O WAZONIE

Nareszcie pada deszcz i chyba glizdy wyszły się przewietrzyć, bo szpaczki i inne wróbelcy zasuwają po trawniku jak małe welociraptory. A ja poszłam po paczkę i zmokłam jak kurą w płot.

W związku z tym, że nie dzieje się nic miłego ani pozytywnego, to kupiłam (czarny ciągnik) wazon. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i chyba ponad rok się namyślałam, aż w końcu doszłam do wniosku, że skoro jest tak do dupy, to nie ma co dłużej czekać. I tak się pojawił w moim życiu.

I teraz siedzę i się na niego patrzę. Chyba bazie do niego wtrynię, chociaż taki pusty też jest śliczny. Jak kolonia boczniaków z kosmosu (podsumowanie mojej koleżanki). A mnie się kojarzy z harmoniami u Vonneguta. 

N. zapytał parę dni temu, czy Roxi Węgiel i Viki Gabor to jest jedna osoba, czy dwie różne. A ja tak do końca nie wiem, co mu odpowiedzieć. 

O PSIE I ŚNIEŻYCY

(Nie wiem dlaczego zniknęło archiwum, udało mi się je znaleźć, ale nie umiem sformatować, żeby były lata i się rozwijały do miesięcy, więc wyszedł tasiemiec, na szczęście nieuzbrojony).

Wpadłam na oczywisty wniosek, dlaczego ludzie do mnie gadają: bo jestem z psem. Jak człowiek jest z psem, to nagle znikają bariery i ograniczenia komunikacyjno – kulturowe i staje się publicznie dostępny ze względu na posiadanie psa. Na przykład, przed sklepem rybnym w Świnoujściu jeden pan opowiedział mi połowę swojego życia, bo też miał jamnika (i jak wyjechał na wczasy, to mu go teściowa spasła). Jakby była dłuższa kolejka w sklepie, to pewnie by mi opowiedział całe. Ale czasem temat rozmowy wcale nie dotyczy psa – na przykład, niemiecka para podeszła z mapą i pytała się o punkt informacyjny. Po pierwsze, nie rozumiem i nie mowię po niemiecku, po drugie – nie jestem zbyt dobra w mapach, ale ich to w ogóle nie zraziło. W kilku językach i po kilku obrotach mapy wyszło nam, że źle skręcili w Albuquerque.

Muszę coś z tym zrobić, kurde faja – popracować nad bitch face albo coś. Zbyt przystępnie wyglądam, tymczasem jestem ASPOŁECZNA, a tu mnie wszyscy bez krępacji dodają do listy kontaktów na środku ulicy bez ostrzeżenia.

A Szczypawka po ostatniej sanacji zgrzyta zębem; byliśmy na kontroli i pan doktor zalecił obserwację – nie ma stanu zapalnego, więc nie wiemy, czy ją coś boli, czy po prostu zgrzyta w wolnej chwili. Ja się oczywiście martwię, że boli – bo nie chce jeść z miski, tylko każe mi się karmić ręką.

– A to akurat u jamnika o niczym nie świadczy – poinformował mnie pan doktor. – Oprócz tego, że ma ochotę być karmiony z ręki.

Od ładnych kilku dni czytam „Śnieżycę” (nie odczepię się od tego Stephensona) – bardzo mi się podoba (Metawersum!), ale mam takie rozedrganie wewnętrzne, bo to jest cyberpunk – ale zupełnie inaczej opisany, niż u Gibsona. A ja się przyzwyczaiłam do gibsonowskiego języka i aparatu pojęciowego i trzeba się trochę przestawić. A właśnie, a propos przestawić – ciekawa jestem, jak tam odbiór społeczny nowego tłumaczenia „Ani z Zielonego Wzgórza”, która została „Anią z Zielonych Szczytów”. Nie wiem – czytać czy sobie darować, bo wierność oryginałowi to jedno, a sentyment sentymentem. Chociaż przy „Alicji w Krainie Czarów” podoba mi się i przekład Słomczyńskiego, i Stillera.

W międzyczasie oczywiście zaliczam dziennie po kilka ataków paniki oraz tradycyjnie mąż mnie pyta, czy mogłabym nieco przestać tak kląć od samego rana, od razu po przebudzeniu. NIestety – w obecnej sytuacji geopolitycznej jestem kurwa zmuszona jego prośbę potraktować odmownie.

