O TYM, ŻE Z KUCHNIĄ TRZEBA OSTROŻNIE

Ja wiem, że ludzie przez kwarantannę z nudów już nie wiedzą co wymyślić, ale N. chyba wczoraj przesadził. I to wcale nie lekko – oczywiście, trzeba na sprawę spojrzeć w odpowiednim kontekście. No więc było tak, że dostał od znajomego z południa Hiszpanii filmik. Jeden ze stu tysięcy promocyjnych filmików, akurat ten był o siedmiu cudach z Kadyksu – naturalnie, kulinarnych. Zaczynał się szynką, później była gamba blanca (która dla mnie jest trochę przerażająca, no ale podobno to przysmak), później jakiś kociołek babuni, na końcu grzanki. Potwierdzam, grzanki (torrijas) są przepyszne. I co mój światły internacjonalny mąż zrobił?

WYSŁAŁ TO SWOJEMU PRZYJACIELOWI Z GALICJI.

O ile zdążyłam poznać Hiszpanów, to jak kraj długi i szeroki, mają mnóstwo wspólnych tematów – na przykład, wszyscy Hiszpanie się zgodzą, że rząd w Madrycie to fiuty i złodzieje (zupełnie jak u nas, z tym, że nasi nie w Madrycie niestety, albo na szczęście). Zazwyczaj statystyczny Hiszpan nie cierpi Ameryki i straszliwie na USA pomstuje (to było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo u nas się Amerykę jednak wielbi). Natomiast jeśli chodzi o regiony i jedzenie… Na przykład: dosłownie kilka kilometrów od miejscowości gdzie mieszka nasz przyjaciel jest z kolei miasteczko – Arzua – które wypromowało swój ser (oba są w tej samej Galicji, nawet chyba w tej samej gminie, jakkolwiek się one nazywają). I on już NIE TKNIE TEGO SERA bo to są oszuści i w ogóle ten ser nie jest taki jak powinien i NIE MIEJSCOWY (trzy kilometry dalej). Każdą zieloną papryczkę do smażenia osobiście sprawdza pod ogonem, czy NA PEWNO jest z Padron i to od tej jednej wybranej baby z papryczkami, a do knajpy potrafi nie wejść, bo mają NIE TAKIE kieliszki do wina. 

I N. mu wysłał film o tym, że kulinarne cuda świata są w Kadyksie.

Nie wiem, czy miał chwilowe zaćmienie, czy po prostu lubi od czasu do czasu podrażnić tygrysa. W każdym razie w okolicach 22.00 telefon zaczął pikać jak wściekły, bo tamten widocznie wstał na wieczorne wino przed kolacją, obejrzał SMS-ik od przyjaciela I SIĘ ZACZĘŁO. Do północy dostaliśmy serię półgodzinnych filmów dokumentalnych o tym, że kuchnia Galicji jest NAJLEPSZA NA ŚWIECIE oraz kilka cierpkich uwag, że N. się jednak nie zna. Ja nie wiem co to teraz będzie, ale chyba N. musi mu wysłać na przeprosiny grającą kartkę i wódkę, a najlepiej całą skrzynkę. No jakoś to musi załagodzić, jeśli chcemy jeszcze kiedykolwiek tam pojechać – a bardzo chcemy, chociaż cholerna zaraza ma inne plany.

W temacie kulinariów i zagranicy – z kolei znajomy N. z Czech, właściwie to ze Śląska Czeskiego przywiózł w prezencie lokalny przysmak, takie jakby małe kaszaneczki. „U nas się na to mówi JELITA” – oznajmił. 

No co zrobić. Mówiłam, że kuchnia regionalna to drażliwy temat.

O TYM, CO BYM WOLAŁA

A ptaszki tak drą kopary, tak pitolą, jakby to już była wiosna! Nie mam dla nich dobrych wiadomości – zgodnie z prognozą, jeszcze im dupy zmarzną.

Ostatnio jakoś tak się dzieje, że najciekawsze artykuły czytam na Onecie. I tak, w okolicach weekendu przeczytałam o spaniu z psami. To akurat jest temat, który się dość często przewija – zalety i wady spania z psem, ale ten był napisany przez jakiegoś PSYCHOPATĘ. No bo oprócz zwykłego zestawu argumentów – no niby z psem ciepło, ale się wierci i może nas obudzić, może nabrudzić i tak dalej – autor pojechał taką teorią: jak pies będzie spał w innym pomieszczeniu, to się rano BARDZIEJ UCIESZY na nasz widok.

