O MĘŻCZYŹNIE W KUCHNI

 

(Nabrzmiewa u mnie sytuacja, związana ze zlewem w kuchni. Druga flaszka przetykacza rur niewiele wniosła nowego. Prowadziłam ostatnio niefrasobliwą politykę związaną z myciem wyciskarki do cytrusów, a konkretnie – spłukiwałam te flaki z wyciśniętych pomarańczy, zamiast je wyrzucać do kosza, i dosięgła mnie Zemsta Zatkanej Rury).

Ale o tym gotowaniu facetów. Przeczytałam to zdanie u Betty MacDonald, która była genialną obserwatorką, i aż podskoczyłam, takie to jest trafne i ŻE JA NA TO SAMA NIE WPADŁAM: właśnie tak! Facet w kuchni jest jak chirurg na sali operacyjnej.

Bo co robi taki chirurg? Wchodzi – cały wystrojony, staje na środku i krzyczy SKALPEL! I nie obchodzi go, kto tę salę przygotował, wyczyścił narzędzia, poukładał ściereczki, ile osób musi dookoła niego latać i kto po nim posprząta, nie. On WCHODZI I DOKONUJE CEREMONII. Podczas której wszystko zaświni, nabałagani, wyjdzie trzaskając drzwiami i nawet się za siebie nie obejrzy. Nie on musi zetrzeć krew, pozbierać waciki i policzyć szczypce. No przecież identycznie, jak facet w kuchni!

(Myślicie, że w życiu na sali operacyjnej jest jak w serialach? To znaczy, oni mówią “Siostro, ostrze numer dziesięć, kleszczyki numer trzy i ssak” czy raczej “Pani Zosiu, eee… Pani poszuka czegoś do podwiązania tego flaka, co mi tu zwisa i kapie!”)

Bo na przykład N. wchodzi do kuchni, staje w pozie WŁADCZEJ, wyciąga lewą rękę(bo jest leworęczny) i mówi “PATELNIA!”. I ja mu tę patelnię mam dostarczyć z szafki, bo on NIE WIE, GDZIE JEST PATELNIA. Nie wie. Mieszka w tym domu tyle samo czasu, co ja, ale nie wie. Ta wiedza jest mu zbędną. Od tego ma MNIE.

Wie, gdzie ma noże i jakie. Noże sobie sam poda. Ale reszta wygląda tak: “A przez co ja mam to przecedzić?” – “Nie mamy lejka, prawda?” – “Ta miska chyba jest na to za mała, jak myślisz?” (jak już wsypał TO do miski i połowa mu wyleciała na podłogę).

Kiedy ja gotuję, to zostaje po mnie w kuchni garnek z potrawą na płycie, bo na bieżąco sprzątam i odstawiam wszystko, czego używałam. Kiedy gotuje N., to zostaje po nim garnek z czymś naprawdę, NAPRAWDĘ PYSZNYM, oraz Armageddon kuchenny od podłogi do sufitu, sterta misek, desek, łyżek, durszlaków, tarek, podstawek, rękawic i patyczków do szaszłyków. Nawet w tych programach kulinarnych, zobaczcie: oni mają wszystko przygotowane w malutkich miseczkach, posiekane, umyte, gotowiutkie to użycia, A I TAK robią dookoła siebie MEGA BAJZEL podczas gotowania.

No dobra – są baby, które bałaganią też. Ale jednak większość, zwłaszcza we własnej kuchni, ma taką odruchową organizację pracy, że idzie i nie zostawia po sobie śladu. No i nie potrzebuje asysty na każdym kroku. Znacie jakąś kobietę, która by powiedziała “Lubię, kiedy mój facet gotuje” i nie dodała “…tylko, że mam później tyyyyle sprzątania!”, hę?

(O, śnieg wali. Cudownie. Niech go szlag).