O DIUNIE, KRANIE I SPACERZE

(Jak w najbliższej przyszłości jeszcze jedna osoba wyląduje w szpitalu, to naprawdę, naprawdę pójdę do lasu, położę się, posmaruję dżemem jagodowym i niech mnie niedźwiedzie jedzą – bo mi się margines bezpieczeństwa skończył).

Ze stresu ludzie robią różne rzeczy – to wiem. Ale N. wczoraj wieczorem przyniósł sobie wagę kuchenną i ważył na niej kołowrotki wędkarskie. Nie wiem jak to zaklasyfikować (a jak mam problemy z przyporządkowaniem czegoś do jakiejś kategorii, to się robię nieswoja).

A poza tym co? Kran nad zlewem się urwał. Nawet mnie to nie zdziwiło. I niby wiosna, ptaszki się wydzierają erotycznie, a w nocy taki mróz, że boję się prymulki na tarasie postawić, żeby nie zamarzły (moja ciotka twierdzi, że bardzo podrożały sadzonki kwiatów na naszym ryneczku).

Wczoraj poszłyśmy na spacer ze Szczypawką, bo pogoda ładna. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jak wyjdę z domu (a staram się jak najrzadziej), to mam ludzkie interakcje nie ze swojej inicjatywy, oczywiście. A to pani z rowerem mnie zapyta, kiedy jest osiemnasty, a to pan z SUV-a, gdzie tu jest Okrężna (nie mam pojęcia). Muszę wyglądać na taką, co WIE (czyżby czarownica?). No i wczoraj tez, oczywiście, zagadnął nas starszy pan, kiedy Szczypawka wąchała się z psami z jego ogródka (to znaczy – ona wąchała, a tamte się darły).

– A wie pani, skąd mam tego? – pokazał na małego beżowego terierka, w typie większego jorka. – Przed Bożym Narodzeniem ktoś go wyrzucił. Stał przed bramą, trząsł się z zimna i piszczał. A jak go zabrałem do domu, to pierwsze co zrobił, to poszedł do kuchni i przyniósł w zębach miseczkę, taki głodny był.

No i prawie się popłakałam i zgodziliśmy się z panem, że ludzie to najgorsze kurwy (no… nie tymi słowami, jednak staram się utrzymywać pozory na zewnątrz). Może ja trochę przesadzam, na przykład od kilku lat do nas do domu wchodzi się garażem, bo Szczypawka ma w drzwiach wejściowych swoje posłanko i wygląda na ogródek i ulicę – mówimy, że jest u siebie w internecie; więc nie używamy drzwi, żeby jej nie przeszkadzać. Ale nie pojmuję, jak można wyrzucić małą, kudłatą, mądrą istotkę z domu, jak śmieć – i to przed Bożym Narodzeniem. Albo uderzyć psa (bo człowieka OWSZEM – prałabym po pyskach co poniektórych, aż by wióry szły i zęby leciały). 

Oraz wreszcie obejrzałam „Diunę”. No dobrze, lepsza od starej wersji (ale też musieliby się ciężko napracować, żeby była GORSZA – z całym szacunkiem dla Lyncha, którego przecież uwielbiam). I tak:

– ważki im wyszły wspaniale, i dryfujące lampy;

– jednak co do Momoa w roli Duncana Idaho nie jestem przekonana, nawet kiedy się ogolił; w ogóle wszyscy faceci noszą brody i wyglądają jednakowo i to jest mylące;

– Liet – Kynes baba? – no niech będzie;

– za mało o mentatach, mentaci są bardzo ważni dla historii, a tu prawie nic o nich i ich roli;

– ja wiem, że w książce też jest sporo mistycyzmu i w ogóle, ale chwilami niepotrzebny patos, IMHO;

– natomiast Jessica? Jessica była PIĘKNA. Piękna i ponętna. A tutaj to jest chodząca nerwica, w dodatku zagłodzona. Najbardziej na nie. 

I dlaczego w ogóle jeszcze nie było Nawigatorów? 

Jak się skończy wojna, to może obejrzę jeszcze raz, bo wszystko do mnie dociera jakoś tak połową mózgu, bo druga jest zajęta martwieniem się. I czasem panikowaniem, chociaż staram się nie. Ale nie zawsze się udaje.

O TYM, ŻE W ZASADZIE TO NIE WIEM

Pierwszy raz w życiu ciasto bananowe mi nie wyszło. Zakalec się zrobił. Przez Ruskich! Zawsze się udawało, po prostu zawsze, a teraz wyszła ciężka klucha. Zjadłam, no bo co. Jak jest wojna, to się nie grymasi.

