O PSIEJ DIECIE

Poziom naładowania mojej baterii energią życiową wynosi aktualnie zero (0). 

Niby ma się ocieplić na kilka dni, ale później znowu wracają mrozy. Proszę, zabijmy kogoś rytualnie, bo to się NIGDY NIE SKOŃCZY. Dostaję nerwowych tików na widok rachunku za gaz w skrzynce. Oraz – nigdy nie myślałam, że to powiem – mróz nie jest najgorszy, bo można się opatulić, najgorsza jest ślizgawica; nawet chwilowe odgarnięcie czy posypanie niczego nie załatwia, bo co chwilę pada jakieś marznące gówno albo się rozpuszcza i zamarza w nocy i cały czas jest LODOWISKO, od pierwszego stycznia!

Dla odmiany w Hiszpanii strasznie leje, jak dzwoni nasz przyjaciel z Galicji, to za każdym razem ma jakąś mrożącą w żyłach opowieść („A pamiętacie takie miasteczko koło Malagi? No to musieli wszystkich mieszkańców ewakuować, bo woda domy podmyła”). I że zamiast z psem to wychodzą na spacer z ośmiornicą. 

Tymczasem w domu mam inną zabawę pod tytułem Tadeusz Niejadeusz (brzmi wytworniej, niż Tadek Niejadek). Mangusta jest bardzo specyficzna, jeśli chodzi o jedzenie. Po pierwsze – musi jeść trzy razy dziennie, małe porcje, inaczej rzyga kwasem na żółto. No dobrze, są takie egzemplarze. Na śniadanie ma śniadaniowe chrupki, ale z obiadem i kolacją muszę kombinować, bo ta zmora NIE BĘDZIE JADŁA dwa dni pod rząd tego samego. 

I to jest masakra, kupujemy najmniejsze (czyli najdroższe) puszki i saszetki, żeby się nie marnowało, bo dziś wciąga i się oblizuje, a jutro na widok miski będzie szła tyłem (serio, włącza wsteczny i chowa się pod stół i święty Boże nie pomoże – nie ma „zostaw, będzie głodna to zje”. Nie zje. Będzie głodna, to się zrzyga kwasem – ale nie zje).

W dodatku nie jest pewne, że jeśli raz zjadła jakąś puszkę i jej smakowało, to będzie chciała ją zjeść ponownie. Wiemy już, że królika nie, jagnięcinę czasem, kawałki mięska w sosie NIGDY – ma być konsystencja paszteciku albo musu. I ja tu wróżę świetną przyszłość mojej fryzjerce, albowiem niedługo już osiwieję CAŁKIEM, bo mam zabawę z wymyślaniem menu lepszą niż w jadalni pierwszej klasy na Titanicu. 

NO CHYBA, że z ludzkiego talerza od pańcia! Wtedy zeżre wszystko – włącznie z chrzanem, cytryną i kiszonym ogórkiem.

Czasem myślę, że to tak zwana kara boska za cyrk z jedzeniem, który urządzałam mojej matce, jak byłam dzieckiem. Jednak karma wraca – w tym wypadku psia karma. 

No i tak. Na zewnątrz mróz, w robocie KSeF, a w domu pokarmowo wybiórcza Mangusta.

„Peanatema” się rozkręciła i już niedługo ją skończę, na zakładkę podczytuję biografię Poświatowskiej. Trzeba poświęcać czas na czytanie głębokie, bo inaczej mózg nam głupieje i mamy epidemię popcornowych mózgów. Co widać i słychać coraz wyraźniej.

19 odpowiedzi na “O PSIEJ DIECIE”

    • Phi! Długo bym go nie musiała namawiać, on i tak uważa, że psie puszki pachną ładniej niż ludzka mielonka. A jak niektóre otwiera, to mi podtyka z komentarzem, że o jaki śliczny kurczaczek z warzywkami, chętnie by zjadł.

  1. Też mam takiego niejadka, ale u niego to przez chorobę. Cuduję, na rzęsach staję: przez chwilę jest dobrze, a zaraz znowu trzeba szukać czegoś nowego. Gotuję mu.
    Także ten… współczuję, znam ten ból. My jemy cokolwiek, a wokół pieseczków trzeba skakać.

    • Znam to z czasów Szczypuni, która miała stan zapalny jelit i mogła jeść tylko gastrointestinal, i to nie każdy. Odkryłam wtedy puszki z domieszką białka z robaków i okazały się strzałem w dziesiątkę.

  2. No jak to, przecież już od dawna wiadomo, że szlachetnie urodzonym to tylko zadnią cielęcinę należy przygotowywać! Może być mus, u Ćwierciakiewiczowej powinnaś znaleźć przepis.

  3. Ewidentnie wychodzi na to, że problemem nie jest menu a kwestia zastawy stołowej. W sumie zrozumiałe. Ma jeść z miski? Mangusta?
    Jak zwierzę???
    Oburzające.

    • Miała miskę z Bolesławca. Nie chciała z niej jeść za nic na świecie (może za pstrokata).
      No dobrze, to się już przyznam – czasem pierwsze kąski trzeba jej dać z miski łyżeczką. Później już sama zjada.

      • Bolesławiec to ludowe wzory, arystokracja (psia też) je z jasnej zastawy, cienkiej porcelany, tylko Rosenthal moim zdaniem 😉

    • Owszem – rzuca się na wołowinkę z rosołku! I rzyga po niej.
      Podejrzewam, że przez któreś warzywo (pewnie por albo seler).
      Musiałabym gotować osobno, z samą marchewką.

      • Ale to nie że rosół dla ludzi, a psu wołowina zeń, o nie! Kupujesz polędwicę/ zrazówkę, gotujesz we wodzie z ewentualnie marchewką w małym rondelku dla psa. Rozdrabniasz mięsko podlewasz bulionem, nakładasz na porcelanę – et voila. Ewentualnie można zamienić na pierś indyczą

      • Oczywiscie, ze to przez pora! Por tak jak i czosnek czy cebula są toksyczne dla piesełów. I nie ważne czy surowy czy gotowany. Ja wiem, że wiele osob powie, a “mój zjadł i nic mu nie jest”, ale to naprawdę jest trucizna i na dłuższą metę może zwierzakowi uszkodzić wątrobę. I jak najbardziej może powodować wymioty.

Skomentuj Kaja Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*