O PODLEWANIU I KOLORACH

 

– Podlewanie włączy się o osiemnastej – oznajmił mi wczoraj N.

Włączyło się, równiutko co do minuty. To ze spryskiwaczy i to z nieba. To z nieba trochę bardziej obfite, a to ze spryskiwaczy wywaliło nam główny bezpiecznik. HA HA HA – bardzo było zabawnie. Kocham wszelkie remonty i roboty wokół domu – widzieliście taki stary film “Skarbonka”? O tym, jak małżeństwo kupuje stary dom do remontu i przychodzą kolejne ekipy budowlane i każda im mówi, że robota im zajmie dwa tygodnie? Kiedyś się z niego bardzo śmiałam. KIEDYŚ. Teraz to nie wiem, czy by mi drgnął choć jeden kącik ust.

Mierzyłam sukienki, które odwiesiłam hen z powodu iż przestałam w nie wchodzić, a teraz znowu są dobre. W jednej, piaskowobeżowej z Benettona z dłuższym tyłem zaprezentowałam się N. Pochwalił (no co, dobrze go wytresowałam), ale dodał, że jak zamierzam to nosić, to chyba się trochę powinnam opalić?…

HA, HA – po raz drugi. Trzy czwarte świata handluje kosmetykami wybielającym cerę, a ja mam niszczyć mój skarb! (W kolorze świeżo malowanego sufitu). Ale fakt, że ten piaskowy beż nie za bardzo. Za to w czarnych jest dobrze, w kolorze wściekłej fuksji też dobrze. I niebieski / turkusowy dobrze. Czyli kolorystycznie jaką ja jestem właściwie porą roku? Hę?

O SNOOPYM I MUSZTARDZIE

 

W Lidlu mają rzucic koszulki i kapcie ze Snoopym, no to piszę SMS-a do Zebry, że ja chcę na imieniny. Jedną ze Snoopym i jedną z Hello Kitty.

Na co dostaję odpowiedź „A konsultacji u psychiatry nie chcesz?”.

Co za ludzie. Ostatnio szwagier pytał, czy przypadkiem nie mam bąblowca w mózgu (chodziło o flamingi trawnikowe). A kiedy się dowiedział, że moim ulubionym daniem z dzieciństwa był chleb z musztardą, popijany ciepłą colą z kaloryfera, to uznał, ze jestem reptilianinem.

Nadal lubię chleb z musztardą, ale to musi być dobry chleb. I dobra musztarda, co nie jest takie proste w dzisiejszych czasach. Ale ostatnio znalazłam naprawdę pyszną – czeską, w sporych słoikach bez naklejek. Jest w dwóch wersjach – ciemna i jasna. To ta jasna. Ze świeżym chlebkiem. Yum.

Jaka piękna, piękna pogoda – cała śmierdzę złotym olejkiem i NARESZCIE nic mi nie marznie!…

O TYM, JAK ZOSTAŁAM ENDEREM

 

Ło panie, ale miałam sobotę! Mieliśmy, w zasadzie.

(Bo ogólnie to jest cudownie, przeniosłam bazę na taras i się kiszę w zadowoleniu).

No więc sobota, jest świetnie, N. testuje spryskiwacze, Szczypawka dorwała ropuchę, ja jej tłumaczę, żeby nie gryzła ropuchy, bo się będzie ślinić, ona mi tłumaczy, że tylko się bawią. Wchodzę do kuchni zamieszać zupę z kurek, a tam…

Nie rozumiem, co to jest, bo coś jakby mi migocze w oczach, więc podchodzę bliżej… MRÓWKI SIĘ WYROIŁY.

W MOJEJ KUCHNI.

Wyroiły się mrówki koło zmywarki.

Podeszłam bliżej i od razu miałam ich na sobie ze TRZYSTA – jak w czwartej części Indiany Jonesa! Z tym, że te w mojej kuchni miały SKRZYDŁA. Były jebitnie wielkie i miały skrzydła! I wychodziły ze szpary pomiędzy zmywarką a ceglanym słupkiem i były już na blacie, przy zlewie, na oknie i w ogóle w połowie kuchni!…

Mój ryk ściągnął N., ktory obrzucił ten armageddon spojrzeniem i poszedł do garażu i przyniósł wielki, głośny odkurzacz do kominka z długą rurą. Zrobiło mi się słabo, ale serio, nie było innego wyjścia. I tak dobrze, że jeszcze się nie rozlazły po całym domu.

