O PSIM PRZEDSZKOLU

Dziś o piątej rano obudziło mnie lizanie w łokieć. Psie przedszkole zbliża się do końca – było bardzo… różnorodnie. Chwilami z rozczuleniem myślałam „Ojej, jakie one są fajne, koniecznie muszę mieć więcej psów, chociaż ze trzy!” – żeby za kwadrans googlować „kantoński przepis na duszonego psa na skwierczącym półmisku”.

Ze wszystkich psich zabawek najlepiej sprawdził się szczur z IKEA, poczciwina. Szczypawka go chowa, Mufka szuka, znajduje i wynosi do ogródka na trawnik, a następnie ja latam po krzakach i przynoszę go z powrotem do domu. Czyli za dziesięć złotych polskich trzy suki mają ubaw po pachy, tylko biedny szczur stracił z tego wszystkiego ucho – Mufka dostanie kapelutek i pójdzie żebrać na dworzec, żeby szczura odkupić!

Z Mufką jest śmiesznie, bo jeszcze nie rozumiem do końca, co ona do mnie mówi (ze Szczypawką rozmawiam zdaniami złożonymi). Mówię jej na przykład, że jest bardzo miła i ma takie mądre oczy – na co ona patrzy się na mnie tymi swoimi mądrymi oczami, patrzy, patrzy… po czym idzie żreć ziemię z doniczki.

A i tak wolę lizanie w łokieć od piątej rano niż maile i polecone w sprawie split payment. Przysięgam, że jeszcze jedno SPLIT PAYMENT dzisiaj i zerzygam się holistycznie na dokumenty księgowe oraz raport roczny, zaparafowany na każdej stronie. Holistycznie, horyzontalnie oraz panoramicznie. Bo kurwa ILE MOŻNA.

 

O TYM, ŻE CUDA SIĘ CZASEM ZDARZAJĄ

Cud się stał – do kina poszłam!

Na swoją obronę powiem tylko, że to nasze małe lokalne kino. W sumie na sali było osiem osób, żadnych reklam przed filmem (ani jednej!) i nikt nic nie żarł – bo głównym powodem mojego niechodzenia do kina są odgłosy (ciamkanie, chrzęszczenie) i zapachy (smród popcornu i przypalonego pseudosera). Jakoś NAGLE cała ludzkość zamieniła się w niemowlęta, które teraz natychmiast umrą jeśli nie będą przez dziesięć minut czegoś przeżuwać albo siorbać, a w niektórych miejscach jest to bardziej denerwujące niż w innych. No ale wracając do naszych baranów.

No więc Sandra Buldog zrobiła coś BARDZO DZIWNEGO ze swoją kichawą – koleżanki powiedziały, że wygląda jak ś.p. Michael Jackson, może użyła takiego samego implantu jak on. Po co ktoś sobie dosztukowuje nos? Przecież miała całkiem w porządku. No ale to Hollywood, które rządzi się swoimi prawami, niezrozumiałymi dla szaraczków. Z całego filmu („Ocean’s 8”) najbardziej podobała mi się Helenka Bonham – Carter, która jak zwykle była sobą; uwielbiam ją za to, że cały czas chodzi nieuczesana (prywatnie i na planie filmu za miliony dolców) i wygląda bosko. Film? Zdecydowanie  w stylu diabeł u Prady (nawet Anna Wintour przemknęła) – co sobie dziewczyny pochodziły w ładnych kieckach, to ich. Bo intryga kryminalna…  bicz, pliz.

Ciąg dalszy wieczoru – wolne wnioski: ten cały tak zwany brafitting to jakiś spisek sadystek (albo wspólna impreza sadystek i masochistek, bo jednak sporo pań nosi staniki typu baleron – wrzynające się w ciało na dziesięć centymetrów).

No i czytam „Będzie bolało” – nie powiem, zaśmiałam się na głos nie raz i nie dwa, ale nadal medycznym numerem jeden pozostają perełki z „Ostrego dyżuru”.

