(Nabrzmiewa u mnie sytuacja, związana ze zlewem w kuchni. Druga flaszka przetykacza rur niewiele wniosła nowego. Prowadziłam ostatnio niefrasobliwą politykę związaną z myciem wyciskarki do cytrusów, a konkretnie – spłukiwałam te flaki z wyciśniętych pomarańczy, zamiast je wyrzucać do kosza, i dosięgła mnie Zemsta Zatkanej Rury).
Ale o tym gotowaniu facetów. Przeczytałam to zdanie u Betty MacDonald, która była genialną obserwatorką, i aż podskoczyłam, takie to jest trafne i ŻE JA NA TO SAMA NIE WPADŁAM: właśnie tak! Facet w kuchni jest jak chirurg na sali operacyjnej.
Bo co robi taki chirurg? Wchodzi – cały wystrojony, staje na środku i krzyczy SKALPEL! I nie obchodzi go, kto tę salę przygotował, wyczyścił narzędzia, poukładał ściereczki, ile osób musi dookoła niego latać i kto po nim posprząta, nie. On WCHODZI I DOKONUJE CEREMONII. Podczas której wszystko zaświni, nabałagani, wyjdzie trzaskając drzwiami i nawet się za siebie nie obejrzy. Nie on musi zetrzeć krew, pozbierać waciki i policzyć szczypce. No przecież identycznie, jak facet w kuchni!
(Myślicie, że w życiu na sali operacyjnej jest jak w serialach? To znaczy, oni mówią “Siostro, ostrze numer dziesięć, kleszczyki numer trzy i ssak” czy raczej “Pani Zosiu, eee… Pani poszuka czegoś do podwiązania tego flaka, co mi tu zwisa i kapie!”)
Bo na przykład N. wchodzi do kuchni, staje w pozie WŁADCZEJ, wyciąga lewą rękę(bo jest leworęczny) i mówi “PATELNIA!”. I ja mu tę patelnię mam dostarczyć z szafki, bo on NIE WIE, GDZIE JEST PATELNIA. Nie wie. Mieszka w tym domu tyle samo czasu, co ja, ale nie wie. Ta wiedza jest mu zbędną. Od tego ma MNIE.
Wie, gdzie ma noże i jakie. Noże sobie sam poda. Ale reszta wygląda tak: “A przez co ja mam to przecedzić?” – “Nie mamy lejka, prawda?” – “Ta miska chyba jest na to za mała, jak myślisz?” (jak już wsypał TO do miski i połowa mu wyleciała na podłogę).
Kiedy ja gotuję, to zostaje po mnie w kuchni garnek z potrawą na płycie, bo na bieżąco sprzątam i odstawiam wszystko, czego używałam. Kiedy gotuje N., to zostaje po nim garnek z czymś naprawdę, NAPRAWDĘ PYSZNYM, oraz Armageddon kuchenny od podłogi do sufitu, sterta misek, desek, łyżek, durszlaków, tarek, podstawek, rękawic i patyczków do szaszłyków. Nawet w tych programach kulinarnych, zobaczcie: oni mają wszystko przygotowane w malutkich miseczkach, posiekane, umyte, gotowiutkie to użycia, A I TAK robią dookoła siebie MEGA BAJZEL podczas gotowania.
No dobra – są baby, które bałaganią też. Ale jednak większość, zwłaszcza we własnej kuchni, ma taką odruchową organizację pracy, że idzie i nie zostawia po sobie śladu. No i nie potrzebuje asysty na każdym kroku. Znacie jakąś kobietę, która by powiedziała “Lubię, kiedy mój facet gotuje” i nie dodała “…tylko, że mam później tyyyyle sprzątania!”, hę?
(O, śnieg wali. Cudownie. Niech go szlag).
A po ostatnim najeździe gości z Onetu został przepiękny komentarz (czytałam go już chyba ze trzydzieści razy i nadal mi się podoba), że tak uwielbiam luksus, że na pewno chciałabym mieć pozłacany sedes. POZŁACANY SEDES jako symbol luksusu mnie zrzucił z krzesła. Skąd ludziom się biorą takie pomysły?…