Mieliśmy małe parten gardy z hamburgerami N. w roli głównej, ale przygody zaczęły się już wcześniej – moje koleżanki powiedziały, że nie przyjdą, jeśli w łazience na dole nie będzie wisiała firanka.
Tłumaczę im, że po pierwsze, od sąsiada nic nie widać, a latem zwłaszcza, bo pomiędzy domami jest porośnięte zieleniną liściastą. Po drugie, dlaczego one sobie wyobrażają, że chłopina nie ma nic lepszego do roboty, tylko wisieć w oknie przez cały wieczór, bo a nuż zobaczy ich goły tyłek? I to przez chwilę i bynajmniej nie w erotycznych okolicznościach. Ale one nie i nie, ma być firanka. No i musiałam wieszać firankę, własnoręcznie udźganą szydełkiem, żeby nie było – i to z niejakimi przygodami i o mały włos morderstwem, bo N. wysłany do Józka po patyczek do firanki wrócił z ROLETĄ (naprawdę miałam go ochotę przynajmniej lekko poddusić).
A, no i jeszcze kupiłam w Biedronce bardzo ładną blachę do upieczenia bułeczek (koleżanka przyszła z gotowym ciastem, żeby nie było – ja nadal boję się zaczynać z drożdżami), dużą i płaską. I w kulminacyjnym momencie wsuwania do pieca uformowanych, wyrośniętych i wysmarowanych jajkiem bułeczek okazało się… że blacha jest ZA DUŻA.
Za szeroka o jakieś półtora centymetra. Może dwa i pół, nie więcej, ale to jakby WYSTARCZYŁO.
No ludzie, co za zwyrol sprzedaje za szerokie blachy, które się nie mieszczą w piekarniku? I dlaczego właściwie piekarniki nie mają standardowych wymiarów? Musiałyśmy przekładać bułeczki, co nie jest łatwe w przypadku wyrośniętego drożdżowca, a ja zostałam z tą niewymiarową blachą. No cóż, będę miała bardzo ładną dużą TACĘ. Mogę jej także używać jako gongu, wzywającego na posiłki. I nie wiem do czego jeszcze. Do okładania po głowie włamywacza (lub męża, jak wysłany po patyczek wróci z roletą).
Jak zwykle hitem imprezy okazały się małe ziemniaczki gotowane w mundurkach na sposób kanaryjski. Ja tego naprawdę nie rozumiem, ale zawsze idą jak woda. Aha, i moje powidła śliwkowe, co miały być do sera, a w efekcie były do WSZYSTKIEGO, z hamburgerem włącznie. Bardzo byłam wzruszona.
A jedna koleżanka akurat wróciła z Nowego Jorku, gdzie miała różne przygody, w tym zepsuła światło na całym Manhattanie i chciała nielegalnie przewozić sadzonki w walizce, i w związku z jej opowieściami miałyśmy dyskusję, czego zazdrościmy drag queen. Ja im zazdroszczę, że umieją robić takie niesamowite makijaże i pięknie chodzić na obcasach (i jakie mają nogi!).
A później przyszła burza, na którą się zanosiło przez cały dzień. Lunęło akurat, jak goście czekali na taksówkę, oczywiście. A najgorsze, że nikt się nie upił i nawet nie miałam kaca następnego dnia – naprawdę świat się kończy. Co oczywiście oznacza, że impreza nieudana i do powtórki.
O, Netflix rzucił nowy sezon „Orange is a new black” – ostatni. No to zobaczymy, co tam u dziewczyn.
PS. Aha, i kajam się z tym filmem o zakonnicach – po pierwsze, jest na motywach „Dekameronu”, po drugie, gra tam Kate Micucci, którą uwielbiam, i w obsadzie jest kilka osób z SNL. Czyli super, tylko ktoś zrobił denny opis. Jednak algorytmy miały rację. Trochę to PRZERAŻAJĄCE.