Pół godziny później zrozumiałam, co czuł Ender i chodzę od wczoraj nieco rozbita. Nie wiem, czy w nocy przyjdą i położą mi na biurku OSTATNIĄ KRÓLOWĄ zawiniętą w różowy becik z listem, że proszą, żebym jej znalazła planetę. Hanka twierdzi, że raczej przyjdą mi wtłuc. Bo robale przeżyją wszystko i wszystkich. Parę książek przeczytałam na ten temat oraz filmów widziałam też. A ja właśnie z nimi zadarłam.

A najgorsze jest to, że od tamtej pory cały czas mam wrażenie, że coś po mnie łazi. N. mówi, że też. Może to ich klątwa, którą na nas rzuciły. Fantomowe mrówki (o tak, i niebieskie nici wychodzące spod skóry – syndrom Morgellonów, tak?). A dosłownie kilka dni temu rozmawiałam z moją ciotką, że kilka ogrodowych mrówek w domu to nic takiego, bo mrówki są czyste, nieawanturujące się i zaraz sobie idą. Taaa. (Chociaż w sumie miałam rację, bo nie mówiłam o MILIONIE mrówek ze skrzydłami, tylko o KILKU).

Gdybym się nie odzywała, to znaczy, że mrówki wróciły mnie pożreć, jak ostatniego z rodu Buendia.

O, grzmi.

O, WRESZCIE

 

Widzisz, Janusz, chłopaku: o to chodziło! Nie można było tak od razu? Tak jak teraz jest bosko.

A to mój tegoroczny ogródek. Kosztował 1,80 za sztukę, wygląda bardzo ładnie, krety się go nie imają i nie potrzebuje hordy ogrodników.

mojogrodek

 

Praktyczny i ładny.

O LEKKIEJ DIECIE W SAM RAZ NA UPAŁ

 

Janusz walczy o życie. Ma czas do jutra. Dziś przyszłam do biura w sandałkach, ale żeby mi było gorąco, to nie powiem – na razie jakiś mało nachalny ten upał.

Panowie od ogrodu robili wczoraj PRÓBĘ WODY  i okazało się, że jednak te rurki do podlewania w niektórych miejscach będą wystawać z ziemi i zraszać (bo myślałam, że będzie tylko podlewanie kropelkowe, od spodu). Więc będzie można pląsać po trawniku w mokrych podkoszulkach (i straszyć przechodniów). Chyba że Szczypawka, która uwielbia polować na węże z wodą, wykopie zraszacze i przyniesie panu. Panu, ona wszystko przynosi PANU w ofierze. Ja dostaję tylko błoto z łapek do sprzątania. Ech, te suki.

Dostaliśmy od znajomego Hiszpana listę barów, w których KO NIECZ NIE musimy się pojawić podczas naszej kolejnej wizyty w Madrycie. Człowiek myśli, że już się orientuje co nieco w mieście, a tu okazuje się, że jest dupa wołowa, bo np. w ogóle nie byliśmy w dzielnicy Latina, a obecnie to TAM się znajduje śmietanka tapasiarska. Albo – nigdy nie byliśmy w Casa Labra na dorszu, a to jest obowiązkowy przystanek, a na dodatek obok tej knajpy przechodziliśmy mnóstwo razy, bo jest przy samym Puerta del Sol.

Ba – przyznam się teraz do czegoś naprawdę strasznego: nie byliśmy obejrzeć Palacio Cristal. Ani razu. Wszyscy turyści przywożą z Madrytu zdjęcie Palacio Cristal, a ja go do tej pory nie widziałam! Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że Palacio Cristal jest w samym środku naprawdę wielkiego parku Retiro i trzeba DUŻO IŚĆ, nie mijając żadnych barów. Masakra. Ale już tym razem pójdziemy, obiecuję, bo to jednak wstyd.