Czytałam wypowiedź analityka giełdowego, który twierdzi, że rynek gra na koniec wojny i przesunięcie źródeł zaopatrzenia w surowce energetyczne. Koleżanka mnie wyśmiała, bo u niej w pracy przyszła sprzątaczka i obwieściła każdemu, kto chciał słuchać (i tym co nie chcieli), że Putin puści atom do końca tygodnia, najdalej w piątek. Przedwczoraj był piątek, ale może chodziło jej o następny. Muszę koleżankę poprosić, żeby dopytała.

Ja mam taką sinusoidę, że niby działam normalnie i nagle się zawieszam i jakbym oglądała swoje życie z zewnątrz (z refleksją „co ja kurwa robię? jaki to w ogóle ma sens?”). Przez większość czasu mam poczucie jakiegoś… odrealnienia. A w tym całym chaosie komunikacyjno – organizacyjnym fejsbuk poczęstował mnie reklamami „Rozpalmy ten płomień na nowo” i zaraz pod tym „Jak się pozbyć plam starczych”. Tu się zawiesiłam dość konkretnie, chociaż koleżanka mówi, żeby zmienić kolejność i wtedy to ma trochę więcej sensu. A raczej nadal nie ma sensu, ale mniej.

Zrobiłam sobie małą przerwę w Stephensonach i czytam „Czeskiego astronautę”. Książka niestety zaczyna się dość realistycznym i szczegółowym opisem świniobicia – NAPRAWDĘ nie było mi to potrzebne w obecnej sytuacji, więc przekartkowałam do przodu i dalej już jest nieco lepiej, choć nadal bardzo… czesko.

Co robić, żeby nie myśleć w kółko o rozszarpywaniu Putina na kawałeczki (lub naszej krajowej pisiorskiej kleptokracji)? Mogliby w zwartym szyku udać się tam, gdzie rosyjski okręt wojenny i nie zawracać zwykłym ludziom dupy. Mam nadzieję, że wyrobią się przed wiosną.

O TYM, ŻE JEDNAK WOJNA

Nie sądziłam – a raczej miałam nadzieję – że za mojego życia rozpęta się wojna. To znaczy, cały czas jest na świecie jakaś wojna, gdzieś. Kluczowe jest GDZIEŚ, bo ta konkretna jest zaraz za rogiem. I – jak to świetnie ujął Ziemowit Szczerek – w takim samym świecie, jak nasz. U sąsiadów, którzy tydzień temu wyprowadzali psy na spacer, gotowali gołąbki i podlewali kwiatki, a teraz siedzą nocami w tunelach metra, bo jednemu wściekłemu psychopacie zachciało się podpalić świat.

Rozterki egzystencjalne zeszły zatem na dalszy plan i świat się wyostrzył i nabrał kolorów. Nie wiem jak u Państwa, ale ja jestem świetnym przykładem na to, że nasz system nerwowy ukształtował się, kiedy nasi przodkowie siedzieli w jaskiniach i chowali się przed tygrysem szablastozębnym, a do ich krwi pompowany był kortyzol. Jak tygrys nie kłapie paszczą i kortyzol przestaje płynąć, to mózg z nudów dostaje pierdolca i lęgną mu się kiełbie, czyli wymyśla problemy zastępcze (np. jestem gruba, a moje życie nie ma sensu – no nie ma, i co?). 

Wszystko się dynamicznie zmienia z godziny na godzinę, na przykład – czy ktoś pamięta rozterki sprzed tygodnia, czy piłkarze mogą jechać do Rosji rozegrać mecz, no bo przecież sport to nie polityka? WSZYSTKO to polityka (zwłaszcza w tak skorumpowanej dyscyplinie, jak piłka nożna) i po kilku dniach już nikt nie ma wątpliwości. Teraz już nawet zawracają statki z bananami, płynące do Rosji, a w sieci można znaleźć mapy z naniesionymi posiadłościami oligarchów (do skonfiskowania) i jachtami (jeden na Majorce już utopiony). Ciekawe, czy Ruskie nadal paradują po Marbelli cali w wuttonach i zajmują od razu po trzy stoliki w knajpach (widziałam jak parka usiadła przy jednym stoliku, na drugim wylądowała torebka pani, a na krześle przy trzecim – nogi pana, który się rozwalił na półleżąco i darł po rosyjsku do telefonu). 

A właśnie, nasz przyjaciel z Hiszpanii dzwoni co drugi dzień, czy już uciekamy – do niego oczywiście. I że ma świeżo złowione kalmary. Uwielbiam go (i kalmary w jego wykonaniu), ale wolałabym pojechać w odwiedziny z innego powodu, niż ucieczka przed wojną, kurde.