No dobrze, może nie jestem obiektywna – spanie z pięciokilowym (czyli co najmniej o 1 kg za grubym) jamniczkiem to co innego, niż z 80-kilowym dogiem czy owczarkiem kaukaskim. Ale jakoś argument o PORANNYM CIESZENIU SIĘ do mnie nie przemawia. No nie i już! My się ze Szczypawką i tak bardzo cieszymy na swój widok, chociaż zdecydowanie bardziej cieszy się ona na widok miski, którą widzi dwa razy dziennie.

A dziś rano, kiedy N. otwierał bramę i skrobał szybę w samochodzie, czytałam bardzo ciekawy tekst o zagładzie Pompejów. Otóż – fakt, że w mieście było tyle ofiar, spowodowane było paradoksalnie tym, że katastrofa nadeszła powoli i pozornie wyglądało to niegroźnie, przynajmniej na początku. Trochę trzęsła się ziemia, dymiła góra i z nieba leciał popiół i małe kuleczki pumeksu. Zamiast uciekać, ludzie siedzieli w domach, kąpali się i zastanawiali, co dalej. No a później to już było za późno.

Natomiast chwilowo mam taki wniosek, że zamiast czytać nawet najciekawsze artykuły wolałabym zwisać gdzieś ze stołka w tapas barze, nietrzeźwa od rana (no, powiedzmy od 10.30, żeby zachować resztki godności). Rok temu byliśmy ostatni raz w Madrycie – równiutko ROK właśnie minął, i od tamtej pory –wiadomo, co. Tęsknie jak głupia.

PS. Z cyklu co tam ciekawego w spamie – napisał do mnie agent FBI! Ale dlaczego po hiszpańsku?…

O ULUBIONYM DESERZE KRÓLOWEJ

Przeczytałam w internecie jak jedna pani miała koleżankę, która wyżerała jedzenie wszystkim w akademiku, bo twierdziła, że przeżyją najsilniejsi. Czyli na pewno NIE BĘDĘ TO JA – od kilku dni nie mam siły na nic. Budzę się rano, otwieram oko i nie mam siły otworzyć drugiego. Najchętniej wczołgałabym się pod kanapę, ale wiem, że pająki – rezydenci po prostu mnie stamtąd wyrzucą, bo nie będę miała siły się z nimi kłócić o miejsce. Wczoraj w biurze prawie przez pół godziny kołczowałam się, żeby pójść do pokoju obok zeskanować dokument i ledwo dałam radę. LEDWO.

Na dodatek przez dwa dni padał śnieg i miałam myśli plugawe i spleśniałe. Dobrze, że rzucili niezły serial na Netflixie – „Co kryją jej oczy”. Jest brytyjski i wszyscy bohaterowie są porąbani (a gra m. in. pielęgniarka z „The Knick”), naprawdę wciągający. Tylko jedno mnie zastanowiło: drobna kobietka w ciągu jednego dnia poszła kupić farby, nie wróciła od razu – trochę się szwendała po mieście – i dopiero po powrocie, w ciągu jednego popołudnia machnęła na CAŁEJ ŚCIANIE SYPIALNI fresk. Okej, bez pracochłonnych ornamentów czy postaci ludzkich, ale na całej wielkiej ścianie. Upierałabym się, że to niemożliwe – no chyba, że to mój chwilowy uraz, że nie chcę mieć NIC WSPÓLNEGO z żadnymi farbami przez najbliższe piętnaście lat (co najwyżej z lakierem do paznokci).