No i na tej liście barów do zwiedzenia jest między innymi bar Ricla, gdzie polecanymi daniami do zjedzenia są (cytuję): „Callos, albondigas, fabada”. Czyli: flaki, mięsne klopsiki oraz fabada, czyli taka wielka fasola gotowana z boczkiem, kiełbasą i kaszanką. Zważywszy, że wybieramy się dam pod koniec lipca i wziąwszy pod uwagę, że temperatura oficjalna to zwykle ponad 30 stopni, a odczuwalna nawet wyższa, to musimy ustalić z N., czy on zamówi fabadę, a ja flaki, czy na odwrót. Bo te albondigas to chyba weźmiemy na spółke (para compartir).

Na razie N. jest lekko roztrzęsiony, bo ten hotel, w którym mamy rezerwacje, zamieścił sesję fotograficzną z Conchitą Wurst w klubie na dachu.

O, widzę, że w następnej polecanej knajpie mają ślimaki i flaki wołowe nawijane na patyki. I wieprzową skórkę na chrupko. To będzie jak znalazł na dokładkę po tej fabadzie.

O RĘCZNIKACH I KALAFIORZE

 

Janusz żyje i ma się dobrze (co łatwo wywnioskować z tego, jaka ciągle jest pogoda), ale jeśli w ten weekend nie będę mogła założyć szortów i wysmarować się złotym olejkiem, to biorę nóż i idę w odwiedziny. Przepraszam, ale KTOŚ MUSI. Lipiec jest, do cholery i czarnej ospy!

A wczoraj tak mnie bolała głowa, ale to TAK OKROPNIE, jakby mi ktoś wbijał gwoździe z lewej strony. Dopiero jak zobaczyłam po południu te chmury, to zrozumiałam dlaczego. No i może troszkę się do tego przyczynił zapach farby, bo mamy pomalowane to biuro. Ładnie pomalowane. Ale oczywiście, ten kolor który JA wybierałam wyszedł inny. Nie, ja już więcej nie chcę mieć do czynienia z próbnikami kolorów. Albo będę wszystko malować na szaro, jak Gentille z “Żonglowania”.

Na ból głowy obejrzałam sobie wieczorkiem dwa odcinki “New Girl” – wspominałam już, że bardzo śmieszne? I że uwielbiam Zooey Deschanel? Akurat był odcinek, jak Schmidt opieprzał Nicka Millera, że nie pierze ręcznika, a Nick był bardzo zdziwiony, że ktokolwiek na świecie w ogóle PIERZE ręczniki, skoro ręcznikiem człowiek wyciera CZYSTE CIAŁO spod prysznica. I przypomniał mi się piękny wątek z dyskusją na chyba 300 postów, który szalał na forum jakoś tak po świętach, o ręcznikach. Bo jedna pani miała gości, którzy jej przez trzy dni zużyli czterdzieści ręczników. A druga mówi, że ona pierze ręcznik po jednorazowym wytarciu się. W wątku odbyło się wielkie narodowe liczenie ręczników (nawet ja się zaczęłam zastanawiać, ile mam ręczników i czy plażowe się liczą). I ja wiem, że Nick Miller to żaden autorytet, ale pranie ręcznika po jednym wytarciu się?… (Może jej schodzi skóra albo wydziela śluz jak Królowa Obcych?). Chociaż obiecywałam sobie wiele razy, że na forum NIC MNIE JUŻ NIE ZDZIWI, a jednak.

Oraz (na forum z kolei kulinarnym) przeczytałam takie jedno zdanie, które za mną chodzi od kilku dni:

 Pieczony kalafior to nowy stek.

 I co Państwo na to?…

 

O TYM, GDZIE PTASZEK MA PRZEPISY

 

Burza, nareszcie. Od dwóch dni mi się snuła po kościach w nogach.

Mamy małe pleszki w budce! Pleszka to jest najśliczniejszy polski koliberek. Bardzo akustyczny koliberek – jak się wydrze o trzeciej rano… Ale niech im tam. Małe się drą w budce, rodzice czyszczą ogródek z robactwa, a N. pęka z dumy.