A po ostatnim najeździe gości z Onetu został przepiękny komentarz (czytałam go już chyba ze trzydzieści razy i nadal mi się podoba), że tak uwielbiam luksus, że na pewno chciałabym mieć pozłacany sedes. POZŁACANY SEDES jako symbol luksusu mnie zrzucił z krzesła. Skąd ludziom się biorą takie pomysły?…

 

O TYM, CZEGO SIĘ TRZYMAM

 

Wczoraj wyszłam z domu bez telefonu. Bez telefonu! Koniec świata! Obce miasto, wkoło wilki jakieś!… I co się stało?

Nie stało się nic. Na przykład, nikt mnie nie zjadł. Mimo, że przecież nie miałam telefonu przy sobie. Niesłychane.

Kiedyś, jak nie było telefonów komórkowych w ogóle, a stacjonarne z rzadka, to wszyscy byli jacyś bardziej punktualni i obowiązkowi. Na przykład, jak się mówiło w maju, że w lipcu jedziemy nad Bałtyk do Krynicy, i nasi znajomi mówili – ojej, my też! I było umówione spotkanie w środę czternastego, o osiemnastej, za budką z goframi. I wszyscy przychodzili i się spotykali! A teraz? Wszyscy mają po pięć telefonów, osiem adresów mailowych i fejsbuka, a umówić się na spotkanie nawet z półrocznym wyprzedzeniem nie jest prosto. W dodatku i tak wszyscy odwołają na godzinę przed, bo przecież mają telefony komórkowe i zamiast przyjść, zawsze mogą zadzwonić, że COŚ IM WYPADŁO w ostatniej chwili. Ja nie wiem, kiedyś jakoś ludziom nic nie wypadało – może byli zdrowsi, bo nie było tyle konserwantów w jedzeniu.

(Czy ktoś oprócz mnie odniósł wrażenie, że już nie ma na tym świecie jadalnych parówek? Jeszcze niedawno były, a teraz wszystkie śmierdzą starym knurem i mokrą ścierką, która sobie poleżała w kącie na balkonie z tydzień?).

Zapomniałam odnotować, że w sobotę na imieninach rodzina N. oburzyła się na jednego z kuzynów, który siedział na jakimś weselu czy komunii obok tortu – jeża, i proszę sobie imaginować, ZJADŁ MU WSZYSTKIE KOLCE. Z migdałów. Oskubał jeża i reszcie gości zostawił łysy kadłub. Strasznie sobie nagrabił tym jeżem.

A trzymam się tego, że na święta ma być PLUS SZEŚĆ. Górale spod Łodzi tak powiedzieli, więc musi tak być. Musi!

 

W następnym odcinku: dlaczego mężczyźni gotują jak chirurdzy.

 

O NIENADAWANIU SIĘ CAŁKOWITYM

 

Nasz piec ma chorobę afektywną dwubiegunową. Zdiagnozowałam go.

Dwa tygodnie temu był w fazie depresyjnej, a w całym domu leciała do wyboru woda zimna i lodowata. Rano trzeba było naprawdę uważać, żeby człowiekowi nie popękało szkliwo na zębach. Kilka dni temu odbił się od dna, a teraz przebywa w fazie maniakalnej: woda jest dla odmiany gorąca lub ukrop. Nie mam jak ostudzić jajek na twardo, bo ten zwyrodnialec grzeje jak opętany. No, chyba że będę wtykać je w śnieg.

Mało mi własnych zaburzeń, to jeszcze i piec.

“Homeland” bardzo przyzwoity, powiedziałabym, można obejrzeć nawet jeśli się nie jest zbytnim fanem klimatów szpiegowsko – agenturalnych (a ja nie jestem), ale rozczulił mnie drugi sezon. Twardy marine, którego terroryści nie mogli złamać latami, zostaje zmielony na proszek przez baby. I to bez użycia ostrych narzędzi. Facet się rozsypał na kawałeczki, kiedy próbował ogarnąć sytuację z kobietami w jego życiu – gdzie się nie obrócił, tam czyhała na niego jakaś baba i czegoś od niego kategorycznie wymagała. Naprawdę, my, kobiety, dysponujemy potężnym orężem i nie wiem, dlaczego to nie jest wykorzystywane na szerszą skalę. Obyłoby się bez strat w ludności cywilnej.