Z cyklu co mi zaproponował jutub – otóż hiszpański kanał kulinarny, a jakże, na którym rozpracowywane są ulubione potrawy słynnych osób. Można się z niego dowiedzieć, że Maria Curie – Skłodowska lubiła pierogi z ziemniakami, a poczciwe jajka sadzone na pieczarkach to z kolei ulubione śniadanie Alberta Einsteina (ze szpinakiem – też bardzo lubię). Natomiast trochę mnie zdziwił odcinek o ulubionym deserze królowej Elżbiety II. Ona się w Hiszpanii nazywa Reina Isabel II, co już jest lekko podejrzane. No więc jej ulubione ciasto to podobno tarta z połamanych herbatników, wymieszanych z czekoladowo – maślaną masą. Naprawdę, KRÓLOWA IMPERIUM BRYTYJSKIEGO ze wszystkich deserów świata najbardziej lubi połamane herbatniki?… Z drugiej strony – może faktycznie, ile można jeść nugaty i makaroniki. Każdego by w końcu zemdliło. Ja się nie powinnam wypowiadać w kwestii deserów, bo ostatnio najbardziej lubię smażony kalafior od Syryjczyka (z winegretem – jem go WIADRAMI, już niepotrzebne mi octowe chrupki).

No i tak to.

Do każdego pogrzebu trąbka gratis (tak, wpadły mi w ręce stare felietony Artura Andrusa).

O TYM, CO MNIE KUSI

Dostałam maila z reklamą „MAJTKI PEŁNE ZMYSŁOWOŚCI”. Owszem, określenie „pełne majtki” wywołuje u mnie pewne skojarzenia, ale niewiele mają one wspólnego ze zmysłowością. 

Dziś w nocy było minus szesnaście; jak wyszłyśmy o szóstej rano ze Szczypawką, to aż mnie zatkało. A tymczasem przyszła do mnie zapowiedź wiosny – prawdziwą pocztą, prosto z Bilbao (tak, TEGO Bilbao!):

Wzruszyłam się, naprawdę. Bardzo dziękuję! N. już poinformowany, że ma szykować doniczkę, ale muszą minąć te mrozy (cały przyszły tydzień ma taki być, powołałam do służby wszystkie emu). 

Ale najważniejsze jest to, że SKOŃCZYŁ SIĘ REMONT! Drugi dzień wszystko noszę z powrotem – myję, wycieram i układam, a końca nie widać; nie mam już skóry na dłoniach w ogóle. Za to odzyskałam kanapy! Patrzyliśmy z N. wczoraj na ustawione meble bez figurek, durnostojek, kurzołapów i doszliśmy do wniosku, że jest tak ładnie – czysto, pusto przestronnie… Niech tak zostanie – nie ustawiajmy tego wszystkiego z powrotem, tylko wywalmy na wielki stos przed domem i PODPALMY!

Jest to oczywiście rozwiązanie nieekologiczne, ale bardzo mnie kusi. Naprawdę bardzo.

O GENEZIE POWSTANIA (REMONTU)

Jeśli chodzi o decyzję o remoncie, to chyba została podjęta w sposób demokratyczny, niestety. To znaczy, obydwoje zagłosowaliśmy za (pies odradzał, ale nie posłuchaliśmy). W zasadzie to od kilku lat wzdychaliśmy, że przydałoby się odświeżyć wnętrze, ale jakoś się rozłaziło po kościach. Aż któregoś dnia CÓŚ się pod prysznicem rozszczelniło i tak oto na jednej ścianie powstała Nowa Zelandia w postaci purchla (a zaraz obok drugi purchel, mniejszy, jak jej szczeniaczek). I to był TEN MOMENT – brudne ściany to jeszcze można udawać, że to taki koncept artystyczny, cieniowanie albo co. Ale z odłażącą farbą to już nie bardzo.

Ale i tak jeszcze nie czułam grozy, bo N. mówi „Zadzwonię do fachowca”. Wiadomo, że fachowcy nie mają czasu i zanim przyjdą, to mija rok, półtora, więc jeszcze zupełny luz. A tu nagle fachowiec oznajmia „TO ZACZNĘ PO NOWYM ROKU”. I tu już wpadłam w konkretną panikę. JAK TO PO NOWYM ROKU – z wyliczeń wychodziło mi jeszcze kilka dobrych miesięcy spokoju!