– Doktorze Greene, jaki był pana najciekawszy przypadek?

– Niech pomyślę… Miałem raz pacjenta z żywą żabą w tyłku.

Czego wszystkim Państwu życzę.

 

PS. Przed kinem stał NAMIOT MODLITEWNY, ale za późno przyszłam i już zwijali. A można się było ULECZYĆ z niespokojnych myśli, cholerka!…

 

O TYM, ŻE OCZEKUJĘ NA OCIEPLENIE

– Ale co to znaczy „diluvio”? Coś z deszczem, bo luvio i widzę zalane ulice – ulewa? Powódź?

– Henryk Sienkiewicz, „Diluvio”.

Nauka słówek odbyła się z powodu filmiku, jaki dostaliśmy od naszych znajomych z Galicji – cała La Coruna w sobotę po pas w wodzie po przejściu ulewy. Nie tylko my mamy słaby początek lata (co mnie nie pociesza wcale). A w Santander jest bar Diluvio, a w nim takie kanapeczki, że ach!…

A teraz czekam, aż się ociepli, a na razie tak:

(Myślałam, że już przerobiłam większość dostępnej literatury na temat Heńka VIII, aż tu nagle odkryłam Hilary Mantel. Hoł, hoł, hoł!).

PS. Nie mogę wynieść pudełka do piwnicy, albowiem nie mamy piwnicy, oraz nie mamy strychu (no, taki zakamarek pod szpicem dachu, ale to nie są warunki nawet dla średniej wielkości ducha). Nawet mnie to ostatnio nurtowało i zapytałam N., co będzie jak zwariuję (a już niewiele mi brakuje) – co wtedy ze mną zrobi? A on na to, że przywiąże mnie do drzewa. No proszę, jaki on kreatywny. Skończę jak Jose Arcadio Buendia (ale halo, w Macondo nie mieli zimy!…)

 

O ZAGADNIENIACH ZWIĄZANYCH Z ARCHIWIZACJĄ

A dziś dla odmiany spałam (SPAŁAM?) na samym brzegu łóżka wąskim jak kurza grzęda, bo tyle miejsca mi zostawiły kochane włochate dziewczynki. Przy czym gdyby któraś się przez sen rozkosznie przeciągnęła i wyprostowała łapki, to bym spadła na pysk (a raczej na parkiet, raczej twardy). Na dodatek w nocy chyba był najazd UFO i pobieranie próbek ziemskiej flory i fauny (albo ochotnicze służby terytorialne grały w podchody i zabłądziły srodze), bo okoliczne psy darły się jak opętane, więc gdybym miała więcej łóżka do dyspozycji, to też bym nie spała. No to skończyłam sobie „Koniec śmierci” – ta trylogia najlepsze SF jakie miałam w ręku od baaaardzo dawna i każdy tom trzyma poziom. Zakończenie troszkę, odrobinkę mi przypomina „Limes Inferior”, ale może to z niewyspania.

Natomiast wyspana czy nie, muszę coś zrobić z domowym systemem przechowywania akt, czyli moim pudełkiem na papiery. Kiedyś miałam do tego celu wazon, taki wielki, ceramiczny, z Bolesławca, do którego wrzucałam zapłacone rachunki. Ale ponieważ było to niepoważne, przełożyłam je do pudełka i tak to działa od 10 lat i się sprawdza (może dlatego się sprawdza, że nigdy nie musiałam żadnego rachunku ODNALEŹĆ, ale to już inna sprawa). W każdym razie, pudełko się od jakiegoś czasu zaczyna wybrzuszać jak puszka ze szwedzkim zgniłym śledziem i mam plan, żeby wyjąć i wyrzucić przynajmniej część papierów od spodu, no bo komu jest potrzebna informacja o naszym zużyciu wody w 2011 roku w czerwcu? Z drugiej strony, znając złośliwość rzeczy martwych oraz naszego obecnego rządu (jak najbardziej żywego), nie mam żadnej pewności, że tydzień po tym jak je wyrzucę nie wpadnie do mnie o 5 rano brygada antyterrorystyczna, nie rzuci mnie na podłogę i stojąc mi buciorami na kości gnykowej nie zażąda rachunku za telefon z marca 2004, bo obecnie w naszym kraju takie sytuacje mają dość wysoki poziom prawdopodobieństwa.