Czytam „DODO” Stephensona (fajne, bardzo odstresowujące), a koleżanka znalazła podobno świetny czeski film na Netflixie i poleca. O czterech facetach w średnim wieku. Muszę obejrzeć, czterech Czechów z kryzysem wieku średniego to musi być petarda. 

Skończył się miesiąc spowiedzi do GUS-u – trochę będzie mi brakowało rozliczania N. ze wszystkich wydatków, a i tak ostatniego dnia musiał, po prostu MUSIAŁ kupić siekierę. Nie wiem, jakie wnioski GUS z tego wyciągnie – oby jak najgorsze dla obecnego rządu. Hej.

O KŁAPOUCHYM I Z CZEGO SIĘ NALEŻY CIESZYĆ

Dzień dobry, cześć i czołem! Zgadnijcie, kto nie miał prądu trzy dni?

Otóż JA (i sąsiedzi oczywiście też). Najpierw wcale, a później jedną fazę, akurat żeby podłączyć piec i lodówkę, czyli wrażliwe urządzenia, które MUSZĄ mieć prąd. Jako że jestem mniej wrażliwe urządzenie i prąd w pierwszej kolejności mi nie przysługuje, to siedziałam wkurwiona i robiłam szalik na drutach (bez przesady oczywiście – rząd prawymi, rząd lewymi). Jak w końcu włączyli, to musiałam połowę spruć, bo zgubiłam ze dwadzieścia oczek. W pracy też siedziałam wkurwiona, bo przyszły rozliczenia mediów za półrocze. I tak to.

W tym oto nastroju będąc, dzwoni do mnie ciotka i pyta co słychać. Mówię jej, że jestem już taka wkurwiona tym wszystkim – wiatrem, prądem, polityką –  i bezsilna, i sponiewierana, że chwilami to mi łzy zaczynają lecieć, zupełnie same. Na co moja ciotka:

– To się ciesz!

No więc myślałam, że nie dosłyszała i powtarzam jej, że ŁZY! MI LECĄ! Z tego wkurwienia! HALO! A ona – że mam się cieszyć. No to pytam – ALE Z CZEGO? A ona:

– Że masz DROŻNE KANALIKI ŁZOWE! Wiesz, jakie to nieszczęście jak się zatkają? Albo WYSCHNĄ? Suche oko to jest coś okropnego.

No i przyznam, że mnie rozśmieszyła. Swoją drogą, chyba musiała u lekarza dostać jakieś nowe dobre proszki, bo nie przypominam sobie, żeby taka Pollyanna z niej była, raczej wprost przeciwnie. Muszę zapytać, co tak dobrze na człowieka działa.

(A teraz mam prąd i jak go wykorzystuję? Czytam o morderstwach na Reddicie.)

A w ogóle to zaraz będzie wojna z Ruskimi i o prądzie i gazie będziemy mogli tylko pomarzyć i poczytać w pamiętnikach. 

Tak, jestem Kłapouchym, a w drugiej połowie lutego jestem Kłapouchym podwójnie. Ale przynajmniej mam działające kanaliki łzowe.

O IBUPROMIE

Przez te zmiany pogody zjadłam cały ibuprom i musiałam kupić nową paczkę. I teraz GUS na pewno pomyśli, że jestem lekomanką. 

Wczoraj odwaliłam jedno z corocznych zadań, na myśl o których skóra mi cierpnie i zaczyna pełzać po ciele; między innymi wrzucanie sprawozdań do KRS-u tak na mnie działa oraz roczna deklaracja DN-1. No i właśnie wczoraj wypełniłam to cholerne DN-1 i co? I NIC. Nie, żebym oczekiwała telegramu z gratulacjami od Królowej Elżbiety – ona ma już swoje lata, poza tym ostatnio była przeziębiona, biedulka… Ale przynajmniej Camilla mogłaby coś skrobnąć. W związku z powyższym nagrodziłam się sama i zeżarłam pół słoika czatneja mango z chipsami. Świetny pomysł – tylko tak dalej, a za tydzień nie zmieszczę się już w ŻADNE spodnie (tym bardziej, że prawie w ogóle się nie ruszam, ale JAK się ruszać w taką pogodę, gdzie i po co?).

Poza tym głownie się martwię, czyli w zasadzie robię to, co umiem najlepiej. Zwłaszcza w obliczu kolejnych alertów RCB o wichurach (to przez te wichury zabrakło mi ibupromu).

