O NAGIEJ RESTAURACJI

Siedzę sobie spowita w polarowe bluzy i grube skarpetki i otóż czytam, że zamknięta została restauracja gdzie można było zjeść posiłek nago. Z powodu braku chętnych. Bardzo interesujący pomysł, tym bardziej że restauracja nie była gdzieś na tropikalnej wyspie przy plaży, gdzie wystarczyło zrzucić pareo, tylko w Paryżu, czyli klimatycznie jak u nas. Już sobie wyobrażam, jak idę tam na lancz – samo wyłuskanie się z ciuchów w styczniu by mi zajęło jakiś kwadrans, a drugie tyle ubranie się po jedzeniu. Ale abstrahując od wszystkich technikaliów – czy ktoś mi może wyjaśnić, CO jest atrakcyjnego w siedzeniu przy stole w knajpie na golasa? No nie, zdecydowanie nie jestem targetem nagich restauracji, jak również lodowych hoteli. 

Nie mogę sprawdzać w internecie najnowszych wiadomości, bo nie została mi już ani jedna skórka przy paznokciach do obgryzienia. I chyba nie ja jedna się stresuję, albowiem zaglądam N. przez ramię (wiadomo – kochać i kontrolować), a on na ekranie komputera ma…

Nie, nie gołe baby, nie tindera i nie fotka peel. Ale nie wiem, czy nie gorzej.

MA PASJANSA!!!!!!

I go układa. Ja w nerwach, bo nie wiem czy dzwonić po karetkę, czy po egzorcystę, natomiast on spokojnie twierdzi, że raz na dwadzieścia lat ma prawo poukładać sobie pasjansa i żeby się od niego odczepić z łaski swojej. Więc na razie zaniechałam działań doraźnych, ale obserwuję – tym bardziej, że kilka dni temu wieczorem zerwał się z krzesła, stwierdził że MUSI KUPIĆ CYRKIEL i wybiegł z domu. Wrócił za pół godziny faktycznie z cyrklem, ale cholera go wie – może wcześniej kazał kochance kupić cyrkiel, żeby mieć alibi? Naprawdę bardzo skomplikowane jest to wszystko.

A z seriali to oglądam serial nad seriale, tak cudowny że chce mi się płakać, że to tylko dwa sezony krótkich odcinków, bo każdy z nich to drogocenny kamień. A raczej naszyjnik z drogocennych kamieni – „Green wing”, za który dziękuję stokrotnie Zuzance. Wiem, że wszyscy dawno widzieli – ja dopiero teraz (za to widziałam późniejsze „Episodes” – duża część obsady jest z „Green wing”, a „Episodes” są dobre, ale nie tak odjechane). Oczywiście kocham się w Macu, który wygląda jak normandzki rycerz, ale Sue White też jest wspaniała (i bardzo zgrabna!).

No nic. Jak mnie szlag nie trafi przez ten mróz i śnieg, to w ten weekend obchodzimy Sylwestra.

O POGODZIE OBRZYDLIWEJ

Po pierwsze – jest zimno i bynajmniej nie jestem przepełniona miłością do świata, o nie.

Po drugie – prawie znalazłam coś, co miało dostarczać mi energii i wyprowadzić na człowieka, zamiast na sfilcowane ścierwo pod kocem, a mianowicie musujący plusz cośtam. Po rozpuszczeniu kolor koktajlu z żab, ale smak znośny i naprawdę miałam wrażenie, że działa – no, może nie od razu przemiana z leniwca w diabła tasmańskiego, ale powiedzmy w ichneumona wężojada. I tak sobie żyłam w małym obłoczku sukcesu aż do minionego piątku, kiedy to po powrocie z biura na chwileczkę usiadłam na kanapie, sprawdzić coś w telefonie. I obudziłam się godzinę później. To tyle w kwestii dostarczania energii przez tabletki musujące.