No więc sama nie wiem.

Za to bardzo mnie zbudowała historia flaminga, który w 2005 roku uciekł z ZOO w Kansas i zupełnie niedawno odnalazł się w Teksasie – cały, zdrowy i zadowolony z siebie. Szkoda, że nie okazało się że w międzyczasie kandydował do Kongresu i wygrał albo wszedł do rady nadzorczej Wallmartu, bo w Ameryce przecież wszystko jest możliwe.

To prawda, że od jutra znowu zimno? DO DUPY TO LATO.

 

O TYM, ŻE ZŁO ROŚNIE WE MNIE Z KAŻDYM DNIEM

NIC dziś w nocy nie spaliśmy. Od wczoraj mamy pod opieką psa mojej ciotki, czyli Mufkę. Mufka jest urocza, szorstkowłosa, młoda, wesoła, skacze do góry jak kangur, trzy razy wyższa od Szczypawki, dookoła której biega i skacze, a tamtą to wkurwia i warczy. W łóżku musieliśmy ustalić strefy wpływu  jak w powojennym Berlinie, próbowałam spać zwinięta w precel (brak miejsca na nogi, wiadomo), a o drugiej w nocy Mufka zażyczyła sobie spacerek. Jak już zeszłyśmy na dół, to się rozmyśliła. Później się kręciła i wzdychała, no a o czwartej pobudka, bo N. w delegację.

I tak teraz przez dwa tygodnie. SUPER. Ja jestem bardzo nieodporna na brak snu i obawiam się, że skończy się morderstwem.

Najprawdopodobniej morderstwem robotnika budowlanego – dziury i wykopy za płotem coraz większe; nawet nie to, że nie widać końca robót, ale jakiegoś SENSU czy kierunku – jak to finalnie ma wyglądać. Cały weekend siedziałam i obmyślałam klątwy, jakie powinny nawiedzić pomysłodawców, projektantów i decydentów odpowiedzialnych za tę ruinę, nikomu niepotrzebną (liszaj, łuszczyca, uwiąd starczy, impotencja, stopa cukrzycowa, gangrena genitaliów, nicienie w oczach, odpadające paznokcie u stóp i tym podobne) (zaznaczam, że trzymają się mnie jeszcze resztki człowieczeństwa, bo nie życzyłam np. sepsy, pląsawicy Huntingtona ani raka trzustki). W sumie to któregoś z nich powinnam zamordować (przeciąć łopatą na pół i przyglądać się jak próbuje sobie wepchnąć flaki z powrotem do środka w przedśmiertnych drgawkach), a nie robotników, którzy są tylko opłacanymi sługami Cthulhu.

Na naszych kochanych piłkarzy (których też jakoś nie lubię) nie trzeba było zsyłać klątw, sami sobie świetnie poradzili. Moim zdaniem mieli świeżo zrobione pedicure i próbowali grać nie używając stóp, żeby im lakier nie odprysnął, bo to później słabo wygląda na zdjęciach na Instagramie i WAGS się zdenerwują. PATAŁACHY.

No więc jestem zła, niewyspana, zimno mi i zjadłabym wiadro frytek. Tak, wiadro frytek o piątej rano.

PS. Aha, oczywiście Szczypawka jest na mnie ciężko obrażona i się nie odzywa.

 

 

O TYM, ŻE JAK NA RAZIE LATO NIE WPRAWIŁO MNIE W ZACHWYT

 

Po pierwsze, od wczoraj nie mamy prądu, bo wiało. Tak z kwadrans wiało i nic specjalnie nie zniszczyło, ale prąd na wszelki wypadek wyłączyli od razu, no bo w końcu co. Rano jak wyjeżdżaliśmy do biura, prądu nie było nadal i doprawdy mam dreszcze z ciekawości, co zastaniemy po powrocie (zwłaszcza w okolicy zamrażalnika, jego mać).

