O ŚLIWKACH CHYBA

Nie ma to jak spędzić pół niedzieli na PRZETWORACH ZNIENACKA. Wszystko przez to, że zadzwoniła do mnie ciotka (ta od xanaxu) i jęczy – otóż miała dostać od znajomej trochę wiśni z własnego sadu, a tu niespodzianka, znajoma przywiozła jej jeszcze i śliwki. Niestety TRZY WIADRA. I żebym trochę wzięła, bo ona już nie ma ani pomysłów, ani słoików na te śliwki i cukier jej się kończy.

No to wzięliśmy trochę i co było robić, jak nie powidła, bo to najszybciej. To były dwa gatunki śliwek i jedne pierwsze raz w życiu widziałam – krwistoczerwone w środku i za cholerę nie chciały się oddzielić od pestki. Ale powidła z nich wyszły bardzo przyjemne.

(Co mi przypomina, jak pewnego razu przy śniadaniu N. kategorycznie zażyczył sobie wyjaśnienia różnic pomiędzy dżemem a powidłami. I on jadł śniadanie, a ja mu czytałam na głos internetowe artykuły o dżemach, powidłach, konfiturach i marmoladach, zamiast normalnie po ludzku zrobić awanturę i już).

A najgorsze to wiecie co? Już nawet nie to, że zamiast leżeć pijana pod monopolowym na rogu, jak aktualna siła przewodnia społeczeństwa, to pestkuję owoce i płacę podatki. Chociaż to owszem, wkurwiające, jak się przyjrzeć z pewnej perspektywy. Ale najgorsze, że śliwki to JESIEŃ – a jeszcze dostałam maila „Przygotuj się na jesień NOWA KOLEKCJA”. Otóż ja się nie chcę na jesień przygotowywać! Co za granda.

O TYM, ŻE LATO POZOSTAWIA WIELE DO ŻYCZENIA

N. mi się ostatnio zdenerwował, kiedy rano usłyszał w Trójce piosenkę jakiegoś romantycznego mężczyzny o tym, że jest piąta rano i zaraz się noc skończy. 

– O piątej rano to ja jestem po wyprowadzeniu psa, podlaniu kwiatków na tarasie i dwóch kawach! Albo już kawał za Częstochową, a temu się noc kończy! Nie mogę tego słuchać – i poszedł.

Taka prawda. A dziś pobudka była o trzeciej rano i Szczypawka domagała się ŚNIADANIA (wspominałam już, że nie przepadam za zapachem psich chrupek o trzeciej rano?…). 

I czekam na tez zapowiadany od dwóch tygodni POWRÓT UPAŁÓW. Czekam i czekam, i czekam, i one codziennie mają nadejść JUŻ OD JUTRA. Na razie od tego lata to reumatyzmu w lewym kolanie dostałam i mi chrupie jak chodzę. W ogóle niby lato, a jakoś tak smutno i ponuro, byłam ostatnio w hurtowni papierniczo – chemicznej i uwaga, NIC SOBIE NIE KUPIŁAM! Oprócz zakupów do biura. To się praktycznie NIE ZDARZA, żebym wyszła bez nadmiarowych długopisów, notesów albo kolorowych karteczek!… No dobra, balsam Ziaja glitter za sześć złotych, ale co to jest jeden balsam! W dodatku ma za mało glitter. 

Co odpalę jakiś serwis informacyjny w internecie, to tam albo zmordowane dzieci, albo zamęczone zwierzęta, albo poseł Czarnecki. No nie ma innej możliwości, muszę się nauczyć pić wódkę tyłkiem.

O POMYŁCE NETFLIXA I ZDJĘCIU

Przez 99% procent czasu nie rozumiem ludzi, którzy skaczą z mostów albo rzucają się pod pociągi. Ale od czasu do czasu przychodzi ten jeden procent. Wtedy jedyne czego NIE ROZUMIEM, to dlaczego ja właściwie jeszcze nie leżę na torach o tej godzinie, najlepiej oczekując na towarowy z podwójną lokomotywą.