I najgorsze, że jak powiedział, tak PRZYSZEDŁ (z tygodniowym zaledwie opóźnieniem). I od tamtej pory trwa ARMAGEDDON. Który niby zmierza ku końcowi, ale to oznacza, że właśnie teraz jest NAJGORZEJ. Siedzę w biurze i słabo mi się robi na myśl o powrocie do domu (a przecież powinno być odwrotnie!). Więc po prostu to wypieram – nie zwracam uwagi na folię i tekturę wszędzie, staram się nie myśleć o MEGA SPRZĄTANIU i zajmuję się podróżami ciała astralnego na słoneczną plażę z pobliskim barem – i wizualizuję sobie siebie w pareo pijaną w tym barze, bo co mi innego zostało?…

W weekend – kiedy już był bałagan, ale JESZCZE mieliśmy gdzie oglądać filmy – namówiłam N. na „Wykopaliska”. Raz tylko powiedział „Gdyby kopał ćwiartkę, to by go nie zasypało” – a tak to mu się podobało. Mnie też. A teraz Netflix ma wrzucić dokument ze śledztwa w sprawie Elisy Lam – obejrzę zaraz, jak tylko skończy się to pobojowisko.

Czyli tak naprawdę NIE WIEM KIEDY. Taki oto mam optymistyczny wniosek na dziś.

A wczoraj jechaliśmy do roboty prawie dwie godziny i wracaliśmy niewiele krócej. Może i śnieg jest dobry z punktu widzenia sytuacji hydrologicznej, natomiast ja jestem kompletnie NIEHYDROLOGICZNA i go nienawidzę. NIE-NA-WI-DZĘ. Dziękuje za uwagę.

O TYM, ŻE NADAL KISZKA

Nie wiem, po co mi to było. CHCĘ Z POWROTEM MOJE BRUDNE ŚCIANY – może i były trochę popękane, z purchlem tu i ówdzie (jeden wypisz wymaluj Nowa Zelandia!), ale przynajmniej było przytulnie, nastrojowo i SPOKÓJ! Po powrocie do domu mogłam zdjąć biustonosz i walnąć się na kanapie! I chodziłam po schodach jak człowiek i nie bałam się że zaraz zjadę na ryj bo potknę się o folię! W „The Crown” są ujęcia, jak po pałacu Buckingham biega sobie myszka, a na tapetach są zacieki. I co – wszyscy jakoś żyją, mają się dobrze i są dynastią królewską. O losie, losie… Było zamieszkać w ziemiance, tyle powiem. Spokój, cisza, miły półmrok i można powiesić żyrandol na korzonku. 

A ta świnia niedomyta, świstak Phil stwierdził w tym roku, że jeszcze sześć tygodni zimy. I zapowiadają mrozy do minus piętnastu. I śniło mi się, że zgubiłam dowód osobisty (najwyraźniej moja świadomość chce mi przekazać, że dążę do dezintegracji). 

W dodatku Fejsbuk nic mi ostatnio nie zaproponował soczystego – niektórzy dostają reklamy liftingu krocza, a ja ciągle tylko ekologiczne woreczki na psie kupy albo lampy (bo kupiłam lampę na ścianę do sypialni – w miejsce, gdzie przez ostatnie dziesięć lat sterczała goła żarówka na kablu, tak z boku, i przestaliśmy ją zauważać; N. doszedł do wniosku, że DOSYĆ TEGO, nie wiem czemu – tyle lat wisiała i dobrze, mogłaby sobie jeszcze powisieć następne dziesięć; ludzie to się teraz tacy nerwowi zrobili.

Nie mam w ogóle siły na nic, ale podobno w Żabce są chipsy z octem, czy to prawda? Ani razu nie byłam w Żabce, ale po chipsy z octem bym poszła.

O REMONCIE

Od zeszłego czwartku prowadzimy koczowniczy tryb życia we własnym domu i już po kwadransie byłam pewna, że ja się do czegoś takiego NIE NADAJĘ. Zrobiłam się stara, wygodna i wieczorem chcę wejść do własnej sypialni, jebnąć za sobą drzwiami i położyć się na łóżku – a nie bytować półgębkiem na kanapie. Choćby nawet wygodnej. Tak to ja mogę w trybie wakacyjnym albo na imprezach – bez upijania się to nie jest zabawne. 

W ogóle na razie mam wrażenie, że nic tylko przepychamy bajzel z pokoju do pokoju, a on NARASTA. I jestem przerażona ilością rzeczy, jakie zgromadziłam (kiedy? a przede wszystkim – PO CO?). I chyba nawet nie jesteśmy w połowie, a ja już bym najchętniej spędzała czas pod pianinem w pozycji embrionalnej. Nawet miałam już myśli o upieczeniu ciasta na piwie Guiness, a spontaniczne pieczenie ciasta bez okazji zdarza się u mnie zasadniczo nigdy – chyba że mam banany w brązowe kropki. 

