W dniu, kiedy już przestaliśmy wierzyć w koniec zimy i właściwie w COKOLWIEK, N. dorwał tanie bilety do Alicante na trzy dni. I przez trzy dni chodziłam w słońcu, ubrana w normalny zestaw odzieży, a nie we WSZYSTKO plus puchowa kurtka. I byli ludzie na plaży (niektórzy nawet się kąpali, ale to chyba morsy albo jednak zboczeńcy). Kwitły kwiaty, rosły palmy, a ja poczułam się nareszcie jak człowiek wyprostowany i mogłam się napić schłodzonego różowego wina przy stoliku na ulicy. N. mierzył buty, a ja ładowałam baterie (no dobra – chciałam kupić super biustonosz w Tezenisie, ale nie było mojego rozmiaru).
Ale cały wyjazd zdominowało wydarzenie z dnia wylotu.
Wiadomo – tanie loty równa się nieludzka godzina, ale to naprawdę nie ma znaczenia i o 5.30 drzemałam w samolotowym fotelu, czekając na start. Cały samolot już gotowy, ale jeszcze czekamy. No i w końcu – wpada na pokład osoba męska, młoda, i informuje wszystkich:
– YOGI NIE LECI!
Aż ocknęłam się z drzemki, a młodzieniec z plecakiem nadal informuje cały samolot:
– Yogi nie leci, bo ma bagaż za duży! Przy bramce mu zmierzyli i się nie zmieścił. Nie może dopłacić, bo wszystko już zamknięte i zakończone. I Yogi zostaje i nie leci!!!
Zakończył przemówienie i usiadł. Jeszcze przez chwilę docierały do nas jakieś urywki konwersacji „Ale jak to za duży, przecież nas puścili”; „Ale tam nie mierzyli”; „Ale że co, że nie można dopłacić”, ale drzwi się zamknęły i samolot ruszył w drogę. A Yogi został.
I przez cały wyjazd wspominaliśmy Yogiego. Chodzimy po mercado i oglądamy piękne karczochy (sezon jest) i truskawki, po czym stwierdzamy „A Yogi sobie nie poogląda karczochów”. Spacerujemy nad morzem i jest pięknie i ciepło – „A Yogi nie zobaczył morza”. Pożeramy pyszne pomidory na obiad (słodkie!) – „A Yogi nie spróbuje takiego dobrego pomidora”. I tak przez cały czas. Nawet jak mnie N. pędził pod górę, żeby zwiedzić dzielnicę uroczych uliczek pod zamkiem Santa Barbara (o mało nie dostałam zawału, ledwo wlazłam pod górę) – to pomyślałam „A Yogi się nie musi wdrapywać!”.
Więc być może Yogi został w kraju ciałem, ale towarzyszył nam duchem. Przez cały czas. Pozdrawiam Yogiego.
Wróciliśmy, a tu słońce! Znaczy – przywiozłam pogodę. Mam nadzieję, że wszyscy są mi wdzięczni?…
Natomiast w domu cieknie pod zlewem. A szwagier powiedział, że on już nie ma siły i miał ochotę Mangustę zakneblować. Po prostu – dziewczyna ma swój głos i nie waha się go używać. Nawet pół sekundy się nie waha. No, ale pańcia już wróciła i może używać głosu w domu – tu nikomu nie przeszkadza.
A, i jeszcze N. powiedział mi piękny komplement – że uśmiecham się do zdjęcia jak byk przed atakiem. No – co ja mogę na to powiedzieć; nie lubię i nie umiem pozować do zdjęć, nigdy nie umiałam. Więc pewnie ma rację.
Nie wiadomo jak wyglądał, ani kim był.
A jednak niezapomniany.
Yogi
Zrobił mi wczoraj dzień a dzis weszłam specjalnie, aby podziekowac za Yogiego 🙂
Kocham Cię 😀 wierna fanka
Czuję wielką wdzięczność za dzisiejsze słońce, dzięki Ci, Barbarello!
Jak kiedyś ciekło nam pod zlewem, to uzyskaliśmy teleporadę od hydraulika, żeby wziąć pieniążek i spróbować nim przykręcić od góry śrubę, która trzyma to sitko w odpływie.
I rzeczywiście kręcąc pieniążkiem uszczelniliśmy całe to odpływowe ustrojstwo.
To była bardzo dobra teleporada:)