Odpowiedzią jest oczywiście pies (niektórzy twierdzą że miłość, ale to w gruncie rzeczy to samo). Nie mogę leżeć pod lokomotywą, bo kto poda Szczypawce tabletkę w masełku, w dodatku w takiej pozycji:

Natomiast Netflix przysłał mi jako „Wybrane dla ciebie”: 

Godzinki

2017

Dyscyplina klasztornego życia zostaje zakłócona, gdy trzy pewne siebie zakonnice spotykają na swojej drodze ponętnego ogrodnika.”

Serio? Ale SERIO SERIO? Trzy pewne siebie zakonnice i ogrodnik? Czy ja wyglądam na amatorkę ponętnych ogrodników? A jeśli chodzi o zakonnice, to wolę jak biorą LSD i karmią tygrysa (patrz Almodovar). Albo Netflixowi się algorytmy pokopały, albo jakaś pijawka siedzi na moim koncie na krzywy ryj.

Oglądałam sobie zdjęcie kwantowego splątania, jakie udało się zrobić naukowcom. To straszne, ale ja na tym zdjęciu widzę usta siostry Godlewskiej. Nie chcę, żeby Wszechświat składał się z takich rzeczy!…

O SILIKONIE I MORDERCY

„Weterynarz z przypadku” – na jeden wieczór do poduszki, szkoda – spodziewałam się czegoś grubszego i z całą sympatią dla pana doktora, chętnie bym przeczytała więcej historii o pacjentach, chociaż oczywiście jego życiowe wybory i przemyślenia są bardzo ciekawe. Książka jest zbiorem historyjek z bloga, co widać – no niestety, blog nie jest najlepszym materiałem na książkę, to kolejny przykład na potwierdzenie tezy. ALE JA NIE O TYM właściwie – otóż w jednym z felietonów dotyczącym kastracji psów autor informuje, że na rynku pojawiły się silikonowe protezy psich jąder i że reklamuje je Kim Kardashian.

HA HA, jaja (nomen omen) sobie robi – pomyślałam i oczywiście następnego dnia wyguglałam – jest to prawdą, Kim Kardashian uszczęśliwiła swojego psa Duke silikonowymi protezami marki NEUTICLES, żeby się nie czuł zniewieściały. Moim zdaniem ona ma taki syndrom, że kiedy widzi coś silikonowego to nie może się oprzeć – jak nie ma gdzie tego wszczepić sobie, to przynajmniej psu, skoro był pod ręką. Widocznie jest pewna masa krytyczna silikonu w ludzkim ciele, od której zaczyna się zasysanie z otoczenia dostępnego silikonu w każdej postaci. Ludzka czarna dziura silikonowa. Coraz więcej takich egzemplarzy chodzi po tym biednym globie – ciekawe co będzie, jak już zaabsorbują cały dostępny silikon – zaczną pochłaniać się nawzajem?…

Natomiast „Taśmy Bundy’ego” są porażające. Skurwysyn był wydajny jak harvester, a przez tyle czasu (a raczej – tyle ofiar) nie zostawił żadnego śladu, to jest aż nie do uwierzenia. Przecież to były lata 70-te, nie osiemnasty wiek, a on właził do domów, do sypialni, musiał je wozić swoim samochodem – i nic? I dlatego nie lubię oglądać dokumentów – za bardzo się denerwuję. 

Za to Netflix rzuca czwarty sezon Różowej brygady, mam nadzieje, że będą odcinki z kobietami – a ja się posłuchałam Tana, wygrzebałam z szafy szorty i spodenki nad kolano (żeby nie nosić tych nieszczęsnych  capri) i co? I lato się skończyło.

I tak, też przed alkoholizmem powstrzymuje mnie to, że nie lubię wódki. A wina to by wychodziło strasznie dużo, i to CODZIENNIE, ile to butelek do targania! Chociaż zaraz, modelki w „Jess i chłopaki” piły wódkę tyłkiem. Hm. HMMMM.