W związku jednakowoż z brakiem nowych odcinków wyciągnęłam bardzo starą książeczkę “Marylin Monroe: morderstwo zatuszowane” do porannej herbatki: w przełyku Marylin nie było śladu po żółtym barwniku kapsułek, którymi rzekomo się otruła! A dom gruntownie sprzątnięto przed przybyciem policji! (REDRUM! REDRUM! REDRUM!).

Tak, nie będę ukrywać: zimno i pożytku ze mnie żadnego. A to dopiero początek. Jeszcze cztery miesiące. Nie wiem, co będzie. Idę buraczki gotować.

O SIKORKACH, KSIĄŻKACH I ZNOWU SIKORKACH

 

Znalazłam wunderwaffe. Pudełko musli, takie nieśmiało przyczajone w rogu szafki. Zaglądam, a tam… „BYŁO SOBIE ZYCIE” – wszystkie sezony. Odprawiłam egzorcyzmy, przejechałam szmatą i zadysponowałam wydać całość sikorkom na pożarcie. Już one sobie przestudiują stadia rozwoju owada. Dogłębnie.

A w Madrycie kupiłam sobie w prezencie na Mikołajki szalona biżuterię (trzy obrączki z trupimi czaszkami – 3,5 euro) i dwie ksiązki. W równie szalonej cenie, bo każda kosztowała 4 euro, w dodatku załapałam się na 10% zniżkę.

Ksiązki są z serii „Wordsworth Classics”, bardzo przyjemne wydawnictwo – „The Diamond As Big As The Ritz and Other Stories” niejakiego Francisa Scotta Fitzgeralda, znanego szerzej jako mąż Zeldy. I od razu dostałam w łeb informacją, że on zmarł w wieku 44 lat. Nie wiedziałam. Ale oni wtedy tak żyli. Nie mieli kredytów na trzydzieści pięć lat ani składek na ZUS, tylko gin i ferment intelektualny.

A druga to „The Collected Works of Nathanael West”. Też z czasów Wielkiego Kryzysu. Zaczęłam czytac „Miss Lonelyhearts” i już pierwsze strony mnie pozamiatały. Chyba najważniejsza różnica polega na tym, że wtedy, żeby wydać książkę, trzeba było być pisarzem. Na pewno też dlatego, że czasy były ciekawe. Makabryczne, ale ciekawe.

 

Nie mam miejsca w zamrażarce, żeby kupić indyka z wyprzedzeniem. N. mówi, ze możemy go w razie czego położyć na tarasie, ale ja się boję, że sikorki go zeżrą.

O MOLU SPOŻ. I NIEMOCY PREZENTOWEJ

 

W cukierkach oszukują, kwiatki mają grzyba. Moje białe pranie nie jest białe, nie mam prezentów, grudzień jest do dupy. Wielkiej, tłustej, cellulitem porośniętej. Mam gdzieś mola spożywczego – NIE WIEM, GDZIE – bo już wszystko przejrzałam, przecież do konserw chyba nie wejdą? Chociaż czytałam gdzieś, że potrafią siedzieć w zamkniętym słoiku z dżemem. Normalnie jak celebryci i politycy. Chyba mają wspólne DNA.

Z prezentami nie mam łatwo, bo jestem – jak wiadomo – zodiakalną Panną. Więc nie umiem kupować prezentów z gatunku, który ślicznie został nazwany u Muminków “trzepaczką do szampana”. Wszystkie te urocze, ozdobne, kuszące kurzołapy, które się wyjmuje pod choinką, mówi “O, jakie to ładne!” i następny raz w życiu widzi się je pięć lat później, kiedy spadają nam na głowę z najbardziej nieużywanej półki w szafie albo znajduje nierozpakowane z pudełka, kiedy musimy zrobić miejsce w kanciapie pod schodami. Ale prezent odfajkowany i wręczony. No, to ja tak nie umiem. Musi być praktyczny i na pewno się przydać.

