O OBOWIĄZKOWYM JESIENNYM WIRUSIE

Cieszyłam się bardzo, że udało się w tym roku nie przywieźć żadnego wirusa z Wysp Kanaryjskich, tylko dobry humor, ser kozio – owczy i lekką opaleniznę.

No to się nacieszyłam. Aaaaahahahahhahah. HA.

Jak nie stąd, to skąd inąd – N. przywiózł wirusa z Niemiec. Najpierw przez dwa dni miałam w gardle żyletkę, wczoraj po południu żyletka mi przeszła i bardzo się ucieszyłam.

Na wyrost. Ponieważ ta żyletka wlazła mi głębiej i prawie całkiem przestałam mówić, za to zaczęłam kaszleć. A głowa zamieniła mi się w wiadro z cementem oraz bolą mnie gnaty. No żesz kurwa mać, że tak sobie pozwolę podsumować moją aktualną sytuację. 

Czytam Elizabeth Strout „To, o czym nie mówimy” – bardzo lubię jej książki, chociaż przeczytałam kiedyś recenzję, że ona ciągle pisze o nieszczęśliwych ludziach. A są ludzie szczęśliwi od pierwszego do ostatniego dnia swojego życia? Właśnie to u niej lubię, że na pierwszy rzut oka jednakowi ludzie noszą w sobie swoje historie, jak zdrapki – jak się usunie zewnętrzną warstwę, to dopiero widać, co jest w środku. Chociaż oczywiście życie to nie literatura i pełno jest zwykłych drani, którzy są dokładnie tak obrzydliwi, jak się wydają (patrz politycy). A może majaczę z niedotlenienia, bo znowu miałam atak kaszlu. Mangusta patrzy na mnie zdegustowana, bo zakłócam jej drzemkę poobiednią.

N. był w aptece i w pierwszym okienku powiedzieli mu, że nie ma malinowego fervexu, tylko cytrynowy. Dopiero pani aptekarka z drugiego okienka zawołała go konspiracyjnie i przyniosła mu malinowy spod lady. Warto mieć chody w aptece! Ten malinowy jest pyszny. 

Przyszedł facet od pieca; ciekawe, co by sobie pomyślał, gdybym go poszła zapytać o historię jego życia. Opowiadałby kumplom na piwie, że w jednym domu natknął się na wariatkę, czy może ucieszyłby się, że jego życie kogoś obchodzi? Hm.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*