W Wigilię przemówiła Szczypawka (dość ostrym tonem!).
Ja oczywiście usłyszałam, ze powiedziała „MAMO”.
Zebra stwierdziła, że jestem głupia głucha sowa, bo Szczypawka powiedziała „MAŁO” (faktycznie, miało to więcej sensu, bo akurat było w trakcie degustacji potraw wigilijnych, konkretnie – końcówki od pierogów chyba były grane).
N. powiedział, że tylko on rozumie psa, my jesteśmy głupie, a Szczypawka powiedziała „MASŁO”, co następnie udowodnił empirycznie (zjadła chyba z pół kostki).
Jestem wielkim worem wypchanym świątecznym jedzeniem. Żebra mi trzeszczą.
Przeczytałam „Listy na wyczerpanym papierze” i przeraża mnie w tej książce jedno. Przypisy. Jeśli współczesnemu czytelnikowi trzeba dać przypis, co to jest negliż oraz kim są Krzysztof Komeda i Sławomir Mrożek, to ten świat nie zmierza w dobrym kierunku.
Pada białe gówno, a jutro do Madrytu! N. będzie pracować, a ja – włóczyć się po knajpach… To jest – oczywiście, chciałam powiedzieć, że wybieram się do Thyssena, naturalnie.
(Ciekawe, kto nas spakuje, bo ja się nie mogę zgiąć w pasie, tzn. w JAKIM PASIE?… Kiedyś miałam pas, mój Boże!…).