O STRASZLIWYM SERIALU

No więc… Studzienka kanalizacyjna nam się zapowietrzyła (???) i wyje jak potępieniec, więc dokładnie każdy w całej wsi z dokładnością do minuty wie, kiedy korzystamy z toalety. Ale to zupełnie nieważne, gdyż…

Oglądam na Netflixie najgorszy serial SF świata i nie mogę przestać.

Serial się nazywa „Another Life” i gra w nim nie kto inny, jak boska Kara Thrace z BSG, więc wiadomo, że kliknęłam. Omatkobosko, jaki to jest zły serial, ale to tak okropny, jak filmy wytwórni TROMA – człowiek gardzi sobą że to ogląda, ale musi sprawdzić, jakie gówno wymyślą w następnym odcinku. W recenzjach pojawiają się pytania, czy ktoś wykorzystał jako scenariusz gotowe nagrania z Bigbrothera, bo mniej więcej taki poziom umysłowy prezentuje ZAŁOGA STATKU KOSMICZNEGO. Większość aktorów jest wzięta nie wiem skąd, chyba z zaplecza KFC, bo nie grają jakby mieli doświadczenie w kontakcie z klientem. Logika wydarzeń powala na kolana – załoga od której zależy przyszłość ludzkości nawpierdalała się psychoaktywnych storczyków z obcej planety i na statku kosmicznym odbyła się dyskoteka i regularna orgia.

Nie wiem co będę oglądać, jak mi się to skończy. Może „Dynastię”?…

Ciekawe, czy to objaw słynnej MGŁY MÓZGOWEJ, która pojawia się jako efekt uboczny Covid (twórcy serialu musieli ją mieć wszyscy co do jednej sztuki, łącznie z osobami odpowiedzialnymi za catering i napisy końcowe).

A mleczko do mebli to Sidolux Renowacja z migdałem na buteleczce i takie drugie w psikaczu – Nanomax do mebli i drewna.  Używane na zmianę, więc nie wiem, które pachnie fortepianem (a może mieszanka obu?).

To straszne, że ludzie wyjedli cały xanax. Ale nie dziwię się – gdybym miała, to też bym jadła. Ponieważ nie mam, to oglądam najgorsze seriale świata.

O DAWKOWANIU ATRAKCJI

W zasadzie to się zastanawiam, czy będę jeszcze kiedyś umiała wyjść z domu ubrana TAK JAK KIEDYŚ. Bo teraz nawet na wyprawy do biura (raz w tygodniu) zwykle zakładam legginsy i jakąś bluzę, no w każdym razie spodnie w gumkę albo na sznurek. Czy będzie jeszcze kiedyś okazja, żeby założyć coś uprasowanego, z paskiem, kardiganem, kolorowym szaliczkiem?… Czy te czasy już MINĘŁY I NIE WRÓCĄ?…

Normalnie jak Miss Havisham (z tym, że ona w sukni ślubnej – jednak była ostrzejszą zawodniczką, ja bym nie dała rady cały dzień w koronkowej kiecce dopasowanej u góry) (to znaczy – nie cały dzień, tylko trzydzieści lat, czy tam ile ona paradowała w tej sukience).

Natomiast kończy mi się kordonek i jest to sytuacja ekstremalnie niebezpieczna, bo nie wiem, co zrobię w samym środku pandemii bez terapii zajęciowej. N. się upiera, żeby wspierać biznesy lokalne, więc zamiast zamówić w internecie i już od dawna mieć całą zgrzewkę zgrabnych kłębuszków, to wozi mnie do pasmanterii. I byliśmy już trzy razy i ZA KAŻDYM RAZEM przed pasmanterią kłębi się ogon bab! Czyli po pierwsze – nie tylko ja dramatycznie potrzebuję zajęć manualnych, a po drugie – lokalny biznes nie ma się tak źle (większa kolejka jest chyba tylko przed jedną piekarnią w sobotę rano). Tak czy inaczej – jestem w połowie ostatniego kłębka; najwyżej zacznę pruć stare serwetki, żeby robić nowe i nie oszaleć.