Zimą albowiem szwagier mój, specjalista mocno środowiskowy, dał N. specjalne wytyczne odnośnie wymiarów budek. Eksperci światowi opracowali wymiary budek dla różnych gatunków ptaszków, które węższe a wyższe, które bardziej płaskie, oraz oczywiście wielkość otworu – żeby ptaszek się zmieścił, a drapieżnik nie. N. pocmokał i skonstruował zgodnie z instrukcją dwie budki na rozmiar pleszkowy, bo akurat pleszkę chcieliśmy sobie zapuścić.

Po czym pleszki znalazły sobie starą, lekko już pozieleniałą ze starości, krzywo zawieszoną budę nie trzymającą jakichkolwiek wymiarowych norm, bez środowiskowego HACCP i radośnie się w niej rozpanoszyły. Dając tym samym najlepszy dowód na to, gdzie statystyczny ptaszek ma środowiskowe normy i wytyczne. Oraz ekspertów.

(Ja je bardzo dobrze rozumiem, bo też tam mam całkiem sporo rzeczy. Naprawdę sporo i rok w rok coraz więcej).

Tymczasem w księgarniach nowy King Stephen i nowy Witkowski Michał, a ja w tak zwanej czarnej przysłowiowej!… Bo najpierw muszę skończyć Wisłocką, co mi Hanka poleciła, no i tę hiszpańską Apokalipsę od Gogi. Na miejscu Wisłockiej zabiłabym tego jej męża, jakoś inteligentnie – ona wykształcenie medyczne, on bakteriolog, mały wypadeczek w laboratorium… Bo jak czytam, co ona przez niego przeżyła, to się dziwię, że kiedykolwiek później spojrzała jeszcze na jakiegokolwiek faceta (no chyba, że po takim potworze wszyscy inni mężczyźni wydawali się cudowni). Dobra książka, ale Stacha bym zamordowała i już.

 

O KOCIE I ŚCIERCE

 

Nad pogodą pracuję. Konkretnie, jestem w kontakcie ze szwagrem i namawiam go do złożenia ofiary z kota Janusza w intencji podniesienia temperatury o jakieś 15 stopni (Janusz jest potworna mendą i poluje na małe ptaszki, więc nikomu nie będzie go żal).

Z innej beczki: lubię sobie czasem kupić kolorowe szkła. Przed wyjazdem na Maderę zafundowałam sobie dwa kolory: ametyst i turkus. Te ametystowe zabrałam na wyjazd, bo jakoś tak romantycznie brzmiały. Więc je założyłam. Tadam!… Ametyst, tak?

No więc moje oczy spowite w ten AMETYST miały kolor burej ścierki. Ale nie byle jakiej burej ścierki, pierwszej z brzegu. Takiej fachowej ściery, która w PRL-u była obowiązkowo wyposażeniem każdego chyba zakładu gastronomicznego, przedszkola albo sklepu. Taką ścierą dysponowała wiecznie czegoś wkurwiona sprzątaczka i przecierała nią jak leci WSZYSTKO: od podłóg przez sedesy po stoliki klientów (przedszkolaków). Patrz – film polski „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”, scena z podawaniem kurczaka. „Ścierkę mi wyrwał, moje narzędzie pracy!”. Taką ścierkę mam na myśli.

Ale nosiłam, przecież nie wyrzucę soczewek tylko dlatego, żem głupia. W końcu jednak miesiąc upłynął, z westchnieniem ulgi wywaliłam je i założyłam turkusowe.

Wyglądam w nich świetnie. Jakbym wstała z megakacem po tygodniu chlania denaturatu.

Ale spoko, już wiem, jaki zrobiłam błąd: zamówiłam takie z linii ColorBlends, one są beznadziejne, bo mają taki NATURALNY kolor, który się stapia z tęczówką (tworząc np. ścierkę). Bez sensu, jak się kupuje kolorową soczewkę, to nie po to, żeby mieć naturalny kolor oka. Więcej ich nie zamówię, ale póki co – przede mną miesiąc w oprawie pijackiego turkusu.

