Dziś rano obudziłam się z takim bólem palców, że ledwo je mogę zgiąć. Dziękuję ci, menopauzo – każdy dzień z tobą to niespodzianka oraz kolejne argumenty w dyskusji „Dlaczego nie doceniałam, jakie miałam dobre życie” – na przykład nie bolały mnie palce i mogłam szydełkować.
Zaraz. NIE BĘDĘ MOGŁA SZYDEŁKOWAĆ? To może od razu się rzucę z mostu Poniatowskiego (jak tam stan Wisły? Żebym się nie wbiła do pasa w piach i nie sterczała, zwłaszcza dolną połową ciała z zacnym cellulitem, bo będzie straszny wstyd). Ciekawe, czy to objaw przemijający, czy już tak zostanie i będzie się nasilać. N. mówi, żebym wzięła magnez (ale on ciągle mówi, żeby wziąć magnez – wszystkie problemy świata rozwiązałby magnezem).
O, właśnie mi wyskoczył super optymistyczny artykuł o tym, ze czeka nas załamanie pogody, ulewy i śnieżyce. Cudownie. Tak dawno nie miałam na sobie puchowej kurtki, stęskniłam się. W ogóle to widziałam komentarz, że mamy sezon na „za zimno na wiosenną kurtkę, za ciepło na zimową” i to jest bardzo celna definicja. Nad trawnikiem latają motyle cytrynki, a u sąsiada kwitnie magnolia – już mi ich szkoda.
Przekładałam ostatnio książki, żeby coś znaleźć (chyba w trakcie szukania zapomniałam, co – kolejne nieustające podziękowania dla menopauzy) i rzuciłam okiem na półkę z Tudorami, a tam ubytek pomiędzy tomami. Sprawdziłam – i owszem, jednej części nie ma; majaczy mi, że chyba pożyczałam ciotce swojego czasu. I teraz – czy to wypada w moim wieku zadzwonić do ciotki w jej wieku z pytaniem „Słuchaj, nie masz może mojego „Kochanka dziewicy”?” – gdyż taki tytuł ma brakująca książka. Nic na to nie poradzę, że Philippa Gregory wymyśla takie tytuły (a czasem nie wymyśla, bo na przykład „The other Boleyn girl” wyszło u nas jako „Kochanice króla”, czyli syndrom „Dirty Dancing” żyje i ma się świetnie).
Wiadomości z internetu: można jeść ziemniaki, ale ostudzone, bo mają skrobię oporną (zadanie: nauczyć N. jeść zimne ziemniaki – niełatwe to będzie, bo on wszystko lubi jeść w temperaturze pieca hutniczego). Wiadomość numer dwa: czarne psy postrzegane są jako symbol dobrobytu, pomyślności i ochrony przed negatywną energią (w feng shui). No proszę, jaki mam skarb w domu.
PS. Ale tytuł fajny dałam, nie? Żeby się klikał, he, he.