A w ogóle to nie mogłam się doczekać na tłumaczenie drugiej książki mojego ulubionego szkockiego antykwariusza i kupiłam „Confessions of a Bookseller” w oryginale. No i znowu zanurzyłam się w nieco ekscentrycznej społeczności małego szkockiego miasteczka, ale na samym początku autor opisuje niesamowity projekt, prowadzony przez jego rodziców: otóż, można u nich wynająć antykwariat z mieszkaniem na górze i samemu poprowadzić sklep z książkami. Nazywa się to „Open Book” w Wigtown i można rezerwować na AirBnB. Znakomity pomysł, moim zdaniem, i z tego co widzę nie jest łatwo o wolny termin. Jakie piękne rzeczy można robić, kiedy się żyje w normalnym, wolnym kraju, bez bandy oszalałych przygłupów w rządzie.

Byłam wciągnąć kosz na śmieci i chyba wystarczy na dziś. Nie można przesadzić z aktywnością – trzeba sobie dawkować atrakcje, bo się człowiekowi w dupie poprzewraca. (Chociaż wolałabym mikrodawkować LSD, jak Diane w „Good Fight”, ale nie mam LSD – do czego to doszło!…).

O PATRZENIU W GWIAZDY

Tak się składa, że ostatnio często obserwuję gwiaździste niebo nocą. Szczypawka sobie ustawiła grafik toalety akurat na drugą w nocy – pięknie, naprawdę pięknie wtedy wygląda świat (w kurtce narzuconej na piżamę). Chociaż może to dlatego, że nie mam szkieł kontaktowych, zawsze świat mi się podoba o wiele bardziej, jak go dokładnie nie widzę. A jedną noc wychodziłyśmy niestety co czterdzieści minut i napatrzyłam się wtedy w gwiazdy, że ho ho. 

Czyli u nas jakby constans – ja mam rozstrój psychiczny, mój pies żołądkowy, i tak to się kręci. Od siedzenia w domu mylą mi się dni, a jak pojechałam do biura któregoś dnia, to miałam coś w rodzaju retrospekcji i życie zaczęło mi przelatywać przed oczami – nawet nie z powodu podatków, które musiałam zapłacić tym złodziejom, tylko z powodu zapachu. Kupiłam środek do pielęgnacji drewnianych mebli – zwykle brałam Pronto, ale w mojej ukochanej hurtowni stało do wyboru kilka innych i wzięłam je do wypróbowania. I wchodzę ci ja do biura, a tu pachnie FORTEPIANEM. A konkretnie – unosi się zapach jak w mojej szkole muzycznej na sali koncertowej. Jednak mają rację ci, którzy twierdzę, że najdłużej utrzymują się wspomnienia węchowe – od razu przypomniały mi się próby chóru i rozrywki na koncertach (stojąc w ostatnim rzędzie chóru podczas występu zdejmij lakierki i stój na bosaka i załóż je w ostatniej chwili, jak chór ma schodzić ze sceny – wygrała koleżanka Kaśka podczas świątecznego występu, kiedy po odśpiewaniu kolęd schodziła w jednym bucie, a drugi kopała przed sobą, bo nie zdążyła założyć). 

A „The Crown” – OCZYWIŚCIE! Thatcher wydawała mi się przerysowana, ale jak napisała Sistermoon na fejsie – obejrzyjcie sobie oryginalne nagrania z nią – ona właśnie taka była (jedyne co to aż mnie boli twarz od miny agentki Scully – jak ona nie dostaje skurczów mięśni od tego ściągniętego dzióbka?). A Karol wyjątkowy padalec; nie uwielbiam Diany, ale ona przynajmniej była prawie dzieckiem i miała prawo być głupia (o Jezus, jaka ja byłam głupia w tym wieku!). Natomiast jak wchodzi królowa Elżbieta, to od razu przypomina mi się Olivia Colman w „Green Wing”, kiedy wysiadała z samochodu w samych majtkach, bo zapomniała spódnicy. Ale i tak ją uwielbiam – ją i Helenkę. 