A kilka dni temu zobaczyłam w Mango piękna sukienkę, PRZEPIĘKNĄ, oczywiście mój rozmiar już wykupiony. Cholera jasna. Nerwowo kazałam się poinformować, kiedy znowu będzie dostępny, codziennie ją oglądałam i prawie płakałam ze złości, że jest TAKA PIĘKNA i wykupiona. I dziś przysłali mi maila że JEST! Ponownie w sprzedaży!… Klikam i wiecie co?… Nie podoba mi się już.

 

O TYM, ŻE SKRZYPIĘ I MAM DOSYĆ

 

Ale naprawdę, naprawdę mam już DOSYĆ tego, że cały czas mi zimno. DOSYĆ. Chcę sandałki i klapki, chcę krótki rękaw, chcę wieczorem nie mieć fioletowych paznokci, chcę się słaniać z upału na tarasie i smarować migoczącym olejkiem –  BO JEST KURWA LATO! I mam dosyć opatulania się i gęsiej skóry! Jest mi tak zimno, że SKRZYPIĘ jak się poruszam. Kościami skrzypię. I jestem rozchwiana emocjonalnie i jak się nie ociepli, to kogoś zabiję w końcu w afekcie, bo nie wytrzymam.

Dzikie zapylacze do mnie napisały. Dziękują za hotel.

O DZIECIACH KOLEŻANEK I BUTACH

 

No więc.

Wybrałyśmy się wczoraj z chicas do nowego żyrardowskiego lokalu z włoską kuchnią, świadczoną na zapleczu przez prawdziwego, żywego Włocha. “Jeszcze tam was nie było” – skomentował mój mąż i w sumie miał rację – nie było, więc poszłyśmy. Jedzenie dobre, wino dooobre, atmosfera lekkiego skandalu obyczajowego – czyli wszystko tak, jak we włoskiej knajpie być powinno. Deseru nie jadłam, ale dziewczyny tak i mówią, że dobry (czekoladowe ciastko – lawa na ciepło z malinami). Ale nie to jest przedmiotem niniejszej notki. Niestety!…

Kiedy tam weszłyśmy, przy stoliku siedziała grupka młodych ludzi i coś tam gadali i sączyli. Normalna męsko – damska imprezka. I otóż koleżanka O. obrzuciła ich wzrokiem i mówi “O, syn mojej siostry”. Że niby jeden z tych DOROSŁYCH FACETÓW Z PIWEM I DZIEWUCHAMI to syn, czujecie, SYN JEJ SIOSTRY!!! Z którą to siostrą chodziłyśmy do jednej klasy w podstawówce. Czyli jak by nie patrzeć, jest ta siostra MOJĄ RÓWIEŚNICĄ. I jej syn się opija piwem w tej samej knajpie stolik obok. I nie, nie miała tego syna na boku w ósmej klasie, nie. Również nie miała go w liceum. Nie.

O święta Rito, patronko spraw beznadziejnych!… No przez pół wieczoru nie mogłam się pozbierać (w połowie drugiego dzbanka wina jakby lekko mi przeszło, ale dziś od rana wróciło znowuż).

Mam bardzo uprzejmy apel do moich koleżanek: jak chcecie te dzieci mieć, to miejcie, przecież Wam nie zabronię. Malutkie berbecie – proszę bardzo. Puchate  energiczne córeczki w wieku przedszkolnym – proszę bardzo. Urocze baletniczki – proszę bardzo. Znające się na sztuce gimnazjalistki – również nie widzę przeszkód.

Ale ja sobie nie życzę, żeby to było jasne, NIE ŻY CZĘ SO BIE siedzieć w knajpie obok DOROSŁYCH SYNÓW! Nie wiem, dajcie im coś do picia, żeby nie rośli, albo jakieś proszki, nic mnie to nie obchodzi, wymyślcie coś NATYCHMIAST. W butelki ich wsadźcie, jak te japońskie kotki. Jak skończą czternaście lat – ciach! Do butelki. Czternaście lat to moja górna granica na potomstwo koleżanek równolatek. No dobra, piętnaście. Ale ani dnia więcej.

I chciałabym sobie zrobić taki tatuaż na grzbietach obu dłoni, może nie na zawsze, ale jednak tak ze 2 – 3 miesiące żeby się trzymał: “NIE POTRZEBUJĘ BUTÓW”. To najlepiej henną, prawda?