Najchętniej każdemu bym kupiła ładną, praktyczną, kolorową, gumową piszczącą zabawkę. Daje mnóstwo radości, szczególnie w połączeniu ze Szczypawką. Albo książki. Dlaczego ludzie nie chcą dostawać na Gwiazdkę po prostu książek?…

Zebra jest najkochańsza, dzwoni do mnie ze sklepu i mówi “Kupiłaś Polce sukienkę, zapakowana jest w różowy papier w serduszka z naklejką z misiem, żebyś się nie pomyliła, która od ciebie”.

Z pozytywnych niusów, to pocieszył mnie wczorajszy artykuł na Gazecie, że choroby psychiczne są ceną płaconą za wysoką inteligencję (przypomnę, że ukochany mąż zwraca się do mnie per “mój psycholu”).

No i tak. Dlaczego człowiek nie może zapaść w sen zimowy i obudzić się na początku marca? SZCZUPŁY?

 

PS. Aha – i jeszcze mam wszystkie, WSZYSTKIE ubrania okłaczone, jakbym mieszkała na farmie królików angorskich i spała z nimi w królikarni. Bo zapomniałam dodać.

O BLISKICH SPOTKANIACH ZE SZTUKĄ NOWOCZESNĄ

 

W El Pais nie ma horoskopów!

Na lotnisku im. Chopina przywitała nas informacja, że nasz lot do Zurichu został odwołany. Przyznaję, że lekko skrzepłam wewnętrznie i pożegnałam się w myślach ze wszystkimi kieliszkami wina, jakie miałam nadzieję zdegustować. A tu Swiss Air nawet nie dał nam okazji, żeby podymić, i w ciągu trzech minut wymienił bilety na Lufthansę przez Frankfurt. Ale zdjęcie tablicy odlotów zrobiłam na pamiątkę – odwołany jeden jedyny lot.

Zmarzłam trochę. Ale przynajmniej do wyjazdu podeszliśmy ambitnie – zwiedziliśmy dwa nowe mercado i Muzeum Królowej Zofii.

Mercado San Anton jest nowoczesne i śliczne, takie eksluzywne delikatesy z szeregiem świetnych barów, nie taka perełka architektoniczna, jak Mercado San MIguel, ale za to o wiele tam spokojniej, bez problemów da się usiąść przy stoliku i spożyć owoce morza, a nie balansować z tacką nad głową w wielotysięcznym tłumie. Chwilkę spacerkiem od centrum, ale niedużo (biliw mi, jestem znakomitym probierzem – jeśli NAWET JA się nie zmęczyłam, to znaczy, że jest blisko). Za to Mercado de la Cebada to typowy osiedlowy rynek, można tam iść na zakupy i pewnie chorizo czy inne wędliny będą tańsze, niż w centrum, a niektóre stragany mają wystawiony przepiękny towar – na przykład wieprzowe uszy, ryje, racice, mózgi i wnętrzności. Tak jest bardziej swojsko, mniej urokliwie, rzekłabym.

Czyli nadszedł czas na sztukę, i to nowoczesną, bo Muzeum Królowej Zofii ma bardzo nowoczesny asortyment.

Wstęp – 6 euro za zwykły bilet – warto zapłacić dla samej Guerniki. Można wejść bezpłatnie w wybrane dni w określonych godzinach, na przykład w sobotę po 13-stej.

Przyznam, że pierwsze dwa piętra zrobiły na mnie wrażenie, mimo, że nijakim znawcą kubistów czy surrealistów nie jestem. Ekspozycja jest bardzo z głową pomyślana – nie same obrazy na gołych ścianach, ale w otoczeniu gablot z książkami, zdjęciami z tamtych czasów, a nawet pierwszych filmów. Ten cały Picasso, Dali czy Miro naprawdę są tak dobrzy, jak mówią na mieście, choć chyba największe wrażenie zrobił na mnie obraz Maxa Beckmanna, przedstawiający zwyrodniałą paryską socjetę (ludzie jeszcze o kształcie ludzi). I jeden film, przedstawiających trzech panów we frakach, siadających do karcianego stolika. Czwarty pan przynosi butelkę piwa, otwiera ją, rozlewa do trzech kielichów i eleganccy panowie we frakach wypijają piwo do dna. Trwa w sumie może dwie minuty i jest tak uroczy, że oglądaliśmy go chyba ze cztery razy (te filmy lecą w kółko).