I zupełnie przypadkiem akurat dotarła przesyłka z pamiętnikami Lady Glenconner – damy dworu akurat z tamtych czasów. Oj pięknie się zapowiada – na razie obejrzałam zdjęcia („Moja babka – pierwsza zamężna arystokratka, która miała romans z królem Edwardem VIII”, albo „Księżniczka Małgorzata, jej walijski kochanek, obok ja z synem”). Ach – jaki świat byłby szary i smutny, gdyby nie ta zwyrodniała arystokracja. Bardzo to miłe z jej strony, że akurat teraz wydała swoje memuary. Może człowiek przynajmniej na chwilę oderwie się od tej dupy, w której jesteśmy.

Śniła mi się Teneryfa. 

O TYM, ŻE NIE JADŁAM ROGALA

No dobrze, to teraz będzie coming out: nie lubię rogali marcińskich. W ogóle nie przepadam za masą makową, a już z bakaliami to fujka. 

Z patriotycznych słodyczy to zjadłam w weekend rewolucyjną napoleonkę (nie kremówkę!) z piorunem od Lukullusa i wystarczy. Na szczęście niedużą, i na szczęście trudno je kupić, bo o dziesiątej już cały nakład wymieciony, a na Francuskiej nie ma gdzie zaparkować. Więc zjadłam w słusznej sprawie – dobra była, nie za duża i nie za słodka. Ale i tak wolę smalec od mamy mojej koleżanki – chociaż to w zasadzie jest antologia poezji, a nie smalec. 

Jeśli chodzi o nastrój, to albo mam ochotę płakać, albo kogoś zabić – wiadomo, kobieta zmienną jest. Albo jedno i drugie naraz. Mam covidowe sny – że jestem w pięknym miejscu z plażą i oceanem, i jedyne czym się zajmuję, to szukanie maseczki, bez której nie wolno. Naprawdę wolałam już, jak mi się śniły kataklizmy i UFO, niż te cholerne maseczki.

Natomiast świetnie się wpasował w mój nastrój Julian Barnes, chociaż właściwie to jego książki, które od jakiegoś czasu leżały na kupce do przeczytania i najwyraźniej nadszedł ich moment. Uwielbiam jego styl – chłopca z angielskiej szkoły z internatem – może dlatego, że zawsze marzyłam żeby być chłopcem w angielskiej szkole z internatem; nawet legendy o ohydnym jedzeniu mnie nie zniechęcały, bo w dzieciństwie prawie nie jadłam. 

A na nowe seriale na razie nie mam filingu, za to po raz chyba siedemnasty obejrzałam „Zodiaka” (pierwszy wspólny film Hulka i Iron Mana, he he). Między innymi dlatego, że wpadła mi w oko analiza kolorów w filmie i faktycznie – w „Zodiaku” wszystko jest niebieskie albo żółte. Niezależnie od kolorów – świetny film, jeden z moich ulubionych.

Cieszyć się z tej szczepionki czy nie, żeby nie zapeszyć?…

PS. Natomiast „W deszczowy dzień w Nowym Jorku” – jakoś nie, nie urzekło mnie. Jest kilka fajnych scen – najlepsza z całego filmu to Gatsby z mamusią w gabinecie – ale całość jakaś powierzchowna.

PSPS. I jeszcze jedna korzyść z „Zodiaka” – penne vodka! Koniecznie muszę zrobić.

O ŻYCIU DOCZESNYM I POZDROWIENIU

Czuję się jak duch Geeny Davis w „Beetlejuice” – zamknięty pośmiertnie w domu, tylko mam mniej rozrywek (ona miała o wiele bogatsze życie pozagrobowe, niż ja doczesne, przynajmniej chwilowo). 