Jedyne co mi się udało ostatnio, to wytresowanie fejsbuka, żeby przestał pokazywać mi filmy o dekorowaniu tortów – zamiast tego wyświetla mi teraz NIETOPERZE. To znaczy, głównie z miejsc, w których opiekują się nietoperzami – chorymi, rannymi albo starymi. Nie miałam pojęcia, że nietoperze mogą żyć po trzydzieści lat – w jednej ochronce w Australii mają 33 – letniego seniora, który już nie lata, więc go noszą w podniesionej ręce po całym lokalu, żeby sobie pomachał skrzydłami i myślał, że lata. Nietoperze są przesłodkie, zwłaszcza kiedy jedzą – mają tyle entuzjazmu przy jedzeniu, zupełnie jak jamniki (mój osobisty jamnik wydaje przy misce odgłosy typu „ferma prosiąt” i rozczula mnie to). Gapię się na te nietoperze, żeby chociaż na chwilę zapomnieć, że całe piętro naszego domu jest JEDNĄ WIELKĄ PROWIZORKĄ, zabałaganioną i pokrytą gipsowym pyłem. I że wychodzenie spod prysznica grozi złamaniem otwartym, albowiem dywaniki łazienkowe zachowują się zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, to znaczy nie wiadomo gdzie aktualnie przebywają. 

O, i jeszcze Onet straszy – „Kolejna śnieżyca uderzy w Polskę. Czeka nas dynamiczny weekend w pogodzie”. Nie ma ta biedna Polska szczęścia do rządzących i do pogody, no nie ma. Niby Norylsk ma gorzej – i to w obu dyscyplinach – ale jakoś mnie to nie pociesza.

O WIELKIM PLANIE

Chwilowo mam nastrój nieprzysiadalny, z nutą refleksji na temat mężczyzn jako takich. A konkretnie:

– WSZYSTKICH FACETÓW wywiozłabym w jedno miejsce, nieprzyjazne i odpowiednio oddalone od reszty świata;

– Ogrodziła elektrycznym pastuchem i nakryła słomianym dachem;

– I podawała jedzenie na długim kiju. Niezbyt często.

I tak chodzę i rozmyślam, że przecież z drugiej strony – Pani Bóg nie bez powodu wymyśliła mężczyzn.

Oni są na Ziemi, bo mają jakieś zadanie do wykonania.

Na pewno chodzi o ZBAWIENIE NASZYCH DUSZ, i może jeszcze coś. Tylko co?

Nie bez powodu chodzą po świecie pająki, komary, stonka, szarańcza… i mężczyźni.

To jakiś WIELKI PLAN którego całości nie ogarniamy, ale na pewno, NA PEWNO wszystko ma swoją przyczynę.

I tylko dlatego nie ćwiartowałam zwłok w wannie i nie rozpuszczałam w krecie (ziemia zamarznięta, a poza tym nawet w miękkiej nie jest łatwo wykopać taki wielki DÓŁ). Filozofia pomogła mi się zmierzyć z zagadnieniem chromosomu Y – i niech nikt nie mówi złego słowa o naukach humanistycznych.

(No owszem, jestem trochę jelito drażliwe, bo zaczął się ten remont. Jeszcze się na dobre nie rozkręcił, a ja już bym mordowała. Nie wiem co dalej będzie, dziś wynosimy rzeczy z sypialni. Słabo mi).

Gadałyśmy z Zebrą o covidowym gniciu w domu – ja lubię gnić, naprawdę, zawsze byłam bardzo niezła w gniciu, ale NAWET MNIE zaczyna to wszystko przerastać – i ona mówi, że ma taką koleżankę, co mąż do niej powiedział: „Ale się zapuściłaś, może chociaż paznokcie byś zrobiła?”. O święta Rito, jakby do mnie tak powiedział, to bym owszem zrobiła sobie paznokcie – JAK FREDDY KRUEGER. I udekorowała okolicę jego jelitami.

Dobra, bo trochę mnie ponosi. Melisy sobie zrobię może, na dobry początek tygodnia (najlepiej ze spirytusem do odkażania).