(A nie wszystkie są urocze, w jednej sali leci film o trudnym chłopcu wysłanym do pracy na farmie, który zatłukł dwie kury patykiem – niestety, jest to pokazane na filmie i NIE SĄ TO efekty specjalne- naprawdę te kury zostały zamordowane na wizji – więc co dalej, nie wiem, gdyż wypadłam stamtąd z krzykiem. Albo inny film – o pani, która opłakuje pana, który chyba nie żyje, układa na łóżku jego ubrania, krawat, spinki do koszuli. Po czym rzekomy trup stoi przy oknie i z uwagą ogląda swoją dłoń – zbliżenie na dłoń – zieje w niej dziura, z której wychodzą mrówki. Pani podchodzi do niego i razem wyglądają przez okno, na chodniku zebrał się tłum ludzi i pogrzebaczem trącają ludzką rękę, która się tam wala. Też nie dałam rady dalej).

Drugie piętro jest już bardziej ponure, bo to lata wojny domowej w Hiszpanii. Centralnym punktem jest Guernica wystawiona w osobnej sali, z zestawem fotografii pokazujących kolejne etapy jej powstawania.

Przyznam, że powyżej drugiego piętra mój kontakt ze sztuką się urwał. Do drugiego piętra jakoś mniej więcej ogarniałam, nawet dzieła faceta, który najpierw wsadzał lwa na rower, później konia na rower, później rower na konia, a na końcu zrobił dzieło sztuki ze szczotki do butów. Dobra, taką miał wizję.

Ale na trzecim piętrze zaczyna się jazda, na przykład z poezją (chyba) konkretną. Z głośników leci odczyt utworu, a na ścianie widnieje jego zapis. Nie ukrywam, że myślałam, że to zapis dźwiękowy z domu wariatów (jeden syczy, jeden mruczy, jedna jęczy a jeszcze jeden coś ostro wykrzykuje). Albo: czarna kotara, za którą bałam się wejść, ale N. mnie wepchnął – za kotarą wita człowieka reflektor, nieregularnie mrugający światłem po oczach, a jednocześnie jakiś facet w głośniku recytuje samogłoski.

Rewolucja seksualna po latach prezentuje się dość melancholijnie. Jakie to musiały być piękne, proste czasy. Dziś takie zdjęcia, jak te wystawione, że niby wielkim były skandalem, mamy w prasie codziennej kolorowej i telewizji śniadaniowej na żywo. Pewnie wtedy panowie, przebrani w damskie pończochy i sukienki, ale z filuterną dziurą na wysokości krocza, żeby było widać penis w całej okazałości, byli bardzo odważni i rewolucyjni. Pewnie tak, pewnie, pewnie.

N. się poddał, jak w jednej sali obejrzeliśmy film, kolorowy, lata jakieś 70-te, gdzie pani siedząc na kanapie w swoim salonie opowiadała o swojej teorii (miałam momentalne skojarzenie z teorią Anny Łoś na temat brontozaurów, ale było gorzej, o, gorzej). Mianowicie, ta pani uważa, i całą swoją twórczą pracę poświęciła zjawisku polegającemu na tym, że dziecko, rodząc się, zjada matce waginę. Metaforycznie, naturalnie. Po czym ona pomaga takiemu człowiekowi (który metaforycznie zjadł waginę matki, przypomnę) dojść do takiego etapu w życiu, żeby tę waginę zwymiotował. Metaforycznie, naturalnie. Takie zwymiotowanie waginy jest czymś bardzo, ale to bardzo istotnym, ale niestety nie dowiedziałam się niczego więcej, bo po zwymiotowaniu waginy mój mąż okazał przesyt sztuką nowoczesną i odtrąbił NATYCHMIASTOWY odwrót.

Faceci.

Ale za to zjadłam kaszankę z Leon. Dwa razy. I pyszne kalmary.

W sklepach i w kolejkach do świątecznych loterii już szaleństwo. A ja nie mam bladego pojęcia, co z prezentami w tym roku. BLA DE GO.