Dostałam maila z Zary, zachęcającego do zakupów najnowszej kolekcji. Kliknęłam – gdyby Herr Flick i Szpieg z Krainy Deszczowców mieli córkę, i ta córka by została kreatorem mody, to właśnie tak by wyglądały jej projekty. A zresztą – może i mieli, co ja tam wiem o życiu. 

A właśnie, przeczytałam ostatnio, że „Modern Family” (rzucili dziesiąty sezon na Netflixie!) to ulubiony serial Obamy. Naprawdę zaczynam się czuć NIESWOJO. Co mi się spodoba jakaś książka albo serial, to zaraz się okazuje, że Obama już dał swój lajeczek. Nigdy nie przypuszczałam, że będzie mnie łączyło pokrewieństwo dusz z PREZYDENTEM USA. 

Ostatnio czytałam na reddicie historyjki o tym, co się komu przytrafiło w życiu najbardziej przerażającego. No więc duchy, próby uprowadzenia w supermarketach, włamywacz z pistoletem w nocy w sypialni… Ale jedna historia zdystansowała wszystkie pozostałe: „Mój narzeczony zamówił w Mc Donaldzie frytki. Dostał frytki, pomiędzy którymi znalazł KRĄŻEK CEBULOWY. McDonald nie ma w ofercie krążków cebulowych…” No i co, I CO? Nadal nie wierzycie w globalne spiski? Nawet jak w biały dzień znajdziecie we frytkach z McDonalda KRAŻEK CEBULOWY? Ja bym uciekała gdzie pieprz rośnie (ale frytki bym zjadła, naturalnie) (i krążek prawdopodobnie też).

A dziś urwał mi się dzyndzel do otwierania puszki z psim pasztetem i musiałam szukać otwieracza do puszek, co NIE JEST ŁATWE z głodnym jamnikiem szalejącym w okolicy… No, nieco powyżej kostek. O mało mnie nie stratowała.

Na uspokojenie kupiłam tabletki Nerwosol K – śmierdzą tak, że powinny być skuteczne, ale nie bardzo są. A może ja mam wygórowane oczekiwania. A może bez nich bym się już całkiem wściekła albo dostała wylewu? W tym eksperymencie brakuje grupy kontrolnej. 

No dobra, to trzymajmy się – w odpowiedniej odległości, oczywiście. Ze staropolskim pozdrowieniem – ***** ***! 

O TYM, ŻE NIE NADĄŻAM – TYLE SIĘ DZIEJE

Co to się dzieje, aż wino wczoraj rozlałam – mam nadzieję, że na szczęście! 

Oczywiście, w środku tygodnia N. musiał wyjechać do roboty – tak to jest, że zawsze kiedy dzieje się rewolucja, to ich nie ma, bo muszą wyjechać (a tak na serio – to trzeba się cieszyć, że jest robota). No i same ze Szczypawką musiałyśmy wykrzykiwać hasła i śpiewać piosenki. Jak twierdzi Zebra – po babuni, podporuczniku AK tak nam ślicznie idzie przeklinanie – zwłaszcza w dobrej sprawie. No cóż, nic na to nie poradzę, geny to geny, chromosomów człowiek przecież nie wydłubie sobie widelcem.

Następnie N. wrócił (z góralskim serem i boczkiem – o matko jedyna, jak nie jem już wędlin, bo są ohydne, tak ten boczek to jest pieczono – wędzona poezja!) i obejrzeliśmy „Żądło”, jeden z moich ukochanych, najlepszych filmów świata. No i tam jest taki dowcip, właściwie w tle, kiedy Redford ukradł masę kasy gangsterowi i przychodzi po swoją dziewczynę do burleski (a ona właśnie kończy numer z kręceniem frędzlami na cyckach – ostatnio na fejsie wyświetliło mi się zaproszenie na warsztaty z kręcenia frędzlami na cyckach; poważnie się zastanawiam nad udziałem). I po niej wychodzi na scenę facet i w tle słychać dowcip, który opowiada. No więc ten dowcip mu opowiadam od wczoraj w odstępach co pół godziny, i on za każdym razem się tak samo głośno śmieje. 

