O SKARPETCE I TYM, JAK SOBIE NAGRABIŁAM

Pożyczyłam Zebrze na wyjazd walizki – kabinówki, bo jechali całą rodziną i nie mieli tyle sztuk. Po powrocie walizek wyciągam z jednej SKARPETKĘ, wyraźnie męską, więc informuję ją, że habeas corpus delicti i co ona na to. A ona na to, że dostała te walizki ze skarpetką i ze skarpetką oddaje! No faktycznie, po bliższym zapoznaniu ze skarpetką wydaje się być znajoma (wcześniej nie sprawdzałam zbyt dokładnie, bo jestem dobrze wychowana i nie zaglądam w zęby cudzym skarpetkom). No dobra – jak nasza, to przyjmuję ją do domu z otwartymi ramionami, jak młodego Amisza po tym rumpel… cośtam. Ale jeszcze się zapytałam Zebry, czy przynajmniej zabrali ją na wycieczkę? A ona, że NIE! Zostawili w domu na półce. Bez sensu. Mogli zabrać i robić jej zdjęcia w różnych ciekawych miejscach, jak krasnalowi Amelii. 

A poza tym to mieliśmy spotkanie klasowe z liceum (nie napiszę, ile lat po maturze, bo mi się słabo robi na samą myśl). No i cóż – dziewczyny się zmieniły bardzo mało, raczej każdą bym poznała na ulicy, natomiast panowie… Statystycznie ubyło im włosów, a przybyło kubatury – czyli per saldo jednak jakaś tam równowaga. Było sporo śmiechu i używek, ale najlepsze, że rano w dzień spotkania dotarło do mnie, co to za data. 

– Czy my dziś nie mamy rocznicy ślubu? – pytam się N. bardzo delikatnie, żeby go nie spłoszyć.

– Oooo, PAMIĘTAŁAŚ!

No więc on bardzo dobrze pamiętał i cierpliwie czekał, kiedy się zorientuję (żeby mnie opierdolić, oczywiście – bo on wiedział od razu, jak mu powiedziałam o planowanym spotkaniu, jakieś dwa miesiące temu). I zorientowałam się – w dzień imprezy! No przecież mówiłam, że o wszystkim ostatnio zapominam. O jego imieninach kilka dni wcześniej też zapomniałam i teraz jestem na indeksie i cały czas słyszę przytyki. W związku z tym, żeby nie przegiąć, to wróciłam do domu skandalicznie wcześnie, o jedenastej wieczorem, kiedy to wydarzenia dopiero zaczynały rozkwitać. No nic, mają wpaść koleżanki i opowiedzieć co było fajnego, ale raczej chyba wszyscy wrócili do domów w jednym kawałku, więc jakichś znaczących skandali raczej nie było. Czyli w sumie ominął mnie większy kac (chociaż i tak miałam, leciutkiego).

Więc teraz stąpam po cienkim szkle, żeby nie popełnić kolejnej fopy; najgorzej, że nawet porządnej awantury nie mogę zrobić, dopóki się nasz bilans karmiczny nieco nie wyrówna. No po prostu coś okropnego.

Z wiadomości bieżących: „Rosja. Myśliwy znaleziony martwy. Przygniótł go niedźwiedź, którego zastrzelił” – o, i takie wiadomości lubię (a tę to nawet podwójnie). Tak się powinny kończyć polowania, nawet na przepiórki.

6 Replies to “O SKARPETCE I TYM, JAK SOBIE NAGRABIŁAM”

  1. W mojej klasie z liceum nie ma kogo porównywać, bo liceum z racji profilu było 100% damskie, ale za to w podstawówce byłyśmy w mniejszości i chociaż nie mieliśmy i nie będziemy mieć spotkań, czasem natyka się człowiek na kogoś, gdy jedzie w rodzinne strony. Podobno moja pierwsza miłość z podstawówki źle się starzeje, ale nie dziwię się, to typ Endrju D., czyli w młodości ciacho, a potem kapcanieje.
    A Ty nie poszłaś za najnowszą modą celebrycką? Mogłaś się spić, a potem wrzucić zdjęcie spod kroplówki witaminowej ;-]

  2. Tak, Tak, u mnie było tak samo na spotkaniu klasowym po iluś tam latach(dużo). Dziewczyny bardzo dobrze, panowie, jak stare dziady. Co prawda na następnym, które było jeszcze później, trochę się to wyrównało, ale wtedy byłam lekko zszokowana.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*