Po trzecie – z interesujących informacji – podobno większość patomorfologów zaświadcza, iż pijacy i alkoholicy mają śliczne, czyściutkie żyły bez żadnych złogów, jak noworodek. W temacie innych organów już nie są tak entuzjastyczni, ale tę analizę SWOT każdy musi zrobić dla siebie sam. Pozostawiam do przemyślenia.

Po czwarte – Netflix podetknął mi całkiem niezły serial o pani, która znienacka zadźgała nożem na plaży obcego mężczyznę. W zasadzie od razu miałam gotowe rozwiązanie zagadki, no bo tak: pracują razem w rodzinnej firmie teścia, mieszkają w domu obok i codziennie jedzą razem kolację, bo teściowa gotuje i lubi, żeby tak. Czy to nie jest wystarczający motyw do dźgania nożem kogo popadnie? Niestety detektyw (zmęczony i z problemami osobistymi, oczywiście) nie poprowadził śledztwa w tym kierunku, trochę jestem zawiedziona.

Głowa mnie boli od tej pogody i już.

O KOLEJNYM POCZĄTKU

A u nas na wsi, o dziwo, strzelali w tym roku mało i krótko. Nie no, OCZYWIŚCIE że fajerwerki o północy zostały odpalone, jak nie ma hałasu to nie ma zabawy, ale popukali jakieś pięć – siedem minut i spokój. W porównaniu z poprzednimi latami, kiedy grzmocili prawie godzinę i szału już dostawałam, było dość ulgowo.

Co prawda, następnego dnia tu i ówdzie doszli do wniosku, że mają niedosyt – zdenerwowałam się, otworzyłam okno i wrzeszczę „NO CO ZA DEBIL ZNOWU STRZELA!” i patrzę, jak N. robi ostrzegawcze miny i macha rękami. Okazało się, że to nasz sąsiad z naprzeciwka (z którym dwa dni wcześniej pili wódkę, że niby dwa bratanki). A co mnie to obchodzi – jak chce strzelać, to niech wie, co inni na ten temat myślą. 

Wczoraj przez całe popołudnie było mi niedobrze – naprawdę nie wiem od czego, bo nic nieświeżego nie zeżarłam (kłania się wrodzone lenistwo, dzięki czemu nie mieliśmy lodówki zawalonej resztkami po świętach, a wręcz poszłam do ciotki wyprosić słoik poświątecznej kapustki). Może to przez piękny noworoczny prezent od rządu dla wyborców, a mianowicie projekt ustawy stanowiący, że raz dać żonie w mordę to nie grzech (ale raz na ile – na rok? – dopytywał się N.). Nic dziwnego, że nawet Bałtyk dostał cofki (a co dopiero ja, marny robaczek). 

Przeczytałam Gretkowską „Poetka i książę” – jak się ktoś spodziewa krwistej sensacji na miarę listów do Przybory, to od razu mówię, że jej nie ma. Jest studium tamtych czasów, codzienności w Maisons – Lafitte i środowiska emigranckiego w Londynie (raczej niepochlebne). Co mnie u Gretkowskiej denerwuje, to dialogi – ona ma świetne obserwacje i skojarzenia, dosadny język, ale dialogi jak z wypracowania dyslektyka w piątej klasie. A teraz czekam na paczkę z Tezeusza… no dobra, już się przyznam – macie pojęcie, że w całej kolekcji Agaty Christie NIE MIAŁAM „Zabójstwa Rogera Ackroyda”? Ale wstyd. Ale już to nadrobiłam i do mnie jedzie – nie mogę się doczekać (czytałam, ale dawno temu i nic już nie pamiętam na szczęście).  

Obudziłam się w nocy przerażona – śniło mi się, że wystawiłam faktury i nie zmieniłam na nich roku! No nie no, ludzie – tak dalej być nie może. Czy w tym roku może WRESZCIE dostanę kontakt do miłego uczciwego handlarza psychotropami? Bo inaczej czarno to widzę.