Po drugie, coraz intensywniej zastanawia mnie ta budowa za płotem. W domyśle to ma być rondo. Na razie jest powierzchnia Marsa i bardzo punktualni robotnicy, którzy zaczynają napierdalać o siódmej rano i kończą w okolicach osiemnastej, z przerwą na lancz. Ten lancz później poniewiera się dookoła koparek, które stoją na noc przy naszym ogrodzeniu (widocznie wyglądamy na uczciwych ludzi, takich co nie ukradną koparki – HA, HA, żeby się nie zdziwili któregoś dnia!). N. się pewnego poranka nieco wkurwił, pozbierał lancz (z napisami KASZTELAN, PERŁA oraz inne) i ustawił z niego piramidę na koparce, a po południu jeszcze dołączył z serca płynący gospodarski opierdol. Pomogło, od tamtej pory resztki lanczu zabierają ze sobą.

Ale do czego zmierzam. Otóż ja jakoś nie dostrzegam efektów tej pracowitości. Na moje laickie oko od ładnego miesiąca rozryty obszar wygląda tak samo, nie ma żadnego przyrostu robót, żadnej delty. Od rana do wieczora panowie z dużym zaangażowaniem bawią się piaskiem i fajnymi maszynami. Może to w ogóle nie jest firma budowlana, tylko awangardowy plac zabaw dla (mocno) starszych dzieci – zamiast na ryby, chodzą się zrelaksować ryciem koparką w piachu i jeszcze za to płacą! A gmina ma przychód (a mieszkańcy – hałas, kurz i wertepy, ale kto by się mieszkańcami przejmował).

No więc jeśli chodzi o hasło UŚMIECHNIJ SIĘ DO ŚWIATA A ŚWIAT UŚMIECHNIE SIĘ DO CIEBIE – to chwilowo nie mogę, bo mi się zęby zakurzą. Wkurwiona jestem i już.

A w USA wraca dżuma. Wspaniały początek lata.

 

O OGRODNICTWIE WYCZYNOWYM

Dziura w trawniku miała swój ciąg dalszy. Nagle zrobiło się ich więcej, w różnych miejscach, a pomiędzy – podziemne korytarze, ale dość płytko, więc cały trawnik zyskał gąbczastą strukturę. I jak  po nim chodziłam, to lekko się zapadałam i miałam wrażenie, że jak w kreskówce Warner Bros – za chwilę coś mnie wciągnie za nogę pod ziemię. Jakiś suseł albo agent KGB.

Następnie mieliśmy nieprzespaną noc – Szczypawka co pół godziny życzyła sobie wyjść i sprawdzić rozwój wydarzeń na trawniku. I tak do czwartej rano.

A następnego dnia złapała krecika. Takiego malutkiego. Przydybała go w kącie i zanim się N. zorientował, to już z nim w pysku robiła rundę honorową dookoła chałupy, żeby wszystkie psy sąsiadów WIDZIAŁY. Na szczęście dała go sobie odebrać (na oko nieuszkodzony, tylko opluty) i został wyniesiony do lasu. Z daleka od Szczypawki oraz od buldożerów (które ostatnio zaczynają napierdalać o 7 rano).

A jak mówię, żeby całe podwórko zalać asfaltem i będzie spokój, to nie. TRAWNIKA SIĘ ZACHCIEWA.

Aha, jak już N. wyniósł kreta, to następnie udziabała go osa, gdyż zaczął wycinać dżunglę amazońską, jaką urządziło w tym roku pnące winogrono. Każda gałązka rośnie jakiś metr dziennie i zaczęliśmy się bać, że za moment przewróci płot albo wlezie do sypialni oknem dachowym i nas udusi wąsem i wyciągnie, żebyśmy mu służyli za nawóz. No w każdym razie zaczęło się robić trochę jak w „Cieplarni” Aldissa i N przystąpił do ofensywy. Jakieś sto razy prosiłam go – załóż rękawiczki, ale przecież to by było takie NIEMĘSKIE się żony posłuchać.