O WYDARZENIACH LOKALNYCH

Mam poniedziałkowe wilcze doły: śmieci podrożały, czynsz podrożał oraz jest zimno. I jak tu nie przeklinać i zachowywać się konserwatywnie z umiarem? No nie da się. Jedno co dobre w tym wszystkim, że trochę popadało.

Kupiłam natomiast pachnące patyczki do przedpokoju, wśród opisów zapachów (opisów zapachów!…) szukałam jakiegoś najmniej agresywnego i tak jakoś mi się wydawało, że „karaibska plaża” brzmi nieźle, no bo co na plaży pachnie: morze, piasek, czasem olejek do opalania. Odpakowałam w domu… No, jeśli na tych Karaibach TAK ŚMIERDZI, to dobrze że tam nigdy nie byłam oraz nie wybieram się. Po pół dnia wywaliłam patyczki precz, nie dało się żyć pod jednym dachem z tym obrzydlistwem.

Natomiast na Fejsbuku wyskoczyła mi strona lokalnego tygodnika, opisującego wydarzenia w moim pięknym mieście. Od razu pierwszy artykuł opisywał odnalezienie zwłok pacjenta na dachu szpitala. Pacjent jakoś tam się zgubił personelowi dwa dni wcześniej, wiadomo że nikt za nim specjalnie nie tęsknił, bo pacjenci w szpitalu to zło konieczne – jeden zginął, to przyjdzie pięciu następnych. Tylko zamiast odnaleźć się jak Bóg przykazał gdzieś pod okolicznym monopolowym w dobrym humorze i zacnym towarzystwie, to się objawił nieżywy i na dachu. Ekscentryk.

I od razu następny artykuł był o lokatorach pewnej kamienicy, których tłucze sąsiadka chora na schizofrenię. Nawet ją zamknęli w jakimś zakładzie, ale uciekła i od tamtej pory trwa PROCEDURA i nic obywatelce zrobić nie można, zresztą specjalnie żadna instytucja się nie poczuwa. A pani dalej rzuca się na ludzi i ich bije.

Więc jeśli ktoś uważa, że cywilizacja idzie do przodu, a kraj wraz ze światem zmienia się na lepsze, to zapraszamy do Żyrardowa, gdzie zostanie obrany z tych złudzeń jak mandarynka.

A może po prostu pierdolnąć to wszystko i popaść w alkoholizm, żeby się dopasować do otaczającej rzeczywistości? Jakoś nie słyszałam, żeby alkoholik się martwił cenami śmieci. Albo czymkolwiek w zasadzie. I cholesterol im się w żyłach nie odkłada.

Pomysł wart rozważenia.

O TYM, ŻE MOGŁYBY SIĘ CZEREŚNIE SKOŃCZYĆ

Mówiłam, że nie znoszę, jak N. wyjeżdża na kilka dni?

Od razu pierwszego dnia wieczorem wlazłam bosą nogą na zdechłą muchę. AAAAA – przez pięć minut stałam na jednej nodze jak flaming i miałam ochotę się jednocześnie rozpłakać i porzygać. NIE CIERPIĘ much, uważam je za najohydniejsze stworzenia na ziemi, wolałabym dotknąć tasiemca uzbrojonego, niż muchę, a zdechłe obrzydzają mnie jeszcze sto razy bardziej (nie dość, że mucha, to jeszcze TRUP). 

I nie dość, że słabo śpię, to jednej nocy rozszczekały się psy z całej okolicy – przez dwie godziny miałam galopadę myśli, co też się mogło wydarzyć. Nic nie wymyśliłam, a rano nie było żadnych śladów w ogródku ani okolicy, więc może po prostu szła karawana. (A może zombie, a może obrona terytorialna, a może zwykły pijak – już nigdy się nie dowiemy). A mój super ultra czujny pies myśliwski przespał całą imprezę jak niedźwiedź, nawet jej ucho nie drgnęło.

