O POMARAŃCZACH I MORSKIEJ POKRZYWIE

No to wróciłam z fantastycznego wyjazdu do Andaluzji, przy samej granicy z Portugalią, i nie ma w domu wody od rana. No chyba mnie coś strzeli, mam ze trzy pralki do przerobienia. Tak więc dobry humor i powyjazdowa euforia nie miały okazji rozwinąć skrzydeł, biedactwa (a tak się cieszyłam, że mi się aguardiente w walizce nie rozlało, musieliśmy zabrać galicyjski bimber bo dostaliśmy w prezencie, jest to wyjątkowe świństwo i na dodatek w ciężkiej butelce).

Przez dwa dni była piękna pogoda, słońce, ciepło, więc wieczorami głównie spierdzielaliśmy przed komarami – tamta okolica to głównie bagna i rozlewiska, bardzo piękne, no ale MILIARDY komarów. Na wieczornym winie tłukliśmy się nawzajem po twarzach, głowach i kostkach, a później spierdzielaliśmy do domu, a za nami chmura, ale to CHMURA komarów – jak w komiksach. Nie było łatwo biec, bo chałupę mieliśmy wynajętą w NAJWYŻSZYM punkcie miasta. Serio, wyżej był już tylko kościół – piękna dzielnica starych, andaluzyjskich domków, a w drzwiach prawie każdego domu – senora co nas bacznie obserwowała. Takiego monitoringu to nawet u nas nie ma, przysięgam. Cały czas sterczały – jak przyjeżdżaliśmy, wyjeżdżaliśmy, wychodziliśmy na spacer, ze śmieciami… Nie wiem, jakim cudem, ale były w drzwiach ZAWSZE (i takie casual, zawsze się przywitały, zagadały, ale założę się, że teraz przez miesiąc będą nam tyłki rąbać, że za dużo butelek wyrzucaliśmy).

W związku z komarami jest tam też mnóstwo jaskółek i jaskółczych gniazd. Jakie one są śliczne i kochane! No chyba że się drą o wschodzie słońca, kiedy poszliśmy spać o drugiej w nocy. No ale jaskółka ma swoje prawa, bo jest pożyteczna, a my nie za bardzo.

Po dwóch dniach już było normalnie, znaczy wiatr z północy i ulewa. Czyli jak zwykle. 

Jeździliśmy sobie do Portugalii do miasteczek w Algarve i się zakochałam w dorszu a bras. W kółko zamawiałam tego dorsza, który zwykle jest najtańszy w karcie i jak prawie każde danie prostej kuchni z resztek – przepyszny. Fajne szerokie plaże, po których bym chętnie pospacerowała, no ale WIAŁO. Więc chodziliśmy po mercados i N. kupował konserwy rybne i ser, a nasz przyjaciel z Galicji kupił półtora kilo surowej gamba blanca i nam ugotował na kolację, bo w restauracji byśmy przepłacili, a na dodatek by nam podali niedobrą. Poza tym kazali mi jeść malutkie małże, które na targu pluły wodą na człowieka, oraz krokiety z morskiej pokrzywy. Pycha. Ale bacalhau a bras ukradł moje zgniłe serce.

A bo w ogóle to wyprawa się zaczęła fantastycznie, bo jakoś w połowie drogi leciał prosto na nas drugi samolot i dopiero przed samym zderzeniem zszedł trochę niżej i przeleciał pod nami. Bardzo emocjonujące widowisko to było, a N. tak się wczuł, że wylał na mnie czerwone wino (na mnie, na torbę, na tenisówki, wysiadałam jak żuł pijak) (którym łudzę się, że jeszcze nie jestem tak całkiem).

Rozpogodziło się dopiero ostatniego dnia, poszliśmy na pożegnalny spacer, usiedliśmy w knajpie i przyszedł nam przygrywać Andaluz z gitarą. Po kilku numerach instrumentalnych zaczął śpiewać „Besame mucho”, a NAPRAWDĘ nie powinien (kompletnie nie umiał śpiewać, a na dodatek nie znał słów), ale i tak było  klimatycznie. 

I wszędzie na drzewach wisiały pomarańcze. A u nas? Najwyżej kleszcze (na drzewach, w rządzie, wszędzie).

To teraz deszcz i zimnica i ani jednej morskiej pokrzywy, żeby mi nie było za dobrze. 

4 Replies to “O POMARAŃCZACH I MORSKIEJ POKRZYWIE”

  1. No właśnie, ja tu będę lobbować za częstszymi wpisami, jako to drzewiej bywało. Coś o tym samolocie na wprost 🙂 więcej też by się zdało… I rekomendacje serialowo-czytelnicze. I buty, no właśnie, dawno nie było butów!

  2. wspaniale – kocham Portugalie to jest kraj the best – oczywiscie tam wciaz chodzi sie pod gore, nawet jak schodzisz z gory to tez sie wdrapujesz:)) sa cud miejsca gdzie sie je pysznosci to sa male tawerny gdzie wchodza tylko miejscowi – dla turystow pewnie zbyt obskurne:))) no i widze ze przestala cie bolec szyja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*