O PORANNYCH PIEŚNIACH I SERIALACH

 

N. od rana lekko wytrącony z równowagi, bo jakaś piewica w Trójce się darła, że jej cisza wpadła w małżowinę. Ja tam nie wiem, bo akurat myłam zęby, ale jeśli faktycznie, to już naprawdę, jak można takie rzeczy ludziom od rana serwować jeszcze przed śniadaniem?…

A później sobie postaliśmy w korku na Pradze. Tez pięknie. Obok Zoo i przychodni weterynaryjnej dla zwierząt egzotycznych.

„Luther” i „Perception” dają radę. Aczkolwiek wolałabym, żeby Luther więcej działał, a mniej przeżywał. Bo przeżywa jak wegetariańska stołówka pełna hipsterów. Ta psychopatka za to bardzo miła, jest ciekawym elementem krajobrazu i mam nadzieję, że niejednokrotnie jeszcze da czadu. A co do „Perception”, to… jak człowiek słyszy głosy, mówi sam do siebie i rozmawia z bytami urojonymi, to się kwalifikuje do leczenia?… Naprawdę?… Powinnam się zacząć martwić?

(I tak, nadal nie lubię tego całego Erica McCormack, ale w porównaniu z tą niunią, co gra pańcię z FBI, która mnie tak wkurwia, ale to TAK wkurwia, że para mi leci z uszu i podskakuję pod sam żyrandol… No więc, w porównaniu z nią, on może być).

Aha, i wczoraj w ramach diety posthiszpańskiej, że koniec z tłuszczami zwierzęcymi co najmniej na rok, wyszłam ze sklepu ze słoiczkiem czego? No czego? Dodam, że z dodatkiem jabłuszka i śliwek.

O TATARSKIEJ KUCHNI, ZGODNIE Z ZAPOWIEDZIĄ

 

UFF! Pojechali. Uwielbiam ich, ale jeszcze jedna kolacja do drugiej w nocy (jedzenie smalcu ze swarkami, marynowanych gąsek, picie wina i krzyczenie), jeszcze jedna wędka sprężynujaca w moim salonie lub jeszcze jedna wyprawa po ocieplane kalosze, a zamieniłabym się w Gwiazdę Śmierci, co mi trafnie przepowiedziała Zebra. (Tzn. ją uwielbiam, bo jest słodka i śliczna jak Audrey Hepburn, a jego na zmianę bardzo lubię i bym udusiła i chyba vice versa).

Rano dzwoni Żebra i słodkim tonem zagaduje:

– Co rooobisz?…

Na co ja, równie słodko, zaczynam ćwierkać, że pojechali na lotnisko, że herbatka, pranko… nie zdążyłam skończyć:

– TO MOŻE BYŚ SIĘ W KOŃCU ZALOGOWAŁA DO GARDENSÓW I PRZESŁAŁA MI tę j@*&6234ną miotłę o którą cię proszę od tygodnia, bo nie moge apgrejdować chaty Kopciuszka!!!

Przesłałam. Wiadomo.

(Aaaaa! Właśnie okazało się, że uprałam poduszkę N. niechcący razem z pościelą. Jego poduszka jest z pierzem. A to się roztocza zdziwiły! Na pierwszy rzut poduszka nie bardzo rokuje na przyszłość, ale powiem to, co z takich przypadkach mówiła Doktor Quinn: Teraz możemy tylko czekać i mieć nadzieję…)

A kuchni tatarskiej spróbowaliśmy oczywiście w Kruszynianach, w Tatarskiej Jurcie, która chodziła za nami od dawna i nareszcie byla okazja się wybrać. Powiem tyle, że nie spodziewałam się, że pierekaczewnik może być taki pyszny. Ciasto makaronowe przekładane mięsem z cebulą, to brzmi jak uboższa siostra lazanii i kompletnie nią nie jest, bo płaty ciasta smaruje się masłem, całość jest warstwowa, z wierzchu chrupiąca i po prostu obłędnie dobra. Kołduny z rosołem też były smaczne, choć to jest potrawa z gatunku „niezapominajka”. Zamówiliśmy jeszcze pieczone pierogi – ten z mięsem i kapustą był dobry, a ten z ryżem i warzywami nie. No i na koniec kartoflaniki, takie pierogi na parze z ziemniakami i jajkiem na twardo. Jeśli pierekaczewnik ociekał masłem, to kartoflaniki w nim po prostu PŁYWAŁY. Było ich w porcji pięć, nas czworo i proszę zgadnąć, kto zeżarł piątego, aż prawie masło mu okiem wypłynęło. Taaaa.

Gdyby nie herbata po tatarsku po tej uczcie, przepyszna, z cytryną i miętą, to bym tam wybuchła na miejscu i zwisała strzępami z sufitu.

A na pożegnalny obiad zrobiłam takie grzyby, że mieliśmy zjeść resztę na kolację, ale zostały spakowane w słoik i pojechały do Galicji jako przykład kuchni polskiej najwyższego sortu. No. Dumna jestem.

Pobiegałabym po domu na golasa ze szczęścia, ale trochę za chłodno jest.

O PERWERSJACH – A CO SOBIE BĘDĘ ŻAŁOWAĆ!