Tymczasem było zaćmienie Słońca (nie zauważyłam, sprzątałam kredens) oraz świeże pesto z Biedronki okazało się jakieś mdłe. Chyba przydałby się ostrzejszy ser.

A w ogóle to próbuję ograniczać rozbuchaną konsumpcję i przestać kupować ciuchy których naprawdę nie potrzebuję i prawie mi się udało… Ups, biała koszula. Ale haftowana i sto procent bawełny!  Kiedy w końcu PIS zamknie sklepy internetowe, żeby nie wodziły na pokuszenie uczciwego (choć leniwego) obywatela? Jak zwykle wszystko przez ten internet.

Calutki taras mamy obsrany na fioletowo. Kiedy kończą się czereśnie? Może by się ptaszki zabrały za spożywanie komarów, zanim komary spożyją mnie, hę? HĘ?

PS. Wspominałam już, że po hiszpańsku rekin to „TIBURON”? Czy tylko dla mnie to brzmi niepoważnie? „Tiburon” to dobre imię dla uroczego pieska z lekką nadwagą, a nie dla wodnej torpedy z miliardem zębisk. Też wymyślili!…

O ĆMACH I KODACH

Drogie Bravo, wczoraj mówię do N., że w jednym z wątków przeczytałam o facecie, który je owady. No ma takie hobby. I ten facet powiedział, że zjedzenie ćmy to jest jakby się zjadło łyżkę mąki. 

I pytam, czy on by zjadł ćmę dla mnie, gdyby zaszły takie okoliczności, że to by było niezbędne. Albo po prostu, żeby zademonstrować siłę swojego uczucia. Przecież Ross wypił tłuszcz dla Rachel. 

Na co N. stwierdził, że on już NAPRAWDĘ mnie zapisze do psychiatry i wszystko mu opowiem – jak każę mężowi jeść ćmy i popijać tłuszczem, bo on już nie ma siły na to wszystko. 

Po pierwsze – ZAPISZE mnie do psychiatry – ahahahah, powodzenia. I co, może jeszcze do ortopedy albo endokrynologa? W najbliższej pięciolatce? Taki duży, a naiwny jak dziecko.

Po drugie – nic mu nie KAZAŁAM, to była sytuacja hipotetyczna i teoretyczna, a ten histeryzuje, jakbym mu przyniosła słoik ciem i widelec. I stanęła nad nim jak pani nade mną w przedszkolu podczas obiadu i kazała zjeść do końca (prawie każdy posiłek w przedszkolu kończył się moim płaczem).

Po trzecie – odnoszę wrażenie, że cokolwiek nam odwala od upału.

I komary mnie gryzą w tym roku. Gust im się zmienił albo po prostu jest ich strasznie dużo i jak turyści w Zakopanem, nie bardzo mają wybór. Muszą jeść, co dają (i odstać dwie godziny w kolejce) (kto przy zdrowych zmysłach jeszcze jeździ do Zakopanego?).

Natomiast wczoraj…

– Jak by ci to powiedzieć… Pentagon nie wierzy w prezydenta. Dali mu fałszywe kody.

– Czekaj… Pentagon dał prezydentowi lipne kody atomowe?

– Dziwisz im się?

Ja osobiście wcale się nie dziwię (kodu do walizki z gaciami na zmianę bym nie dała, a co dopiero do rakiet nuklearnych) – a ten dialog to z piątego sezonu „Rake”. Zaczął się wspaniale i jak patriotycznie! Kierowca daje Cleaverowi – SENATOROWI Cleaverowi – polską wódkę. Na uspokojenie.

Głowa mnie boli (też mi nowina) – niech przybywa ta burza, bo trawnik nam schnie. Mówiłam żeby nie golić, ale mogę sobie mówić.

