O PIĘKNYCH BUTELKACH I MARTWYM ROBAKU

Jak się nie ociepli, to zwariuję. A na razie – z tego, co mi podpowiada prognoza pogody – się nie ociepli. A zatem.

Tydzień był w sumie okropny, bo zmarł nasz sąsiad – N. zawsze powtarzał, że anioł stróż całej okolicy. Co prawda miał 92 lata, ale dla młodego człowieka wiek nie jest jakimś wyznacznikiem. Naprawdę uroczy człowiek, wszyscy w okolicy go lubili, a jak przeklinał pod nosem! To znaczy – jemu się wydawało, że pod nosem, bo już był nieco głuchy, więc jak wychodziłam z Mangustą na toaletę, to niejednokrotnie miałam okazję posłuchać pięknych wiązanek, dochodzących zza płota. 

No i znowu trzeba było iść na pogrzeb; ostatnio mam wrażenie, że najczęściej ze wszystkiego bywam na pogrzebach.

W dodatku w tygodniu, tak dla rozruszania synaps, kliknęłam na ulubione forum, a tam zagadnienie „Poszłybyście na grób wroga?”. Interesujące. Wysyłam koleżankom w celu wymiany poglądów, a jedna pyta – „Zatańczyć?”. Co to, to nie – boli mnie kręgosłup i wszystkie stawy. Ergo – powinnam pić kolagen (niestety, podobno ten pitny działa lepiej, niż tabletki, a w płynie jest wstrętny, chociaż niby smakowy). Tylko żeby pić regularnie, to trzeba pamiętać, a ja zapominam brać tabletek wspomagających pamięć. No i tak to się kręci.

W weekend byliśmy z wizytą w pracowni malarza pejzażysty. Wszystko przez to, że N. wylicytował pejzaż na WOŚP, a wizyta w pracowni była included. Ponieważ niezbyt tak z pustymi rękoma, to zabrał jako gościniec wino z Moraw, bo tam wszyscy robią wino i mają swoje piwnice (czyli bodegi). Bardzo lubię Czechy, ale akurat wino wychodzi im takie… no, do gotowania gulaszu, powiedziałabym. No ale malarz to wino dostał, oprowadził nas po pracowni, powyciągał z zakamarków pejzaże miejskie (chociaż mnie się najbardziej podobały trzciny na tle jeziora). No i po południu nastąpiły SMS-owe uprzejmości, podziękowania za wizytę, na co odpowiedział „Dziękuję za wino – piękne butelki”.

Śmiałam się z godzinę. Bardzo to było miłe i dyplomatyczne z jego strony – wino co prawda raczej do czyszczenia pędzli, ale przynajmniej PIĘKNE BUTELKI.

Znalazłam (właściwie – samo się znalazło, bo rolka mi się wyświetliła) ćwiczenie na ból pleców i wzmocnienie mięśni brzucha – czyli akurat dla mnie (wydaję odgłosy zranionego niedźwiedzia, jak mam się schylić, zwłaszcza rano). Ćwiczenie nazywa się przepięknie – „martwy robak” – leży się na plecach z ugiętymi kończynami i prostuje na zmianę przeciwległą nogę i rękę. N. podchwycił temat i co pół godziny mnie pyta, czy już robiłam martwego robaka. No i jednego popołudnia mu powiedziałam, że OWSZEM – dwie godziny robiłam martwego robaka na kanapie pod kocem. Ale takiego CAŁKIEM martwego, co już niczym nie rusza. Bo już mnie zdenerwował. Na aktywność fizyczną to ja muszę mieć NASTRÓJ, a nie tak, że się mnie popędza (nawet na aktywność typu martwy robak).

Dobra wiadomość jest taka, że ten biedny wieloryb, który utknął na mieliźnie w Bałtyku, podobno dał radę się uwolnić i wypłynął na głębsze morze. Bardzo mu kibicowałam.

A druga dobra wiadomość jest taka, że pierwszego maja Netflix wrzuca „30 Rock”! Już się nie mogę doczekać. 

Jedna odpowiedź na “O PIĘKNYCH BUTELKACH I MARTWYM ROBAKU”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*