Dajcie spokój z tą matką i córką w Częstochowie. I jeszcze psina do tego. W środku dnia, w środku miasta! I okazało się prawdą, że najczęściej mordercą jest ktoś znajomy. Coś okropnego; potwierdza się moja opinia na temat tak zwanych DZIAŁEK, które są wylęgarnią patologii i siedliskiem śliskich typów z zaburzeniami. Czasem świat to ohydne, ohydne miejsce.

A „7ew” trochę się rozlazła w drugiej części, niestety.

Chyba zjem resztę tego czatneja.

O DZIWNYM LUTYM

No, siostry. Nieźle mnie załatwiłyście tym Stephensonem! Jestem w 1/3 „7ew” i zamówiłam dwie następne. Czyli mam co robić przez jakiś czas i bardzo dobrze, bo nie mam ochoty wychodzić spod stołu. To przynajmniej sobie tam posiedzę z dobrą lekturą. Później wiadomo, że przez całą noc mam sny o kataklizmach i kolejnych końcach świata, co i tak jest lepsze od wiadomości bieżących, które przeczytam rano (lub od kolejnych niusów z księgowości, kurwa mać).

Co poza tym – sprzątnęłam psie kupy z ogródka; zebrałam jakieś tysiąc siedemset osiemdziesiąt pięć sztuk i co? I WESZŁAM w tysiąc siedemset osiemdziesiątą szóstą! W dodatku NAJWIĘKSZĄ. I jeśli to przysłowie o wchodzeniu w gówno i pieniądzach miałoby się spełnić, to od jutra powinnam być bogatsza od Bezosa, kurde faja. 

Wiatr mnie wykończy. W ogródku sterczą smutne kikuty drzew, połamanych przez ostatnie wichury; w całej naszej wsi tak jest – a u tych, co nie mieli szczęścia, to te kikuty nie sterczą, tylko leżą na dachach i codziennie słychać piły łańcuchowe. Jeśli jest jakiś dźwięk, którego nienawidzę do samej głębi duszy, to cholerna piła łańcuchowa wgryzająca się w drzewo – a teraz w całej okolicy te kurwy koncertują od rana do wieczora, w sumie dobrze, że muszę jeździć do biura, bo mam ochotę wybiec i przegryźć tętnice piłującym strażakom (chociaż piłują głównie to co i tak się przewróciło). 

A żeby już było CAŁKIEM śmiesznie, to GUS mnie wylosował do prowadzenia książeczki budżetu gospodarstwa domowego! Więc po pierwsze, czuję wielką odpowiedzialność przed całym społeczeństwem, bo mam bezpośredni wpływ na wskaźniki. Po drugie – to wcale nie takie łatwe, zwłaszcza jeśli trzeba pilnować męża i jego idiotycznych zakupów (Przelotka przez okno do anteny internetowej? Co to jest? A ile zapłaciłeś? PRAWDĘ MI MÓW, ILE!). Po trzecie – przez cały czas mam z tyłu głowy, że nie mogę sobie nakupić głupot jak zwykle, bo GUS PATRZY i CO ONI SOBIE POMYŚLĄ. A po czwarte – oczywiście mam ogromną ochotę kupić coś maksymalnie idiotycznego, żeby było śmiesznie. I zrozumiałam co to znaczy, że obserwator wpływa na przebieg eksperymentu („Idź i dokup trzy kilo marchwi, bo mam za mało warzyw wpisane!”).

A tak w ogóle to przez cały czas mam wrażenie, że zaraz oszaleję. Albo coś. Może od tego wiatru.

O OKROPNYM STYCZNIU

Drogi Pamiętniku, po tym tornado, co nam prąd włączyli po czterech dniach (i to na początku tylko dwie fazy), to mieliśmy pogrzeb. W najbliższej rodzinie N. Po prostu koszmar. I od razu po pogrzebie, żebyśmy się nie nudzili – kolejna wichura, która ZNOWU zerwała druty i prądu nie było, ale już tylko dwa dni. I znowu hałas i smród generatora i przedłużacze o które można się zabić, i gotowanie wody na herbatę w łazience, bo tylko tam działa gniazdko.

Podsumowując – po tym styczniu czuję się jak kojot Willy (ten od Strusia Pędziwiatra) (który nb. nie jest żadnym strusiem), na którego spadło kowadło z napisem ACME.

