No dobrze, nareszcie jest ciepło. Nareszcie Mangusta wychodzi na taras, a ja się na nią nie drę, żeby natychmiast wracała, bo zamarzniemy – tylko wychodzę razem z nią i z herbatą. Ponieważ oczywiście muszę się o coś martwić, to teraz martwię się o suszę. I o pożary lasów. Ale martwię się na tarasie i w klapkach, a nie w futrzanych kapciach – zawsze to coś.
Co do majówki, to całą majówkę zdominowała nurogęś. Jak mi N. przeczytał nagłówek „Nurogęś pożarta przez wielką rybę”, to myślałam, że znowu jakiś nagłówek z Faktu czy Super Expressu, w stylu „Nie mogę spać, bo trzymam kredens”, ewentualnie „Żaby mu powiedziały, żeby przestał pić”. A później się okazało, że to wiadomość numer jeden na wszystkich poważnych portalach, w dodatku zostało dziesięć osieroconych nurogąsiątek. To jest skandal i dramat, żeby w Łazienkach Królewskich miały miejsce takie sceny – co to w ogóle za ryba? Rekinów raczej u nas nie ma, a ryby polskie słodkowodne oscylują w granicach siedmiu centymetrów (wiem, bo mój mąż i jego koledzy łowią na wędkę, więc widziałam). No – takie ryby nurogęsi raczej nie zjedzą, musiałyby się rzucić stadem, i to dobrze zorganizowanym.
Kilka wolnych dni spędziliśmy w Borach Tucholskich w domku znajomego i pierwsza noc była zaprawdę pamiętna – byliśmy chyba (a nawet chyba na pewno) pierwszymi mieszkańcami w tym sezonie i dom był TAK POTWORNIE WYZIĘBIONY, że musieliśmy włożyć na siebie wszystkie ubrania naraz i na zmianę staliśmy pod nadmuchem, z którego leciało ciepłe powietrze. I zaśmiewaliśmy się do łez, jak N. włożył różowe wino do lodówki. Spoko – za dwa dni się przydało, ale tej pierwszej nocy było to histerycznie zabawne, bo w lodówce chyba było NAJCIEPLEJ w całej chałupie.
Pojechaliśmy na wycieczkę do Lubiany, gdzie standardowo z moimi koleżankami dostałyśmy zapalenia mózgu, buszując w outlecie z porcelaną (poznałam nowy termin gastronomiczny – „rawierka”), a następnie do Kościerzyny, gdzie było bardzo ładnie. Ale chyba jeszcze ładniej było w Chojnicach – piękny rynek, obowiązkowe zdjęcie z turem, moja koleżanka mierzyła biustonosze półtorej godziny, mój mąż dostawał gorączki, bo jest niecierpliwy, a Mangusta była misgenderowana – ludzie na jej widok mówili „O, JAKI ŚLICZNY!”. Zebra mówi, żebym jej kupiła różową obróżkę z brylantami. A ja jak zwykle wstąpiłam do butiku na uliczce prowadzącej do Bramy Człuchowskiej – tam są fajne rzeczy, a przede wszystkim – niesamowicie dynamiczna pani właścicielka. Tym razem prawie od razu przy wejściu ubrała mnie w szmizjerkę, na którą sama bym nie zwróciła uwagi, a okazała się dla mnie STWORZONA – i krojem, i kolorystycznie. No to przecież nie mogłam jej tam zostawić. N. w tym czasie zakupił na pchlim targu kufle malowane w kaszubskie wzory (wiedziałam, że nie powinnam go była spuszczać z oka).
Wróciłam do pracy a tu – KSEF działa! Doprawdy, byłam pod wrażeniem.
Za to znowu jacyś tegoroczni maturzyści wnieśli telefony na egzamin i wrzucili zdjęcia arkuszy do sieci. Jakie to szczęście, że za moich czasów nie było telefonów komórkowych i nie musiałam przez jednego z drugim idiotę powtarzać egzaminu.
To teraz niech popada. Sucho jest straszliwie.
Dziękuję niniejszym za polecenie książki “Mężowie” ! Myslalam, że teatralna ja polecała, ale ona się nie przyznaje, i skierowała mnie do ciebie 🙂
Ksiazka uratowała mnie od śmierci z nudów w poczekalni szpitalnej. Okazało się, że tam nie ma internetu, a w dokumentach zapisamych znakazlam pdf Mężowie.
Nie śmiałam się na głos, bo nie wypadało 😀
Pozdrawiam😘
serio? Kurcze, dla mnie to było takie nudne i powtarzalne 🙁
chyba nie istnieje taka rzecz, którą by wszyscy lubili 😛 mamy przecież różne gusta, c’nie
nurogęsiątka zostały już zdaje się zaadoptowane, na szczęście.
Swoją drogą- wszystkie gazety piszą o tym, a o odstrzelonych dzikach cisza… [i kaczkach zjedzonych na obiad :x]
O rawierce pierwsze słyszę, a szmizjerkę znam z autobiografii Chmielewskiej 🙂
Ja guglałam z kolei szmizjerkę. Dotąd zetknęłam się z tą nazwą w “Klaudynie” i sądziłam, że to rodzaj dopasowanego bezrękawnika. Nie wiem czemu.
Dokładnie, myślałam na 100%, że to jakiś rodzaj kamizelki 😉
Musiałam wygooglać co to ta rawierka i okazało się, ze mam ze dwie w domu, tylko nazywałam je półmiskami. A teraz to już nie wypada.. Już widzę oczy członków mojej rodziny jak wołam: przynieś mi tę większą rawierkę ze spiżarni 😉
Sum. One bywają duże do 2 metrów i czasem tak robią niestety. W mojej okolicy zeżarł taki kaczkę.
No wlasnie ja sie tez zastanawialam co to za ryba? Szczupak? Sum? Bo wszak nie poczciw mulasty karp, ktorych jak wiadomo w Lazienkach zatrzesienie…
Deszcz jest konieczny, poszlism polazic ktoregos razu na Kepe Wieloryb, to w gardle drapalo od pylu… No i jak dawno nie syszalam slowa “szmizjerka”!