O TYM, ŻE PEŁNIA BYŁA STRASZNA

Nie wiem, czy to tylko u mnie, ale ostatnia pełnia mnie przeczołgała.

Najpierw Inpost zjadł mi paczkę, a właściwie – nie otworzył skrytki. Aplikacja się zawiesiła, a jak się odwiesiła – to paczka już była oznaczona jako odebrana. Były to okulary słoneczne, bez których postanowiłam, że przeżyję. Złożyłam reklamację, ale bez jakichś oczekiwań. Pomyślałam, że jak paczka się odnajdzie w odmętach systemu, to poproszę o przesłanie jeszcze raz albo coś. 

A następnie transferowali mi bank do VeloBanku.

W weekend była przerwa techniczna, a w poniedziałek rano moje konto zniknęło z jednego banku i nie pojawiło się w drugim. Naiwnie zadzwoniłam na infolinię, po czterdziestu minutach oczekiwania (muzyczka zdecydowanie lepsza w poprzednim banku) pan konsultant rozbrajająco poinformował mnie, że on mi w niczym nie pomoże, bo system padł. W internecie zaroiło się od komentarzy wkurwionych klientów, co mnie trochę pocieszyło, a trochę nie – niby nie jestem w tym sama, ale taki burdel niezbyt dobrze świadczy o banku. A może informatycy od migracji byli już z tego pokolenia, że mają work – life balance i po prostu nie przyszli w weekend do pracy, transferować klientów, bo mieli inne plany. A może prezes lubi zarządzanie przez chaos. Podobno jakiś wizjoner. No, to wyjątkowo mu się wizja zmaterializowała w jeden wielki megaburdel.

Najgorzej, że jak się tak zaczęłam zastanawiać, to właściwie mogą mi to konto zniknąć i nic nie zrobię. Bo odkąd nie ma papierowej korespondencji, cały mój dowód na to, że mam jakieś konto, to karta z banku (którą można podrobić) i jakieś maile (jeszcze jak można podrobić, a zresztą systematyczne je usuwam). Umowę z bankiem mam (albo nie mam) sprzed ponad dwudziestu lat, więc może już się rozleciała. Nawet nie zrobiłam sobie kopii ostatnich wyciągów, bo niedawno przenosili N. z jednego banku do drugiego i on KOMPLETNIE nie musiał nic robić, nawet instalować nowej aplikacji, tylko kolorek logo w telefonie mu się zmienił. Więc myślałam, że to taki bankowy standard. A zatem, nawet jak się już dostanę przed oblicze jakiegoś konsultanta, w telefonie czy na żywo, to on mi może spokojnie powiedzieć w twarz, że pierwszy raz na uszy słyszy, że ja mam jakiekolwiek konto. A taką kartę do konta to sobie można kupić w każdym sklepie z kartami. 

Pierwsze logowanie udało mi się we wtorek, późnym rankiem. Sprawy do wyjaśnienia będę wyjaśniać, kiedy czas oczekiwania na infolinii spadnie poniżej trzech godzin. W ramach testu kupiłam sobie koszulę w Zarze (mój ulubiony styl, cienkie bawełniane z haftami i zakładkami, koszmar do prasowania, ale wyglądają ślicznie). 

Kiedy tak siedziałam w poniedziałek, osuwałam się w otchłań szaleństwa i odświeżałam stronę, to już nie wiem, czy miałam halucynacje, czy naprawdę wyświetlił mi się filmik z panią, która nakładała na włosy majonez. I tłumaczyła, jakie to super dla włosów i zbawienne. I drugi z panią z Paryża, która wyciągnęła z lodówki ogryzki różnych serów, zeschnięte i zapleśniałe (pleśń odkroiła), wrzuciła do miksera z białym winem i zrobiła z tego maź, która się nazywa fromage fort i jest tres chic. Może być na grzanki albo do sałatki (ale pleśń żeby jednak odkroić). 

A we wtorek po południu Inpost przysłał mi ponownego linka do zaginionej przesyłki, więc tego samego dnia odzyskałam i okulary, i konto w banku. Powinnam była wypić toast szampanem z tej okazji, ale nie lubię szampana (ani kaca następnego dnia). 

Teraz najchętniej bym zażyła jakieś psychotropy uspokajacze i jakieś trzy dni posiedziała na kanapie w stanie półświadomości, ale oczywiście mój mąż i Mangusta mają inne plany i nici z relaksu. Jak się zdenerwuję, to zrobię francuski dip ze spleśniałego sera.

8 odpowiedzi na “O TYM, ŻE PEŁNIA BYŁA STRASZNA”

  1. w razie kraksy inpostu polecam dzwonić od razu na infolinię 🙂 tam działają sprawnie. Miałam taką sytuację jak były siarczyste mrozy i paczkomat zamarzł- skrytka się nie chciała otworzyć, a paczka została oznaczona jako odebrana. Zadzwoniłam na infolinię, przedstawiłam sytuację i poprosiłam o zaznaczenie paczki jako nieodebranej, i że wrócę jutro jak słońce wyjdzie i poświeci na paczkomat. I się udało 🙂

  2. W czasie awarii systemu mamy zakaz mówienia klientom tego faktu 😉 Mamy mówić: “Obecnie trwają prace serwisowe” ;)))
    Współczuję ostatnich perypetii. Pod koniec kwietnia miałam takie pierepałki z przesyłkami – pierwszy raz w życiu i od razu z dwiema paczkami od różnych przewoźników. Całe szczęście, że mam dużo sympatii do kurierów dzięki profilowi “Jestem kurierem, więc rzucam paczkami”, bo jebnęłabym litanię. Aż popłakałam się z bezsilności. Po trzech dniach gorączkowej wymiany mailowej z firmami “gdziedokurwynędzyjestmojapółka” łamane przez “dziemójżwirekdlakotówboszlagniebieskimnietrafi” sąsiadka z dołu zapytała z wyrzutem, kiedy w końcu zabierzemy od niej paczkę :facepalm:

    • Naprawdę tak powiedział! Może to był przypadek z cyklu “I’m not paid enough for this”, bo poniedziałek rano to był huragan Katrina. Nawet zapytałam, czy są jakieś prognozy, kiedy rzeczony system się podniesie, ale pan powiedział, że nie ma pojęcia.
      A z paczkomatem to był pierwszy raz taki numer, ja naprawdę bardzo sobie cenię paczkomaty.

  3. majonez na włosy, to jedna z najstarszych metod pielęgnacji – czytałam o niej w jakichś książkach “z epok” – jak nie mieli jeszcze rosmanów i hebe, to tak właśnie dbali o urodę

    • Ooo! Ja mam trochę książek z epoki i nigdy! Żółtko – owszem. Piwo – owszem. Ale o majonezie jako żywo nie czytałam!
      Czy każdy majonez się nadaje? Co z Kieleckim, który zdecydownie jest bardziej ostry? Chociaż octu też się do włosów używa, kiedyś się płukało żeby wygładzić.
      Hmm.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*