 

U Woody Allena był taki piękny skecz o programie telewizyjnym „Jaka jest twoja perwersja?”. W programie występował Rabbi Baumel, który lubił jedwabne pończochy oraz bycie związanym. Duża blondynka udająca jego guwernantkę musiała go chłostać pejczem, podczas gdy żona klęczała u jego stóp i obgryzała wieprzowe żeberka. Jeden z moich ulubionych skeczy, który zawsze mnie rozśmiesza (oraz „Nieproszeni goście” Pythonów).

Aż taka sofistykejted nie jestem (choć mój mąż czego jak czego, ale obgryzania wieprzowych żeberek by nie odmówił), ale też mam swoje pierdolce. Na przykład, w moim domu ZMYWARKA NALEŻY DO MNIE. Goście (i mąż) mogą mi pomagać, ale od zmywarki WARA. Nikt nie ma prawa nic z niej wyjąć ani włożyć.

Albo: przenigdy w niczyjej obecności nie obetnę sobie paznokcia. Nawet jeśli jest zadarty i krwawi. Do obcinania paznokci przystępuję najchętniej w pustym domu, zamkniętym na klucz, a i to najchętniej narzuciłabym sobie koc na głowę.

A jakie Wy macie pierdolce?

 

Następny odcinek będzie o kuchni tatarskiej. Jak się pozbieram, bo na razie ciągle ociekam masłem i kołdun z baranem chce wyjść między żebrami.

 

O WINIE, SERZE I TROCHĘ O ŚWINSKICH RYJACH URZĘDNICZYCH

Tego skurwysyna, który…

(Dzień dobry, tak w ogóle! Tak, nie było mnie kilka dni, zaraz opowiem, gdzie byłam, ale najpierw muszę przekląć te niemyte świńskie ryje panierowane, bo mnie normalnie udusi!)

… no więc tego, który dał zezwolenie na prowadzenie robót na katowickiej na odcinku 84 kilometrów (osiemdziesięciu czterech, słownie), gdzie wszyscy się ciągną jednym pasem 50 km/h, a drugi jest zamknięty, pomimo, że NIC się na nim nie dzieje, NIC, nie ma żadnych maszyn, robót, asfalt wygląda tak samo, jak na przejezdnym pasie, a mimo to stoją słupki, a setki tysięcy kierowców dziennie musi się tamtędy wlec, i to trwa już LATAMI, bo nie miesiącami – no więc, przejdę do sedna: tego skurwysyna obdarłabym ze skóry, wytarzała w smole, pierzu i zatknęła na palu przy katowickiej. Żeby biedni, udręczeni kierowcy przynajmniej mogli sobie na dobrodzieja popatrzeć. Wlokąc się bez sensu jednym pasem 50 km/h. Właściwie to na pewno by się nazbierało kilkunastu tych półgłówków, bo i z GDDKiA, i z nadzoru, i od projektanta, i od wykonawcy. Bless ju wszystkim świerzb i kleszcz w pachwinie.

Okej. To teraz – back to studio!

W Mikulovie byłam. To takie śliczne czeskie miasteczko położone w górach, pośrodku winnic. Zabraliśmy tam naszych Hiszpanów, żeby mieli dywersyfikację. Akurat jest po winobraniu i wszędzie sprzedają burcak (po naszemu to chyba będzie moszcz). No więc z czeskich win najbardziej smakował im burcak. Bo pozostałe mają za dużo wody. Aha, jeszcze klaret.

A mi tam smakowało czerwone (białe jest trochę dziwne). Burcak za słodki, ale wieczór w Mikulovie – niezapomniany. Siedzieliśmy na rynku w winiarni, której właściciel wygląda jak Van Gogh i słychać było tylko fontannę i psa jednej pani, który darł mordę na każdego przechodzącego psa (czyli około co trzy minuty). I dzwony, które dzwoniły o najprzedziwniejszych porach (na przykład, za dwadzieścia siedem ósma). Pani od psa rozmawiała z kimś przez telefon i mówiła „Przyjedź na burczaczek” (Czesi rozumieją nas, a my ich, okazało się) – ja twierdziłam, że rozmawia z synem, a mój mąż, że z kochankiem (bo ja wierzę w piękno i dobro, tak? I w to, że Alan Rickman nie przespał się… itd). I mieszkaliśmy w pensjonacie u faceta, który ma łysego peruwiańskiego psa i robi piękne zdjęcia z całego świata (Pension Sebastian). I jeździliśmy po górach, które się pięknie nazywają – Palava – i oglądaliśmy winnice. I…

I co się naszym ukochanym przyjaciołom najbardziej podobało z całej wycieczki?…
ZAKOPANE.

Tak, Zakopane. Pieczone żeberka, tłum na bazarze oraz kupili zakopiańskie kapcie. Nie, ja z nimi zwariuję.

Aha, i kupili całą torbę ołomunieckich twarożków. Jak ich nie aresztują na lotnisku, to bedę bardzo zdziwiona. Śmierdzą pod niebo w lodówce, a bez lodówki?…

Ale śledż im smakuje. I chrzan. Nagle polubili chrzan. Chcą, żeby im kupić jeden słoiczek takiego surowego, tartego, niczym nie doprawionego, od którego się płacze, bo zamierzają poczęstować jednego przyjaciela po powrocie. Chrzanem i ołomunieckim twarożkiem.

(No dobra, Zakopane jest bardzo paskudne, ale moskola zjadlam i bym zjadla jeszcze).

A dialogi z „Downtown Abbey” powinny dostać Oskara. I sceny z Maggie Smith.