O TYM, ŻE NIE WIDZĘ PRZYSZŁOŚCI DLA LUDZKOŚCI

No moi państwo, wczoraj jak po dwudziestej drugiej ciągle było trzydzieści stopni na plusie, to jednakowoż trochę wymiękłam. Owszem, zdarzały mi się takie akcje np. w Madrycie, ale po pierwsze byłam zwykle już natrąbiona (żeby przetrwać – jak Anglicy w Indiach, z tym że oni dżin i whisky od samego rana, a ja jednak staram się dotrwać do 12 w południe), a po drugie – tam mają dużo tych wodnych spryskiwaczy, co rozpylają mgiełkę pod parasolami albo pod dachem. 

NIeszczególnie się wyspałam, a rano wpadł nam do chałupy szpak.

Natomiast chyba pieskowi trochę się poprawia, bo rano już tańczy taniec śniadaniowy, czyli tak zwany walczyk – padalczyk. I żąda dokładki. Jeszcze nie biega po ogródku, ale w takie upały zdrowa też nie biegała, całkiem jak jej pańcia – trzeba się szanować. Za to drze japę na leżąco (ma swój leżak na tarasie) (chyba to oczywiste!), żeby na dzielni było wiadomym, kto rządzi. 

Z całego serca dziękuję Małgo za „Wielki szort” – zamówiłam i czyta się lepiej niż większość kryminałów (może oprócz Agaty). Niestety jako lektura do poduszki nie sprawdza się, ponieważ tak podnosi człowiekowi ciśnienie, że o spaniu nie ma mowy, bo ma się ochotę na marsz z koktajlem Mołotowa do siedziby agencji ratingowych. Raczej niech nasz doradca z banku nie dzwoni w najbliższym miesiącu, bo nie będzie to miła rozmowa.

Te fejsbukowe algorytmy to jednak są takie mądro – głupie. Chętnie klikałam filmiki o gotowaniu, najczęściej u Karlosa Arguinano, chociaż trochę mnie frustruje cudowna beztroska, z jaką używa najlepszej oliwy świata (początek prawie każdego przepisu z deserem włącznie to rozgrzanie jeziora oliwy na kilku patelniach). No to teraz fejsbukowe boty częstują mnie kulinarnymi filmikami, z tym że głównie są to amerykańskie produkcje o przygotowywaniu obrzydliwego mega hamburgera oblanego rozpuszczonym plastikowym serem albo smażeniu różnych wyuzdanych kompozycji na głębokim tłuszczu. W tym całej wielkiej cebuli rozciętej jak chryzantema. Jest to fascynująco – odrażające jak filmy Bunuela o zdechłym ośle w fortepianie, ale nie powiedziałabym, że traktuję te filmiki KULINARNIE. Jednak są granice tego, co człowiek cywilizowany powinien jeść (no dobra, tę cebulę bym spróbowała).

A propos odrażająco fascynujące – odkryłam kolejną kopalnię cudowności na reddicie, a mianowicie wątki zaczynające się od „Doctors of Reddit”. Oczywiście prawie każdy wątek kończy się wyliczanką pacjentów, którzy zgłosili się na ER z czymś interesującym w tyłku (lub innym otworze ciała, naturalnym lubi nie całkiem naturalnym). Jeden lekarz napisał, że niewiele jest smutniejszych widoków na świecie, niż malutkie stópki Barbie, wystające z męskiego owłosionego tyłka (podobno Barbie zdarzają się niepokojąco często). 

Wnioski te same co zwykle: po prostu wymrzyjmy już. 

O ZAGADCE DIAGNOSTYCZNEJ

Szczypawka postanowiła zostać zagadką diagnostyczną na miarę House’a (gdyby były odcinki o psach). Tabletki na bolący kręgosłup nie działały, więc zostałyśmy zaproszone na RTG (może nawet z kontrastem, niech się pani nie przejmuje, to bardzo bezpieczne). Równolegle na własną rękę zdiagnozowałam jej niedoczynność tarczycy oraz babeszjozę, bo wszystkie objawy mi pasowały, więc zażyczyłam sobie badań również w tym kierunku. Popatrzono na mnie dziwnie i zainstalowano psu wenflon. A później było coraz weselej, bo tarczyca w normie, ale elektrolity oszalały. I tak po pół dnia spędzonym w lecznicy na badaniach wyszło zapalenie pęcherza. 