Chodzi o faceta, który kupił żywą kaczkę i idąc do kina, schował kaczkę w spodnie, żeby go wpuścili. Kiedy zgasły światła na widowni, rozpiął rozporek żeby kaczka mogła oddychać, więc z rozporka wystawał mu kaczy łeb. Obok siedzą dwie kobiety i jedna mówi do drugiej: 

– Czy ty widzisz to, co ja?

– Etam, jak widziałaś jednego, to jakbyś widziała wszystkie.

– No dobrze, ale ten wyżera mój popcorn!

(No dobra – zabawny, ale ILE się można z tego śmiać? Ciekawe, kiedy mu się znudzi).

Z ciekawszych wydarzeń, to przy okazji ostatnich zakupów w koszyku odbyła się mała rebelia i tacka matjasów umazana olejem przykleiła się do torebki z cukrem. I teraz jestem jedną z niewielu osób na świecie, posiadającą limitowaną edycję cukru aromatyzowanego śledziem.

A na Netflixie jest nowa ekranizacja „Rebeki”, w której panią Danvers gra Kristin Scott Thomas. Informuję, że od momentu pojawienia się Kristin na ekranie jestem całkowicie po stronie pani Danvers – tym bardziej, że narratorka jest mało sympatyczna i miągwowata. 

I dalej jest smutno i straszno, i jeszcze dużo przed nami, ale jakoś od kilku dni… Łatwiej się oddycha. 

O TYM, ŻE NIE DA SIĘ NIE PRZEKLINAĆ

Naprawdę, któryś pan poseł powiedział, że to nieładnie jak kobiety przeklinają? SERIO? W ostatnich dniach jak rozmawiałam przez telefon np. z ciotką, to obie przerwałyśmy kurwowanie tylko na moment, żeby porozmawiać o kroplach na uspokojenie. Podobno jakieś francuskie, koleżanka jej poleciła; oczywiście zrobiłam research w internecie i eeetam… homeopatyczne. No nie, homeopatyczne odpadają; pozostaje mi stara dobra waleriana w końskich dawkach, która zresztą i tak średnio pomaga na to, co te skurwysyny wyprawiają.

Nawet N. nie zadaje już mi pytań „Czy ty byś mogła czasem mniej kląć?”, tylko klnie razem ze mną, synchronicznie, w duecie, na dwa głosy.  

W związku z tym że po nocach nie śpię, tylko mnie telepie, to czytam sobie zaległe tomy pani Philippy Gregory o Tudorach (na szczęście już ostatnie) oraz kupiłam książkę, którą napisali Katarzyna Bonda z Bogdanem Lachem. No i niestety, jest słaba i chaotyczna, opisy sytuacji są przeładowane szczegółami bez znaczenia, a rozwiązanie pojawia się często nagle, ex machina i bez żadnego wyjaśnienia („okazało się, że mordercą był sąsiad z naprzeciwka”). Szkoda, bo cały czas mam nadzieję na kontynuację albo coś w klimacie „Polskich morderczyń”, ale nie tym razem. Książki o „polskim Archiwum X” są o wiele lepsze.

A nasz przyjaciel z Hiszpanii dzwoni i opowiada, że łowią kraby, kalmary, camarones, ale już od trzech miesięcy nie był w żadnym barze na winie. Płakać mi się chce – tęsknię za tapas barami, że aż mnie coś szarpie w środku. 

Z tego wszystkiego ugotowałam na weekend ogromne wiadro barszczu ukraińskiego, bo tam się dużo obiera, kroi, trze na tarce i można czymś zająć niespokojne ręce. A N. musi mi zamawiać kordonek na Allegro, bo cały sznurek jaki był w domu przerobiłam na serwetki, w ramach terapii zajęciowej, żeby nikogo nie porąbać. A NIEKTÓRYM NAPRAWDĘ BY SIĘ KURWA NALEŻAŁO.

