Staram się omijać wiadomości bieżące, bo jedyne na co mam ochotę po zerknięciu na portale informacyjne to wsadzenie głowy do piecyka, który niestety mam elektryczny. Więc nawet na efekt Sylvii Plath nie ma szansy. Więc powstrzymuje się przed czytaniem, jak tylko mogę, ale czasem jakiś nagłówek napadnie moje oczy i w ten sposób dowiedziałam się, że Julia Wieniawa chodzi po domu w niebieskim bikini.
W listopadzie? Tylko pogratulować. Ja na przykład chodzę w dresach i flaneli, a ostatnio jednego dnia trzy razy wyłączyli prąd, dwa razy na kilkadziesiąt sekund, a raz na dłużej, i piec sfiksował. I dwa dni przywracaliśmy go do przytomności (znaczy N.), a i tak jeszcze histeryzuje, np. wrzuca komunikat o niskim ciśnieniu. Ja na przykład mam wysokie, jak na to wszystko muszę patrzeć – najpierw każą nam się przestawiać na czyste źródła energii, a później odłączają prąd. Miałam ogromną ochotę napalić w kominku moimi kaloszami, na szczęście nie mogłam ich znaleźć. W dodatku elektrowni by to w niczym nie zaszkodziło (a właściwie dystrybucji, bo co elektrownia ma do tego).
W konkursie na młodzieżowe słowo roku było „Spoko Maroko”, ale ostatecznie nie weszło do finałowej dziesiątki. Szkoda – chociaż spoko Maroko było przestarzałe i obciachowe już za moich czasów, no chyba, że to w ramach tak zwanego slangu dziaderskiego. Pozostałe nie są takie wdzięczne. A jedna moja koleżanka upiera się, że to ona wymyśliła brokuła.
Wyroiły się w ostatnich dniach polskie seriale medyczne – od razu kilka naraz. Moje koleżanki oglądają, a ja jednak wolę science fiction, które się dzieje w kosmosie, a nie w szpitalu, bo z rzeczywistością te seriale mają tyle wspólnego, co ja ze sportem wyczynowym. Dopóki każdy odcinek nie będzie się zaczynał od niegrzecznej baby w recepcji, która drze się na człowieka i robi wszystko, żeby go spławić, a później ten pacjent czeka osiem godzin na korytarzu bez krzeseł, to żadnego polskiego serialu o lekarzach nie zamierzam oglądać. Koniec, kropka, antylopka.