złośliwego szorstkowłosego chomika, który dosłownie na moment ucieka od gorącej herbaty z miodem, ale zaraz wraca. Herbat z miodem wypiłam dziś już około czterystu.

Czas na cięższą artylerię. Gdzie moje teraflu!

(I gdzie moja odpowiedź na pytanie “Co ja do cholery robię w tym klimacie”).

Okropnie boli mnie głowa, a taką mam soczystą książkę do poczytania – “Las cieni”. Na stronie zaledwie 35 znaleziono na podziemnym parkingu ciało 22-letniej pielęgniarki z oderwanymi od tułowia kończynami, z których na dodatek zostało obgryzione ciało do kości. Ale jedyne na czym mogę się skupić, to na mieszaniu gorącego napoju. (Czy to prawda, że ciasto trzeba mieszać tylko w jedną stronę, inaczej będzie zakalec?).

O PORANNYCH PIEŚNIACH I SERIALACH

 

N. od rana lekko wytrącony z równowagi, bo jakaś piewica w Trójce się darła, że jej cisza wpadła w małżowinę. Ja tam nie wiem, bo akurat myłam zęby, ale jeśli faktycznie, to już naprawdę, jak można takie rzeczy ludziom od rana serwować jeszcze przed śniadaniem?…

A później sobie postaliśmy w korku na Pradze. Tez pięknie. Obok Zoo i przychodni weterynaryjnej dla zwierząt egzotycznych.

„Luther” i „Perception” dają radę. Aczkolwiek wolałabym, żeby Luther więcej działał, a mniej przeżywał. Bo przeżywa jak wegetariańska stołówka pełna hipsterów. Ta psychopatka za to bardzo miła, jest ciekawym elementem krajobrazu i mam nadzieję, że niejednokrotnie jeszcze da czadu. A co do „Perception”, to… jak człowiek słyszy głosy, mówi sam do siebie i rozmawia z bytami urojonymi, to się kwalifikuje do leczenia?… Naprawdę?… Powinnam się zacząć martwić?

(I tak, nadal nie lubię tego całego Erica McCormack, ale w porównaniu z tą niunią, co gra pańcię z FBI, która mnie tak wkurwia, ale to TAK wkurwia, że para mi leci z uszu i podskakuję pod sam żyrandol… No więc, w porównaniu z nią, on może być).

Aha, i wczoraj w ramach diety posthiszpańskiej, że koniec z tłuszczami zwierzęcymi co najmniej na rok, wyszłam ze sklepu ze słoiczkiem czego? No czego? Dodam, że z dodatkiem jabłuszka i śliwek.

O TATARSKIEJ KUCHNI, ZGODNIE Z ZAPOWIEDZIĄ

 

UFF! Pojechali. Uwielbiam ich, ale jeszcze jedna kolacja do drugiej w nocy (jedzenie smalcu ze swarkami, marynowanych gąsek, picie wina i krzyczenie), jeszcze jedna wędka sprężynujaca w moim salonie lub jeszcze jedna wyprawa po ocieplane kalosze, a zamieniłabym się w Gwiazdę Śmierci, co mi trafnie przepowiedziała Zebra. (Tzn. ją uwielbiam, bo jest słodka i śliczna jak Audrey Hepburn, a jego na zmianę bardzo lubię i bym udusiła i chyba vice versa).

Rano dzwoni Żebra i słodkim tonem zagaduje:

– Co rooobisz?…

Na co ja, równie słodko, zaczynam ćwierkać, że pojechali na lotnisko, że herbatka, pranko… nie zdążyłam skończyć:

– TO MOŻE BYŚ SIĘ W KOŃCU ZALOGOWAŁA DO GARDENSÓW I PRZESŁAŁA MI tę j@*&6234ną miotłę o którą cię proszę od tygodnia, bo nie moge apgrejdować chaty Kopciuszka!!!

Przesłałam. Wiadomo.

(Aaaaa! Właśnie okazało się, że uprałam poduszkę N. niechcący razem z pościelą. Jego poduszka jest z pierzem. A to się roztocza zdziwiły! Na pierwszy rzut poduszka nie bardzo rokuje na przyszłość, ale powiem to, co z takich przypadkach mówiła Doktor Quinn: Teraz możemy tylko czekać i mieć nadzieję…)

A kuchni tatarskiej spróbowaliśmy oczywiście w Kruszynianach, w Tatarskiej Jurcie, która chodziła za nami od dawna i nareszcie byla okazja się wybrać. Powiem tyle, że nie spodziewałam się, że pierekaczewnik może być taki pyszny. Ciasto makaronowe przekładane mięsem z cebulą, to brzmi jak uboższa siostra lazanii i kompletnie nią nie jest, bo płaty ciasta smaruje się masłem, całość jest warstwowa, z wierzchu chrupiąca i po prostu obłędnie dobra. Kołduny z rosołem też były smaczne, choć to jest potrawa z gatunku “niezapominajka”. Zamówiliśmy jeszcze pieczone pierogi – ten z mięsem i kapustą był dobry, a ten z ryżem i warzywami nie. No i na koniec kartoflaniki, takie pierogi na parze z ziemniakami i jajkiem na twardo. Jeśli pierekaczewnik ociekał masłem, to kartoflaniki w nim po prostu PŁYWAŁY. Było ich w porcji pięć, nas czworo i proszę zgadnąć, kto zeżarł piątego, aż prawie masło mu okiem wypłynęło. Taaaa.

Gdyby nie herbata po tatarsku po tej uczcie, przepyszna, z cytryną i miętą, to bym tam wybuchła na miejscu i zwisała strzępami z sufitu.

A na pożegnalny obiad zrobiłam takie grzyby, że mieliśmy zjeść resztę na kolację, ale zostały spakowane w słoik i pojechały do Galicji jako przykład kuchni polskiej najwyższego sortu. No. Dumna jestem.

Pobiegałabym po domu na golasa ze szczęścia, ale trochę za chłodno jest.