Przez ten cholerny Mundial jakiś zastój w internetach, nic ciekawego mi w oko nie wpada ostatnio. No, może historia o kolesiu, który zrobił dla swoich przyjaciół tacos ze swojej amputowanej stopy. Nigdy nie byłam specjalną fanką kuchni meksykańskiej.

PS. A nie, jeszcze przeczytałam artykuł o tym, do czego mogą się przydać te małe saszetki z kuleczkami silikonu. Już kiedyś o tym czytałam – że one są bardzo przydatne i żeby ich nie wyrzucać. No i od tamtej pory nie wyrzucam, tylko trzymam w kredensie w dzbanku, mam już prawie pełny dzbanek tylko zapomniałam, do czego one się w zasadzie przydają. Ale nie wyrzucam! No to sobie odświeżyłam tę wiedzę (można nimi odparować zaparowane szyby – jak? Ciskając garściami kuleczek w szybę?…).

O JAMNIKACH NADAL, BO TO WDZIĘCZNY TEMAT

N. przywiózł tym razem z Japonii wspaniałą herbatę… o smaku konia. Co prawda nigdy nie piłam naparu z końskich jabłuszek, ale dokładnie taki aromat miałam w gardle i w nosie. Zadbana końska stajnia (wiadomo że zadbana, w końcu z Japonii). Chyba jednak pozostanę przy moim plebejskim Dilmahu, a ten rarytas odłożę dla gości.

A powodzenie w interesach może przyjść z niespodziewanej strony.

– No i siedzimy na kolacji z ich głównym szefem – opowiada mi – i on w pewnym momencie wyjmuje telefon i mówi „A to moja najbliższa rodzina”. I pokazuje mi zdjęcie żony i pięciu jamników! No to już wtedy wiedziałem, że raczej się dogadamy.

Nasza najbliższa rodzina (w liczbie sztuk jeden i uważam, że to skandalicznie mało!) od kilku dni znika na całe godziny i pilnuje podejrzanej dziury w trawniku. Jak nic nornica albo jakieś nowe narzędzia kontroli skarbowej, bo skąd nagle dziura na środku trawnika?

Robiłam ostatnio porządek w poczcie i naszło mnie na przeglądanie spamu. A tam – kup odkurzacz, kup ubezpieczenie, kup nowe konto z planem emerytalnym, zadbaj o zdrowie swojego pęcherza…  I ani jednego maila o np. powiększaniu penisa! Już wiecie co – kiedyś dostawałam ciekawszy spam.

 

O TYM, ŻE ŚWIAT JEST PORĄBANY, A JAMNIKI TO JUŻ W OGÓLE

Czasem się wydarza coś takiego, że natychmiast wszystko się człowiekowi przewartościowuje. Zwłaszcza problemy, przed chwilą bardzo ważne życiowe, okazują się być tak naprawdę malutkie, zasraniutkie i do pozamiatania, jak zdechła mucha. Jakby się spojrzało na życie przez lornetkę z drugiej strony.

Niby wszystko się dzieje po coś, ale ja nie wiem. Pewnie za głupia jestem żeby zrozumieć.

Niech ten pancio już wraca, bo ostatnie cztery noce mam wyjęte z życia, a to ponieważ pieseczek życzy sobie na spacerek jakieś trzy razy każdej nocy. Częściowo miała sraczkę, a częściowo – po prostu chciała wyjść i popatrzeć w nocne niebo. Z tęsknoty za panciem, a może zwyczajnie interesuje się astronomią. Jamniki mają dużo zainteresowań, od szczegółowej anatomii kotów poczynając, więc czemu nie astronomia.

A na dodatek coś mnie w nocy użarło. Musiało być głodne – jak N. jest, to jego komary gryzą, a ja mam spokój, więc ten musiał być zdesperowany. Albo lubi sobie łyknąć kwasu.