 

O TYM, JAKIE TO SĄ ZAWODY NA ŚWIECIE, A JA NIE WIEDZIAŁAM

 

Mam okropny horoskop na dziś, co za świnie, naprawdę. Czy horoskopy są po to, żeby człowieka zdołować? Nie są! Niniejszym wypchaj się, Gazeto, tartą bułką. Odchodzę na Onet.

(No i od razu lepiej – „Miłość: możliwe burzliwe uczucia; Zdrowie: pozbądź się emocjonalnego stresu”).

Jak ja mam się pozbyć emocjonalnego stresu, jak mi Hanka windę z duchem wysyła. Bardzo to miło z jej strony, ja i tak się dość boję wind, a jeszcze jakby mi duch wylazł w połowie drogi, to by mnie zdrapywali z sufitu, tyle powiem.

Natomiast wczoraj przyszedł do nas mail od pani z hotelu, która ma stanowisko, uwaga, bo to będzie dobre, AURA MANAGER. Czujecie? Manager do spraw AURY! Zadała nam mnóstwo pytań, na przykład czy wysłać po nas na lotnisko limuzynę (za 90 euro, no chyba bym musiała na łeb upaść, ile to kolejek w madryckich barach!). Jakie są nasze ulubione drinki. Jaką muzykę sobie życzymy w pokoju.

Ja osobiście CICHĄ. Zwłaszcza rano. Opowiadałam już, jak któregoś pięknego poranka na lekutkim kacyku udałam się pod prysznic, a mój ukochany mąż włączył sobie akurat FORMUŁĘ JEDEN i nie zauważył, biedaczek, że nagłośnienie jest tak ustawione, żeby w łazience leciał głos z telewizora BARDZO GŁOŚNO?… Ja po trzech minutach myślałam, że mnie rozerwie horyzontalnie i wertykalnie od tego jazgotu, a on się bardzo zdziwił, że chciał sobie spokojnie pooglądać telewizję, a tu przyszła małżonka w ręczniku, ociekająca wodą i wściekła, i go trąca. Kilka razy w życiu miałam go ochotę zamordować i to właśnie był jeden z tych razów.

Ale AURA MANAGER to musi być niezła fucha. Nie dla mnie, ale myślę, ze kilka osób by się odnalazło w takiej robocie. (Hanka mówi, że Aura Manager powinien się świecić przy dobrych ludziach na biało, a przy złych na czarno).

Ciekawe, jaki będę miała horoskop w El Pais.

O PROROCZYM ŚNIE I DOBRYM FILMIE

 

Śniły mi się jajka, z których wykluwały się prześliczne gąsiątka. Pilnowałam ich i sprawdzałam, czy już się wykluły i zabierałam do specjalnego pudełka. Ponieważ martwiłam się, żeby nie były głodne, to poszłam zorganizować jakieś mleko – udało mi się znaleźć tylko takie do kawy, w okrągłych pudełeczkach z foliowym kapslem, więc odrywałam te kapsle i karmiłam gąsiątka mlekiem skapującym mi po palcu.

Po czym obudziłam się i dotarło do mnie. Gąsiątka. Mlekiem.

Rację ma oczywiście mój mąż, który twierdzi, że mi nie wolno dać do ręki żadnego żywego stworzenia, począwszy od eugleny zielonej, bo jestem w stanie wykończyć wszystko. Nawet moja podświadomość wykańcza świeżo wyklute gąski.

W związku z powyższym obejrzałam prześwietny film i nie mogę się nadziwić, jakim cudem nie widziałam go do tej pory – “Broken Flowers”. Może dlatego, że to Jarmuscha (mam lekkie uczulenie na Jarmuscha, odkąd chodziła na niego alternatywna młodzież w typie Baltony, a ja z kolei z całej siły starałam się nie bywać w miejscach, gdzie bywał typ Baltony). Film jest znakomity i widzę, że lubimy z panem Jarmuschem tych samych aktorów. Będę miała o czym z nim porozmawiać, gdybyśmy na siebie wpadli na jakimś iwencie (“Haj! Dżim! Czy wiesz, że lubimy tych samych aktorów? Mógłbyś mi podać tamto masło, bo ja nie sięgnę?”).