O BAJKOWYM PRZERYWNIKU

No to byliśmy w Łańsku na weekend.

Przyznam, że miałam przed wyjazdem rozkminy o posłuszeństwie obywatelskim i izolacji, ale z drugiej strony – GDZIE będę bardziej odizolowana, niż w środku lasu, gdzie do stołówki na śniadanie jest kilka kilometrów? I mieliśmy zarezerwowaną finkę od paru miesięcy, bo nie jest łatwo o termin. A N. pakował kołowrotki i żyłki i spławiki od dwóch tygodni – nie mogłam mu tego zrobić i spękać przed wyjazdem. 

Inna sprawa, że na śniadania nie chodziłam, bo nie można z psami do restauracji, bo gościom przeszkadzają. „To po co państwo takich gości zapraszacie?” – zapytał mój mąż w recepcji, ale nie uzyskał odpowiedzi. Więc śniadania mi przynosili, a ja w tym czasie robiłam z psem jakieś pięć kilometrów po lesie – do drogi, na pomost, dookoła chałupy, znowu na pomost, wzdłuż jeziora… Dawno się tak nie nachodziłam, a Szczypawka to już w ogóle, szalała po lesie jakby na nowo odnalazła swoje powołanie. A miała co tropić, bo dziki krążyły regularnie, a jednego wieczoru (lekko narąbany) N. na tarasie przegadał pół godziny z lisem. Twierdzi, że to była suczka i że poznał po oczach (moim zdaniem, u psowatych się poznaje po brzuchu, no ale on PO OCZACH).

Przeżyliśmy chwilę grozy, kiedy jedna koleżanka dojeżdżała do nas w piątek po zmroku – SAMA i PIERWSZY RAZ, a nie jest łatwo trafić nawet w dzień. Tym bardziej, że nie ma zasięgu ani telefonu, ani GPS-a, a jedzie się leśną drogą ładnych kilkanaście kilometrów – wiele horrorów się tak zaczyna. No i oczywiście się pogubiła, ale zatrzymał się jakiś samochód, wysiadł z niego facet, podszedł do niej… (w tym momencie ja już bym miała trzeci zawał) …i zapytał CZY PANI DO ŁAŃSKA I ZABŁĄDZIŁA? Tak – tam są bardzo mili ludzie i pomocni, ale w środku nocy (i w środku lasu) to człowiek ma, że tak to ujmę, INNĄ WRAŻLIWOŚĆ. No ale podziękowała panu, trafiła i bardzo się na to konto upiliśmy ze szczęścia i z ulgi, że jej w tym lesie nie poćwiartowali i nie zjedli.

W sumie jeszcze raz straciłyśmy kontakt z bazą, jak poszłyśmy na spacer do lasu plus pies i po kilku kilometrach lekko nie miałyśmy pojęcia, gdzie jesteśmy – chociaż cały czas się pocieszałam, że NIE ZGUBIMY SIĘ, bo tu jest TYLKO JEDNA asfaltowa droga przez las. Gdyby telefon miał zasięg, to mogłybyśmy zadzwonić pod numer alarmowy, że jesteśmy w środku lasu i chyba mamy COVID – ale niestety, byłyśmy całkowicie, zupełnie offline, jak przed wojną, i pozostało nam co najwyżej robić grzybom zdjęcia. A grzyby były, i to bardzo fotogeniczne, a niektóre nawet jadalne.

Na szczęście ryby nie brały, więc pobyt był bardzo przyjemny. I przeprowadziliśmy dziesiątki, setki interesujących wieczornych rozmów (im więcej wina, tym bardziej interesujących, ma się rozumieć), z których oczywiście nic nie pamiętam. To znaczy, pamiętam jeden stanowczy wniosek z jednego wieczora: NIKT NORMALNY NIE LUBI WESEL.

