Na sośnie nad tarasiem siedzi jakiś zwierz, zajada szyszki, a łuskwinami pluje na taras. Mogło sobie usiąść na KTÓREJKOLWIEK sośnie – ale nie, musiało akurat na tej, z której śmieci lądują na tarasie i ja muszę je zamiatać kilka razy dziennie! Chociaż może to z troski o mnie, żebym robiła więcej kroków i miała aktywność fizyczną. No, to mam – przy okazji polecam silikonowe szczotki do zamiatania. Może nie są najlepsze dla środowiska, ale za to najlepiej się nimi sprząta trudne powierzchnie.
Chciałam w tym miejscu zaznaczyć, że jako jedyna z najbliższego towarzystwa nie mam smartwatcha, który wszystko liczy i pokazuje. Na pewno byłabym na ostatnim miejscu z moimi wynikami, poza tym one potrafią być niemiłe i uszczypliwe – wysyłają złośliwe komunikaty, a ja nie mam w życiu miejsca na taką NEGATYWNĄ ENERGIĘ. Co to, to nie. Trzeba mieć te resztki godności własnej.
Ponieważ ostatnio wpadam ze skrajności w skrajność, to z nieoglądania seriali wsiąkłam w „For All Mankind”, który to od dawna polecał mi jeden znajomy mecenas, a ja jakoś tak się namyślałam. I jak odpaliłam pierwszy odcinek, to najchętniej bym oglądała NON STOP, tylko cały czas N. albo Mangusta coś chcą. A to do biura pojechać, a to zakupy, a to jeść, no powiadam państwu – życie rzuca kłody przed telewizor (oglądam na dużym ekranie, bo na to zasługuje). Po raz kolejny w roli twardziela w kosmosie – Joel Kinnaman, ale bardzo pasuje, więc się nie czepiam. Końcówka pierwszego sezonu taka, że co pięć minut łapię się za serce – nie oszczędzają ani widza, ani bohaterów (to nie jest serial tego typu, że komplet bohaterów zostanie z widzem do końca, od razu mówię). I ma pięć sezonów, a nie nędzne osiem odcinków (coraz krótsze te seriale ostatnio robią).
Za to „Dziwna pogoda w Tokio” – naprawdę dziwna, może faktycznie zbyt duże różnice kulturowe; czasem trudno odróżnić, co się wydarzyło naprawdę, a co jest jakimś snem czy abstrakcyjną wizją. Ale taka „Dziewczyna z konbini” czy „Ukochane równanie profesora” też były dziwaczne, ale przy tym wciągające i podążało się za narratorem. Po lekturze kolejnej japońskiej książki mam takie wrażenie, że tam ludzie czują się bardzo samotni i nie można niczego powiedzieć wprost (może właśnie to jest główna przyczyną).
Ponieważ nie nadaję się – jak widać – do literatury ambitnej, to postanowiłam w wakacje powyciągać książki z wydawnictw Kameleon i Salamandra – kupowałam je kiedyś do czytania w pociągach i były naprawdę fajne, a trafiały się klejnoty, jak powieści Barbary Trapido czy Williama Gibsona. Na razie wyciągnęłam „Dublerkę” Deborah Moggah (która prawie jest moją dobrą znajomą, po tym jak Nina Stibbe opisała jej zwyczaje związane z ogrodem, ubieraniem się, przyjmowaniem gości i pisaniem – Deborah potrafi pisać wszędzie i w każdych warunkach, np. jedząc tosty z jajkiem naprzeciwko włączonego telewizora).
Przynajmniej cieplej się zrobiło. Idę pozamiatać taras.
PS. Władek Jagiełło był sporo niższy od Jadwigi, ale podobno miał poczucie humoru.
Japońska kultura jest nie do przejścia dla mnie – mamy w firmie niewielki oddział w Tokio, od czasu do czasu wysyłają maile z różnymi pytaniami, za każdym razem rzęsiście przepraszając na początku i końcu tych maili, że w ogóle zawracają głowę. Męczące.