Poza tym całkowity marazm i kolejna serwetka (nadłubałam tych serwetek ostatnio takie ilości, że normalnie to już jest proszę państwa jakieś szaleństwo).

 

O HOROSKOPACH

 

Ogłaszam konkurs na najbardziej idiotyczny horoskop i pozwole sobie od razu włozyć żółtą koszulkę lidera. Oto mój dzisiejszy z Gazety:

 

“Skusi cię niebywale atrakcyjna cena, kupisz sobie coś, o czym właściwie od dawna marzysz. Nie żałuj tego kroku, bo zakup w niedalekiej przyszłości bardzo się sprawdzi. Nie pokazuj tylko tego w swoim środowisku zawodowym, o nie tylko wzbudzi to zazdrość ale i pozbawi cię możliwości awansu w najbliższym czasie”

 

I teraz kurna siedzę jak ta głupia i w głowe zachodzę, CO TO MOŻE BYĆ. Po atrakcyjnej cenie, ale nie mogę pokazac w środowisku zawodowym. I sprawdzi się w przyszłości (lateksowy kostium niegrzecznej pielęgniarki?).

Kto im to pisze?…  Chyba świnki morskie.

 

PS. Konstruktywna samokrytyka: tak, wiem, że czytanie horoskopów to jeszcze większy idiotyzm niż ich pisanie. Ale mogli chociaż przecinki poprawić.

O AUSTRALII, KASZANCE I BRAKU BEZPIECZNIKA

 

(Tak, oczywiście. W Australii pająki – ludojady wchodzą prosto do łóżka, misie koala tak naprawdę wcale nie są miękkie i przytulaste, tylko śmierdzą, mają wielkie szpony i są dość wkurwione, kiedy je ktoś budzi z pijackiego snu, a kangury to łobuzy. Tak, zniszczcie mi moje marzenie o Australii, zapraszam).

Tymczasem podążam szlakiem moich nieco skromniejszych marzeń, tym razem chodzi mi o hiszpańską kaszankę. Dość przypadkiem znalazłam namiary na tapas bar w Warszawie pod tytułem Carmona. Był ktoś? Poleca? W każdym razie, w tapasowym menu Carmona ma morcillę z jabłkami i niech mi pióra na dłoni wyrosną, jeśli jej tam nie pójdę zjeść (mają też krokiety z dorszem albo z szynką, też lubię i może wciągnę). Poza tym, przy restauracji działają delikatesy i można sobie to i owo zakupić do domu, w tym morcillę (może mi żelaza brakuje, że tak na krew lecę w tym sezonie) (a może to, co mnie ugryzło w palec, to WCALE NIE BYŁ KOMAR – no ale w palec?…).

(Ale to dopiero, jak mój brzuch się uspokoi, bo na razie nadal toleruje tylko suchy chlebek, łaskawie herbatę, wczoraj rzuciłam się na głęboką wodę i posmarowałam kromkę twarożkiem! I nawet przeszło. Ja cię proszę, mój układzie trawienny, weź no się w garść, JUŻ TY WIESZ, DLACZEGO).

Znalazłam sposób na fajne sny, nawet, kiedy tak ogólnie wcale nie jest za fajnie: trzeba się słuchać Zuzanki, kiedy mówi “Mam fajną grę na fejsie”. Wtedy się całymi dniami siedzi i kruszy cukierki albo wybucha kwiatki, aż oczy łzawią, ale korzyść z tego jest taka, że przez całą noc też się śnią te cukierki i kwiaty. W rządkach. Do ułożenia. I dziś w nocy mi się przyśniło, że przeszłam ten cholerny level 33 i co?… I normalnie od rana się zawzięłam i faktycznie go przeszłam, ha! (I utknęłam na 34).

I ktoś mi podwędził (albo schował) “Kobiety na skraju załamania nerwowego”, a przecież ja nie mogę bez nich żyć!!!