Jakby ktoś nie wiedział, jak się pobiera jamnikowi mocz do badań, to podpowiem: łyżka wazowa.

I jeszcze tylko nadmienię, że przez trzy dni czekania na wyniki posiewu można zwariować, zwłaszcza kiedy pies leży jak kupka nieszczęścia z oczami na wierzchu. W życiu by mi do głowy nie przyszło, że pęcherz może dawać takie objawy.

Ja się nie nadaję na takie akcje, natomiast chyba jednak na przyszłość odpuszczę sobie medycynę internetową. A ten antybiotyk co nam zapisali strasznie śmierdzi, w dodatku muszę dzielić tabletkę wielkości ziarnka pieprzu na cztery części. 

W ramach dobrych uczynków wystawiamy ptaszkom miski z wodą, oczywiście codziennie zmienianą i świeżą. Zwykle zaraz po umyciu miski i zmianie wody przylatuje gołąb i ładuje się tam dupą. Zupełnie jak u ludzi, kiedy się robi coś dobrego i za darmo, zawsze ktoś od razu wsadzi dupę w sam środek. 

Gdybym miała szezlong, to teraz bym sobie trzy dni z niego pozwisała czytając Witkacego, żeby się psychicznie zregenerować. Niestety nie mam, spróbuję z fotelami na tarasie, ale to nie to samo. 

O TYM, ŻE MARTWIĘ SIĘ O PSA

Nie odzywam się, bo Szczypawka chora, w trakcie diagnozowania, nie śpię po nocach i coś czuję, że schudnę lepiej niż od upału. OBY. To by był jedyny pozytywny efekt tego wszystkiego. Tak czy inaczej – chwilowo KURWA MAĆ. Przepraszam Państwa, ale no niestety.

Wczoraj w biurze duchy dorwały się do drukarki, w dodatku jakieś dziwne duchy. Żeby jeszcze wydrukowały jakiś modlitewnik albo mistyczny traktat, to rozumiem (to znaczy, nie rozumiem – po co istocie astralnej papierowy wydruk? Ale nie rozumiem MNIEJ). Natomiast wydrukowały sobie ofertę na jakieś części, i to w dwóch egzemplarzach. Może to duch jakiegoś inżyniera przyczepił się do N. na którejś budowie albo instalacji i teraz będzie u nas urzędował – nie wiem czy to źle czy dobrze, inżynierowie bywają upierdliwi. Jakby się nudził, to mógłby poprawić hydroizolację przy drzwiach na patio (chyba że to ten, który ją spartolił i musi odpokutować – nadal jednak nie rozumiem, po co mu oferta, bo to na zupełnie inne urządzenia).

Coś jeszcze miałam, ale nie pamiętam. Nie mam głowy zupełnie. Nawet nie wiem, czy mnie ostatnio boli czy nie – bo nie mogę jej zlokalizować. 

A, już wiem! Czytałam artykuł naukowy (NAUKOWY!) o tym, że zweryfikowano liczbę kroków dziennie, jaką powinien zrobić człowiek, żeby się dobrze czuć. Wytyczne były 10 tysięcy dziennie, ale okazuje się, że jednak zupełnie wystarczy siedem tysięcy. I co? I CO? Ja jeszcze poczekam z tym chodzeniem w takim razie, za parę miesięcy się okaże że siedem tysięcy to też za dużo i wystarczy trzy tysiące kroków dziennie albo w ogóle pięćset. Nie ma co się rzucać – człowiek narobi tych kroków i później z nimi zostanie, jak Himmilsbach z angielskim.

Na razie nigdzie nie idę, tylko martwię się o psa. Wiadomo, pies jest zawsze priorytetem. Dlatego polubiłam Agatę Buzek, kiedy olała festiwal filmowy, żeby zostać w domu z psem.