No a teraz powrót do szarej i dusznej rzeczywistości, Netflixa (jest druga seria „Niewyjaśnionych tajemnic”, chociaż tyle), i złych wiadomości, i rządów Blue Meanies. I pandemicznych snów. 

Marzę o powrocie do normalności, ale akurat wesel by mi nie brakowało.

O TYM, ŻE DZIŚ NIEOPTYMISTYCZNIE

Nie macie chwilami wrażenia, że oglądacie swoje życie z zewnątrz, z pewnej odległości? Jak pacjenci, którzy opisują śmierć kliniczną, kiedy patrzyli na swoje ciało fruwając pod sufitem sali operacyjnej?

Bo ja tak mam od kilku dni.

Serial o nawiedzonym dworze oglądam właściwie na uspokojenie. Chętnie bym się z nimi zamieniła – co to jest kilka duchów, pętających się po ogromnym domu i pięknym ogrodzie, w porównaniu z tym, co mamy teraz na co dzień. Jakby zaraza to było za mało, to jeszcze codzienne występy tych tłuków.

A na dodatek przypomina mi się, jak w poprzednich latach narzekałam na listopad i na zimę, mimo że wyjeżdżaliśmy do Hiszpanii, do znajomych albo do Madrytu przebąblować weekend na poprawę humoru. Człowiek nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki jest wolny i uprzywilejowany. I jak mu się od tego w dupie poprzewracało i narzeka na byle gówienko, typu samolot opóźniony godzinę, albo wzdychałam „O matko, jak mi się nie chce pakować!…”. Normalnie marzę o podróżach w czasie, żebym mogła samą siebie z wtedy kopnąć w dupę. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. I jak Stan w najnowszym South Parku zaraz się rozpłaczę, że CHCĘ Z POWROTEM MOJE ŻYCIE.

A dilera od xanaxu jak nie miałam, tak nadal nie mam. Do dupy. Wielkiej, tłustej i z cellulitem.

O WĘDCE I SZCZEPACH

No więc wchodzę wczoraj do łazienki, a tam w wannie… WĘDKA. I pająk, no ale pająk w wannie to element zupełnie oczywisty i naturalny, ale WĘDKA? I to rozłożona? Mam nadzieję, że rozłożona wędka nie przynosi pecha, jak rozłożona w domu parasolka, bo ktoś za to odpowie i będzie to właściciel wędki.

Poza tym, właściciel wędki kupuje ostatnio więcej butów niż ja i zdecydowanie jest to ANOMALIA – nigdy wcześniej w naszym związku nic takiego nie miało miejsca.

Z tęsknoty za półwyspem iberyjskim zrobiłam w weekend bacalhau com nata – wyszedł bardzo pyszny – oraz miałam wykład połączony z degustacją na temat szczepów murviedro i garnacha. Nasz hiszpański przyjaciel poleca te wina, a on ma niesamowitego nosa i zwykle wyprzedza trendy i modę. No i nie daje sobie wciskać marketingowych kitów – jest mistrzem wyszukiwania najlepszych win w przedziale cenowym od 3 do 4 euro za butelkę oraz twierdzi, że bardzo często crianza jest lepsza od reservy i nie ma co się wykosztowywać. No więc on teraz stawia na murviedro i garnacha, sprawdzimy za jakieś 2 – 3 lata czy miał rację (o ile jeszcze świat będzie istniał, oczywiście).

A dziś od rana w Świnoujściu kombinują z pięciotonową bombą Tallboy i tak się zastanawiam, czy jeszcze będziemy mieli miejscówkę nad Bałtykiem… Chociaż to podobno są profesjonaliści i wiedzą, co robią. No, zobaczymy.

Zbliżamy się do końca „Modern Family” i nie wiem, co będzie – zżyłam się z tymi głupkami; chyba najbardziej będzie mi brakowało Glorii i Camerona.