Troszkę, ociupinkę mi się kąciki ust podniosły, jak przeczytałam o aferze w Ordo Iuris. Niewiele, ale zawsze coś. Jak podłym ludziom przytrafiają się niemiłe rzeczy, to świat odrobinkę wraca do ekwilibrium.

No i jeszcze obejrzenie na odtrutkę „Humanity” Ricky’ego Gervais to też był dobry pomysł – chociaż nie wiem, czy tak do końca podnoszący na duchu („Czy zdajecie sobie sprawę z tego, jak głupia jest przeciętna osoba? Widzieliście te napisy „DO NOT DRINK” na butelkach z wybielaczem?”). Bardzo mi się podoba, jak Ricky przeklina i jak się wścieka na ludzi, którzy nie widzą problemu w tym, że ktoś kradnie, torturuje ludzi albo zwierzęta, niszczy środowisko, rozwala cały kraj dla własnego widzimisię, nie – problem jest wtedy, kiedy ktoś użyje BRZYDKIEGO SŁOWA mówiąc o tym. Japierdolę, uwielbiam takich zakłamanych skurwysynów 🙂

„Cryptonomicon” mi się kończy, zostało raptem kilkanaście karteczek (miałam skończyć wczoraj, ale usnęłam jak pies, bo cały dzień bolała mnie głowa). Niesamowita książka, muszę pogłębić znajomość z autorem. 

Nawet nie mam siły się cieszyć, że styczeń się już skończył.

O CZYMŚ ZUPEŁNIE INNYM, NIŻ MIAŁO BYĆ

Miałam się rozpływać z zachwytu, bo WRESZCIE wróciliśmy do Hiszpanii (Alicante – bo najbliżej). I po dwóch latach. DWÓCH LATACH przywitał mnie zapach rozgrzanej oliwy i prawie się popłakałam ze szczęścia, i siedziałam w słońcu na promenadzie i piłam różowe wino, a jedna pani szła po plaży w bikini TYŁEM (całą plażę tak przeszła) (tak – była narąbana, a w Alicante dużo bezdomnych). I jadłam najlepsze bakłażany z miodem, cienkie i chrupiące jak wafelek. TYMCZASEM…

W poniedziałek w El Corte Ingles stoję sobie nikomu nie wadząc akurat na stoisku z gaciami. Oglądam rzeczone gacie, aż tu nagle zaczyna mi dzwonić telefon – co dziwne, do N. prawie w tym samym momencie też ktoś zadzwonił. Odbieram – a tam roztrzęsiony, spanikowany szwagier pyta, czy żyjemy i czy nic nam się nie stało i czy dom cały. HĘ?… Jak powiedział o co chodzi, to gacie mi z ręki wypadły.

Nie wiedział, że wyjechaliśmy sobie na trzy dni, tymczasem w poniedziałek rano przez naszą wieś przeszło regularne TORNADO. Łamało drzewa i wyrywało je z korzeniami, zrywało dachy i przewracało słupy energetyczne. A najlepsze, że trwało w sumie PIĘĆ MINUT i skosiło dwie trzecie wsi. Do N. zadzwonił kolega, z informacją o tych pozrywanych dachach i braku prądu. I o tym, że u nas się w zasadzie nic nie stało – tylko dwa drzewa wyrwane z korzeniami leżą na płocie, czyli TYLE CO NIC. Ludzie mają dachy do wymiany (albo nie mają dachów), przywalone drzewami samochody, rumowiska zamiast ogródka, więc te dwa drzewa to rzeczywiście jest NIC.

No więc wróciliśmy we wtorek do ciemnego, zimnego domu – paliliśmy w kominku, N. uruchomił generator, który hałasuje i śmierdzi, ale jednak człowiek ma to do siebie, że lubi się wykąpać w ciepłej wodzie. Do czytania w łóżku mam na szczęście taką lampkę na pałąku z klipsem, więc nie kurwiłam za bardzo, tylko czytałam „Cryptonomicon” (mój pierwszy zakup w nowym roku – absolutnie obezwładniająco wspaniała książka, dobrze że taka gruba, nie mogę się oderwać! Prawie mi internetu nie brakowało). Po trzech dobach włączyli nam dwie fazy – więc mam światło, ciepło, a nawet działa moja czarodziejska szafeczka, do której wkłada się brudne gary i wyjmuje czyste (pralka ani kuchenka nadal nie). 

I tak się zaczął ten nowy rok, co to już miało być TYLKO LEPIEJ. Tornadem. Po prostu TORNADEM. Matko Boska. Po prostu schowam się gdzieś pod kamieniem i przeczekam, OK?