O USZKODZENIACH POWŁOKI CIELESNEJ

1. Pękło mi naczynko w oku – no chyba przez podwyższone ciśnienie ze stresu, że pada śnieg, bo przecież nie od gapienia się w laptopa dwadzieścia sześć godzin na dobę, prawda? Trzymajmy się wersji, że to od wkurwu na pogodę.

2. A akurat oczy są mi chwilowo potrzebne, bo zaczęłam „Elegię dla bidoków”, bo Obama powiedział, że trzeba (słucham się go – już kilka razy okazało się, że mamy podobny gust). Spodziewałam się czegoś zupełnie innego (po recenzjach i zwiastunie filmu) i podchodziłam jak pies do jeża, przygotowując się psychicznie na jakieś emocjonalne, rzewne opowieści – a to jest bardzo dobrze, rzeczowo i konkretnie napisana książka. Znowu Obama miał rację. Czy to nie denerwujące?

3. A w ramach guilty pleasure kupiłam sobie najnowszą (autobiograficzną) książkę Hanny Bakuły. No lubię ją, nic nie poradzę.

4. Oraz dwa kubki do herbaty w mój ukochany wzór „Złodziej truskawek”. W dodatku mają tę zaletę, że są małe (znaczy NORMALNE –200 – 250 ml) – nie wiem dlaczego obecnie większość kubków do herbaty to jakieś półlitrowe wiadra. Dlatego nie lubiłam zamawiania herbaty w knajpach, bo dostawałam nocnik gorącej wody, z którego od razu połowę wylewałam. No ale chwilowo nie mam tego problemu, BO KNAJPY SA NIECZYNNE (haha. Ha). Niech je już otworzą – nie będę na nic narzekać, obiecuję. Chlip.

5. Nadal musze schudnąć.

6. Mam siniaka na kolanie. SKĄD?…

O FLANELI W KRATĘ I MORSOWANIU (TFU)

Same ohydztwa w tym tygodniu: spadł śnieg i strułam się pasztetem z kurkami. No nic, styczeń to styczeń – zimno, chujnia, patatajnia, za każdym rogiem czai się jakieś paskudztwo. Trzeba zacisnąć zęby i jakoś się przeczołgać.

Jeśli chodzi o śnieg, to w naszym gospodarstwie domowym są dwa głosy na nie (mój i Szczypawki) i jeden bardziej entuzjastyczny – N. kupił dmuchawę elektryczną, bo spalinowe są zakazane, biega z nią i się spełnia. No cóż – dopóki nie każe mi po tym gównie SPACEROWAĆ, to niech sobie robi co chce – i tak dobrze, że nie morsuje.

O CO CHODZI z tym morsowaniem, niech mnie ktoś oświeci, błagam! Jeden kolega – wydawałoby się dość rozsądny, poukładany pod sufitem, nagle wczoraj oznajmia, że IDZIE SIĘ KĄPAĆ w zalewie i czy ktoś do niego dołączy. No nie, nie dołączę nawet stojąc na brzegu, w puchowej kurtce i emu, albowiem jest MINUS PIĘTNAŚCIE i w taką pogodę się siedzi w domu na kanapie, a nie lata z gołą dupą i wchodzi do wody! Ja nie wiem, czy to nie są powikłania po wirusie, jak mgła covidowa. No halo – NAGLE tabuny ludzi postanawiają wleźć do lodowatej wody – jeśli to nie są uszkodzenia mózgu, to co?…

Czyli jakoś trzeba przeczekać te mrozy, dobrze że tylko do środy – na szczęście są seriale i ciepłe flanelowe koszule (o właśnie! Jeden z pozytywnych trendów odzieżowych – mnóstwo ciepłych, mięciutkich, obszernych koszul w kratę, w dodatku na wyprzedażach – mniam). A z seriali  – nie mam już siły do tych łajz z „Chłopaków z baraków”, to jest okropny serial dla człowieka z rozwiniętą empatią, po prostu straszny. Musiałam sobie wrzucić „30 Rock” dla odreagowania (N. nadal zachwycony, ale wiadomo, że faceci i empatia rzadko występują w jednym zestawie) (no chyba, że jako definicję empatii przyjmiemy zupę z Azji).

Pozdrawiam zupełnie niemorsowo, flanelowo w kratę i spod koca.

PS. MUSZĘ SCHUDNĄĆ! (Jego mać).